Felietony Przeglądu
O języku na siłę
Mówienie o populizmie właściwie przestało już być zarzutem, skoro wszyscy się zgodzili, że trzeba mówić do targetu i że to od niego zależy, jak. Rzecz w tym, do jakiego targetu. Większość odbiorców, których można uznać za przyszłych wyborców, no, w każdym razie duża część, jak się zdaje, woli, jak do niej mówić twardo i mocno, i najlepiej nie po francusku. Słowo elity nadal brzmi niesympatycznie, i to niemal dla wszystkich, zazwyczaj nawet wymaga dość specjalnej artykulacji. Kiedy twardego języka używa ktoś z wysokim cenzusem, to nawet lepiej, poza tym jego rubaszna swojskość może imponować i zarazem niedowartościowanych dowartościowywać. Postrzega się go jako walącego prawdę prosto z mostu (prawda jest prosta), dostaje on też premię za to, co internet nazywa „niegryzieniem się w język”, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon
Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć. Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata. Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami. Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pikująca Szozda
Przez Wiedeń nie godzi się przejeżdżać, w Wiedniu należy się zatrzymać. Antek początkowo marudzi, każe przysiąc, że „nie będzie żadnego zwiedzania”, tylko od razu na sznycel, ale drogę do sznycla wyznaczamy tak zmyślnie, żeby wiodła obok Muzeum Leopoldów, gdzie wielkie banery zachęcają do odwiedzenia wystawy Gustave’a Courbeta. Antek staje jak wryty przed wielkoformatowym „Pochodzeniem świata”, patrzy z niedowierzaniem to na mnie, to na obraz i choć nie jest wychowywany w pruderii, a rodziców paradujących po domu na golasa widywał nierzadko, zdaje się skonsternowany, ale i zaintrygowany bujnie owłosioną waginą. Próbuje dać odpowiednie rzeczy słowo w obecności wujostwa, zachęcam go, żeby się nie bał, odzywa się więc: „Czy to jest ce-i-pe-a?”. Odpowiadam, że w rzeczy samej, jeśli chce, może zobaczyć oryginał, jeśli zgodzi się na niedługie zwiedzanko. „To jeden z najsłynniejszych obrazów w dziejach”, dopowiadam, potem tłumaczę pokrótce, jak zmienił się świat, od kiedy kolejni czcigodni właściciele tego płótna, najpierw Goncourt, potem Lacan, nawet w prywatnych kolekcjach zamawiali u artystów specjalne kamuflaże (Lacanowi André Masson wypichcił surrealną, nowoczesną karykaturę aktu, ale Goncourt trzymał wizerunek owłosionej waginy pod przykrywką przedstawiającą kościółek w zimowej szacie – to dopiero psychoanalityczny szpryngiel). „Realista i buntownik” – takim tytułem kuratorzy opatrzyli wielką, monograficzną ekspozycję francuskiego malarza, przy czym wabią skandalem, rzeczonym buntem, ale w muzeum widzimy nade wszystko realistyczne obrazy syna swojej epoki: landszafty, sceny z polowań, mariny (te najlepsze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kiedy Święczkowski straci immunitet?
Najpierw zawetował SAFE, a teraz robi cyrk z sędziami Trybunału Konstytucyjnego. O co tu chodzi? Nawet tak słaba ekipa w Kancelarii Prezydenta, jaką mu skompletowało PiS, musi rozumieć, że nie zbuduje tym pozycji Nawrockiego. Dlaczego więc strzela te samobóje? Kto faktycznie decyduje o co ważniejszych krokach prezydenta? Czyja ręka trzyma sznur, który Nawrocki ma na szyi? Po problemach z Andrzejem Dudą, poprzednim wynalazkiem, Kaczyński prawdopodobnie znalazł skuteczniejsze i bezpieczniejsze dla siebie rozwiązanie. Zobaczył, że z Nawrockim może wszystko, więc będzie z tego korzystał. Tak też jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego. Dla PiS to Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wybudować grób
„Wybudować grób. To się tylko tak mówi”. „Było, jak mówię. Zawadził o laskę”. „Przyszedł pan fasoli kupić? Do mnie?”. Z różnych powieści Wiesława Myśliwskiego przypominam sobie te pierwsze zdania. „Gdy mam pierwsze zdanie – mówił – mam książkę, choć jeszcze niczego o niej nie wiem”. Dowiadywał się w trakcie pisania. „Z przywłaszczenia sobie chłopskiego losu wzięła się moja twórczość”, powiedział po napisaniu „Kamienia na kamieniu”. Wieś Myśliwskiego to nie tylko przenikliwie przedstawiona rzeczywistość – to także wielka metafora. Chłopski los. W dramacie „Drzewo” stary Duda siedzi „wysoko na konarze, przywarty do pnia”: nie pozwala ściąć domowego drzewa, nie chce na wsi nowych porządków. Tymczasem wieś Myśliwskiego tkwi w codziennym bytowaniu, w odwiecznym rytmie czynności gospodarskich – takich właśnie jak łuskanie fasoli. Ale też żyje w cieniu „końca wsi”, „kresu kultury chłopskiej”. Czy również kresu dotychczasowych form życia? Ten świat, osadzony w konkretnym czasie i miejscu, a przy tym pełen reminiscencji, zapewnia trwałość także naszemu światu. Zatrzymuje go jak na starej fotografii. Proza, pozornie prosta, utrzymana w nurcie mowy potocznej, więc stroniąca od ornamentyki, jest jednak gęsta od znaczeń, a w odbiorze okazuje się niełatwa, a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kto się mniej spóźnił na pociąg?
Do wszystkich chorób trapiących przez lata ten wymiar sprawiedliwości – z których jako najpoważniejszą nie wiem czemu wymieniano akurat przewlekłość postępowań, a nie jakość wymierzanej sprawiedliwości – doszły choroby najcięższe w postaci paraliżu, który dotknął Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny. Wszelkie próby naprawienia tej sytuacji przez Sejm i ministra sprawiedliwości skutecznie blokuje prezydent. W sądach apelacyjnych liczba wakatów co najmniej dorównuje liczbie obsadzonych etatów, do orzekania w najtrudniejszych sprawach karnych „pożycza się” sędziów z wydziałów cywilnych. „Przewlekłość” postępowań jeszcze się zwiększa, a jakość wymierzanej sprawiedliwości staje się jeszcze niższa, niż była dotąd. A i do tej pory była niska! Cierpi na tym sprawiedliwość, a ta nie jest jakimś pojęciem abstrakcyjnym, tylko sumą sprawiedliwych wyroków dotyczących ludzi i ich najbardziej żywotnych interesów. Sprawy zaszły bardzo daleko. Bez współpracy parlamentu, rządu, prezydenta, środowisk sędziowskich i akademickich środowisk prawniczych nie da się nie tylko uzdrowić sytuacji, ale nawet zatrzymać degradacji wymiaru sprawiedliwości, która siłą rzeczy postępuje. O ile koalicja rządząca miała jeszcze nadzieję, że skutecznie naprawi wymiar sprawiedliwości po wyborach prezydenckich, o tyle, gdy wbrew oczekiwaniom prezydentem został Karol Nawrocki, straciła na to szanse. Prezydent bez skrupułów blokuje wszelkie działania naprawcze ministra sprawiedliwości i rządzącej większości, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Malinowski, Fleck i inni
Gdy byłem visiting fellow w Cambridge, wybrałem się do Department of Social Anthropology, aby wziąć udział w seminarium naukowym. Od czasu bowiem, gdy miałem przyjemność słuchać na studiach wspaniałych wykładów z historii antropologii kulturowej prof. Marka Ziółkowskiego (późniejszego senatora i ambasadora), moja miłość do tej dyscypliny naukowej była niezachwiana. Szefem departamentu (katedry) był wtedy Ernest Gellner, światowej klasy żydowsko-czesko-brytyjski antropolog kultury. Zapytał, skąd jestem… i przeszedł na polski. Choć było to zaledwie kilka słów przywitania i zgody na wzięcie udziału w seminariach katedry, i tak zrobiło na mnie wrażenie. Równe temu, jakie odniosłem, gdy wiele lat później wybitny filozof i estetyk amerykański Joseph Margolis (a było to w Houston podczas zjazdu jednego z oddziałów amerykańskiego towarzystwa filozoficznego) nagle przerwał prowadzoną po angielsku konwersację i powiedział do mnie po polsku: „Wiesz, moja mamusia nigdy nie chciała ze mną rozmawiać w jidysz, zawsze po polsku”. Wracając do Gellnera, bywał później w Polsce i wiem, że był zaprzyjaźniony z polskimi antropologami kulturowymi. Jak się okazało, w jego katedrze byli także inni znający język polski. Skąd się tam wzięli? Przebywali na stażach w Polsce. Dlaczego tutaj? Odpowiedź musi nas skierować w stronę jednego z najwybitniejszych polskich naukowców wszech czasów, a mianowicie Bronisława Malinowskiego. Zaryzykuję tezę, że obok Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej jest on najbardziej znanym na świecie polskim badaczem. Założycielem instytucjonalnym antropologii kulturowej jako nauki uniwersyteckiej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Płonący krzyż
Wertuję swoje dzienniki, cofnąłem się do lat 70. Kiepsko wtedy pisałem, myślałem też nienajlepiej. Czasami trafia się jakiś bursztyn, to go podnoszę. Minione życie zdaje się płaskie, bez zapachów i wszystko już wyjaśnione, czas unieważnia nawet to, co zdawało się bardzo ważne. Skupiam się teraz na latach 80. Jeśli zrobię książkę z tych dzienników, to będzie głównie ta dekada. Niezwykła. To nie tylko powstanie Solidarności, polityczny cud, unikatowy ruch w skali świata, potem stan wojenny, pacyfikacja kraju i postępujący rozkład ustroju, który doprowadzi do jego zawalenia się. Po czym rozsypie się całe imperium. Nieczęsto rozsypują się imperia. Co mnie dziwi po latach, nie docenialiśmy, że ta pacyfikacja jak na skalę operacji była mimo wszystko umiarkowana. Równolegle siedzę w 20-leciu międzywojennym, tu z kolei nie w pełni wiedziałem, jak chora była ówczesna polska demokracja. Nie tylko Bereza i Brześć. Były zabójstwa polityczne, maltretowanie przeciwników politycznych, też artystów i dziennikarzy, zamach majowy. Getta ławkowe. I ten nacjonalistyczny smrodek, wzmocniony wonią koszar wojskowych, durny kult marszałka. I jak żałośnie pękła ta bańka we wrześniu 1939 r. Idealizowałem na pewno Piłsudskiego, w czym później krzepił mnie Jerzy Giedroyc, zagorzały piłsudczyk. Zwykle nie ingerował w moje felietony, nawet kiedy pisałem o marszu toalet do Europy, a nie znosił toaletowego tematu, za to dwa razy prosił, bym złagodził słowa o marszałku. Trzeba jednak pamiętać też o tym, co działo się wtedy w Europie i jak tam wyglądała sytuacja polityczna, ile było przemocy. Teraz z kolei nie doceniamy, jak niezwykłym sukcesem była transformacja ustrojowa rozpoczęta w 1989 r. Tu konkurencją jest cud południowokoreański. Polska ma zaś obciążenia historyczne. Gdy w XVIII w. Europa błyskawicznie się modernizowała, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wiosenny porządek
Przed czterema laty Antek po raz pierwszy założył narty; dzisiaj, w 11. roku życia, jeździ lepiej niż większość dorosłych – to skutek matczynych inwestycji podczas rozmaitych zimowych ferii, kiedy go pakowała do szkółek dziecięcych, by pod okiem instruktorskim mógł bezpiecznie baraszkować na stoku. Z tych baraszków niepostrzeżenie wyrósł demon szusujący z taką prędkością i techniką, że dogonić go nie sposób. Właśnie jesteśmy w Awlpach Karnickich, bo po sezonie taniej, w Wielkim Tygodniu najpuściej, a z początkiem kwietnia najprzyjemniej, wszak na dole wiosna, a u góry zima, można sobie zmieniać pory roku w ciągu dnia. W Polsce jeździć na nartach się boję, bo na stokach ciasno, a rodzimi narciarze są jak polscy kierowcy, odczuwają samczy imperatyw dominacji, to żadna przyjemność jeździć z duszą na ramieniu i lękiem, że zaraz ktoś większy i szybszy właduje się we mnie, połamie mi żebra i jeszcze opier… że mu zajechałem drogę. Im jestem starszy, tym lepiej czuję się w krajach germańskich, gdzie hasło ordnug muss sein, irytujące dla młodych rogatych dusz, przynosi jednak dużą ulgę, kiedy człowiekowi z wiekiem opóźnia się czas reakcji na niespodziewany atak licha. Ten germański porządek, który za młodu wyszydzałem, a nawet kojarzyłem go z odcieniem brunatnym, teraz pojmuję jako wyższy stopień rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i szczerze go zazdroszczę, bo w Polsce naród nad społeczeństwo się wynosi na ołtarze. Nie ma takiej umowy społecznej, która przetrwałaby napór narodu, powiem nawet, że obecne przepołowienie Polski to podział na tych, co to odczuwają dumę z bycia Polakiem, i tych, którzy czują odpowiedzialność za bycie obywatelem Rzeczypospolitej. Germanofobia, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Okrzeja – nasz dobry terrorysta
Odbyły się ostatnio skromne społeczne obchody rocznicy akcji Organizacji Bojowej PPS na VII cyrkuł policji na Pradze, przy Wileńskiej 9. Atak z 26 marca 1905 r. wymierzony był w znienawidzonego przez Warszawiaków oberpolicmajstra pułkownika barona Karla Nolkena. Uroczystość zaś koncentrowała się na przywróceniu pamięci bojowca Stefana Okrzei, który w wyniku tej akcji został ranny i aresztowany (zastrzelił podczas ataku jednego z policmajstrów). Choć był doświadczonym demonstrantem ulicznym PPS, nie miał niestety doświadczenia bojowego; bomba, którą rzucił na cyrkuł, ogłuszyła jego samego, zaczął uciekać w złą stronę, na podwórze posterunku, gdzie wywiązała się strzelanina z policjantami. Po krótkim procesie 19-letni Okrzeja został skazany na śmierć i powieszony jeszcze w lipcu 1905 r. na stoku Cytadeli Warszawskiej. Za czasów II RP, kiedy spora część elit politycznych wywodziła się z PPS, pamięć o Okrzei była żywa i podtrzymywana w rytuałach państwowych, ale do panteonu bohaterów narodowych wszedł już wcześniej, podczas rewolucji 1905 r. Po 1945 r. jego imieniem nazwano ulice w kilkudziesięciu miastach i statek; pamięć była upaństwowiona, bojowiec lewicy pepeesowskiej stawał się z wolna polskim męczennikiem poległym w walce o niepodległość. Tegoroczne uroczystości przy Wileńskiej zaszczyciła pani burmistrz dzielnicy, zamontowano tablicę ku pamięci Okrzei, odbył się mały koncert praskiej kapeli, na koniec zabrzmiała słynna „Ballada o Okrzei”. Jedyną czerwoną flagę przytargał autor niniejszego felietonu i ochoczo nią machał. Potem w pobliskim OffSide odbyła się pogadanka historyczna przygotowana przez warszawski Klub Dwie Lewe Ręce (twórców popularnego podcastu Marcina Giełzaka i Jakuba Dymka) oraz organizację młodych PPS. Inicjatorom i organizatorom za całokształt należą się słowa uznania. Niestety, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Tajemnica Watykanu i mafii
„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą,
Żyję muzyką, myślę dźwiękami
Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku 90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru. Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica. Architekt czy Bóg? Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej? – Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami. Z kim konkretnie pan rozmawia? – Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki. Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”. Światowa kariera Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie, b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nowoczesne przeszczepy są już dostępne
Polska transplantologia w światowej czołówce Prof. dr hab. n. med. Michał Grąt – transplantolog, specjalizuje się w operacjach wątroby oraz chirurgii onkologicznej, pełni funkcję prorektora ds. umiędzynarodowienia, promocji i rozwoju Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz kierownika Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Jest też konsultantem krajowym w dziedzinie transplantologii klinicznej i członkiem Krajowej Rady Transplantacyjnej przy Ministrze Zdrowia. Od kiedy wiadomo, że nawet niewielki kawałek wątroby potrafi się regenerować? – O tym, że wątroba ludzka ma zdolność do regeneracji, wiedziano od dawna, świadczy o tym choćby mit o Prometeuszu. Chirurgia długo jednak nie wykorzystywała tej właściwości wątroby z uwagi na ryzyko powikłań pooperacyjnych i masywnych krwotoków. Dopiero wprowadzenie nowoczesnych technik chirurgii wątroby i dróg żółciowych zmieniło coś w tej kwestii. Wątroba jest narządem niezbędnym do życia, ale nawet ok. 20% masy tego organu daje nadzieję na powrót do zdrowia. Czyli wystarczy jedna piąta miąższu w dobrym stanie, aby nastąpił odpowiedni proces regeneracji. Nowo-czesne metody operacyjne zaczęto stosować w ostatnich dekadach XX w., a ryzyko powikłań znacznie ograniczono w ostatnich 20-30 latach. To oznaczało przełom. Jednak dla niemałej części chorych to operacja przeszczepienia wątroby jest jedyną szansą na przeżycie. Klinika Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM to wiodący ośrodek w Polsce i Europie. W 2025 r. wykonano tu 371 transplantacji wątroby od dawców zmarłych i 15 od dawców żywych. Dorobek ogromny, ale skąd ta dysproporcja? – Zdecydowana większość przeszczepień wątroby u dorosłych to transplantacje narządów od zmarłych dawców. W przypadku dzieci sytuacja jest inna. Dzięki współpracy naszej kliniki z Centrum Zdrowia Dziecka przeszczepienia fragmentów wątroby pobranych od żywego dawcy stanowią około połowy wszystkich transplantacji tego narządu. To ważne z uwagi na niezwykle trudną sytuację dzieci znajdujących się na liście oczekujących na przeszczepienie wątroby od dawcy zmarłego. Przeszczepianie fragmentu wątroby od żywego dawcy ma też konkretne zalety – można dokładnie zaplanować operację, umiejscowić ją w szerokim planie leczenia, a jakość przeszczepianego narządu jest idealna. Z drugiej strony należy pamiętać o narażeniu dawcy, zdrowego człowieka, na ciężki zabieg obarczony ryzykiem powikłań. W 2024 r. rozpoczęliśmy w klinice program przeszczepiania fragmentów wątroby pobranych od żywych dawców także dorosłym biorcom. Wcześniej takie przeszczepienia wykonywano w Polsce wyłącznie u dzieci, dla dorosłych chorych były niedostępne. Udało się to zmienić, a program dynamicznie się rozwija. Będziemy dążyć do tego, aby liczba takich operacji wzrastała. Kilka lat temu w naszej medycynie transplantacyjnej była zapaść. Czy kryzys został już pokonany? – Największe ograniczenie w trans-plantologii stanowi niewystarczająca liczba dostępnych do przeszczepienia narządów, dlatego każdy narząd jest bezcenny. Wiele zależy od szerokiej społecznej akceptacji idei transplantacji. Gdy na skutek różnych kontrowersji pojawiających się w Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
WŁADZA MUSI CZUĆ NASZ ODDECH
PAWEŁ SĘKOWSKI: W 2021 r. kadencję rzecznika praw obywatelskich kończy Adam Bodnar. A pani zostaje w Biurze RPO… HANNA MACHIŃSKA: Pozostałam w Biurze pod kierownictwem Marcina Wiącka. Tak jak wszyscy inni. Zostali zastępcy rzecznika – Stanisław Trociuk i Maciej Taborowski. I dalej chodziłam na manifestacje, gdzie trzeba było natychmiast być, gdy coś ważnego się działo. Taką sytuacją były opresyjne działania policji 11 listopada 2022 r. i zatrzymania małej grupki ludzi w formie kotła policyjnego, z udziałem blisko 200 policjantów w pełnym rynsztunku. O tym warto powiedzieć. Był wieczór, dramatyczna sytuacja. To było właściwe miejsce do działania dla rzecznika Praw Obywatelskich. Widzę, że jest grupa, która stoi otoczona trzy razy od siebie liczniejszym kordonem policji. Pytam, o co tu chodzi. Ci otoczeni trzymali białe róże. Jeden z nich miał jakiś transparent, neutralny, z jakimś hasłem na temat, o ile pamiętam, patriotyzmu. Dlaczego więc oni są zatrzymani? To byli działacze ruchu Obywateli RP i sympatycy. Zaczęłam negocjować ich wypuszczenie. Napisałam SMS-a do rzecznika Wiącka, który mam do dzisiaj w telefonie, że jestem w tej chwili na miejscu i negocjuję wypuszczenie okrążonych przez policję ludzi. Jadę z nimi na komendę, jest ze mną mecenas Radosław Baszuk. Wśród tych osób zatrzymanych byli profesorowie belwederscy traktowani jak przestępcy. Policjanci byli wyraźnie zdezorientowani i w końcu w mojej obecności zaczęli się zwracać w formie: „Panie profesorze, niech pan będzie uprzejmy podejść”. Decyzja o tym kotle była podejmowana w komendzie stołecznej, ale np. o tym, że funkcjonariuszka ma stać przy sedesie w czasie czynności fizjologicznych zatrzymanej osoby, nie decydowała już komenda stołeczna. Napisałam więc do Wiącka, że my musimy podjąć interwencję. Uważałam, że należy wspierać ludzi, żądając od władzy przestrzegania ich praw. Naszym obowiązkiem powinna być obecność, wtedy kiedy prawa ludzi są zagrożone. Nasza obecność wpływała mitygująco na władzę. Taką postawę reprezentował Adam Bodnar, który uważał, że nasz głos, nasze działanie muszą być widoczne i skuteczne. Nie można chować głowy w piasek. Warto przypomnieć sytuację związaną z przeszukaniem w kancelarii mecenasa Giertycha, w wyniku czego znalazł się on w szpitalu. To właśnie Adam Bodnar natychmiast zareagował i skierował mnie do szpitala, co miało znaczenie z punktu widzenia ochrony praw Romana Giertycha. Byłam bowiem świadkiem drastycznego naruszenia prawa przez prokuratorkę. W sprawach kryzysu praworządności to właśnie rzecznik Bodnar stał się takim wzorcem, uznanym przez najwybitniejszych prawników polskich i międzynarodowych. Każdy rzecznik ma inny styl, ale to na czas rzeczników Bodnara i Wiącka przypadły drastyczne zmiany dotyczące ochrony praw człowieka i rządów prawa. Głos rzecznika jest ważny i musi brzmieć donośnie. Rzecznik ma wiele instrumentów prawnych, dzięki którym ludzie mogą mieć poczucie dodatkowej ochrony. W sprawie marszu niepodległości było wiadomo, że nasza obecność jest konieczna. JAN ORDYŃSKI: I co Wiącek na to? MACHIŃSKA: To już historia. Wiadomo, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć
Stracił rząd dusz, ale zabetonował system Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech. Wykładowca w Centrum Europejskim UW oraz jego były dyrektor. Czy na Węgrach robią wrażenie te taśmowe wizyty zagranicznych polityków? Ich głosy poparcia dla Orbána? – Kiedyś robiły, ale już nie robią. Viktor Orbán stracił rząd dusz. Mówię o tym od września. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej, rosnące poparcie dla opozycyjnej partii Tisza, potwierdzają ostatnie wiece. Równocześnie nie mam złudzeń: Viktor Orbán tak mocno zabetonował system, że nawet gdyby Tisza wygrała, wcale nie musi rządzić skutecznie, bo będzie miała rzucane kłody pod nogi. Widzimy, jak to jest w Polsce, a tam opór byłby dużo większy. Cesarz z Hatvanpuszty Dlaczego Orbán stracił rząd dusz? Co się stało? – 16 lat, non stop, rządzi! I to konstytucyjną większością! Więc? – Obiecywał Eldorado, że Węgry będą kwitnące, MAGA w wersji węgierskiej, i nie dowiózł. Węgry są od dwóch lat na granicy recesji i dzierżą dwa rekordy europejskie. Pierwszy: mają największą inflację, w tym na towary żywnościowe, a tam VAT wynosi 27%, jest najwyższy w Europie. Drugi: mają największą korupcję. Lider Tiszy, Péter Magyar, dotarł do Węgrów z tymi informacjami, pokazał im skalę korupcji. Pojawił się na scenie publicznej dwa lata temu i w ciągu pół roku z jego inicjatywy powstał film „Dynastia”. Każdy może go obejrzeć. Jest poświęcony najstarszej córce Orbána, Ráhel, i jej mężowi Istvánowi Tiborczowi, który ma 40 lat i jest jednym z najbogatszych Węgrów. W 2025 r. jego majątek szacowany był na 151,5 mld forintów, ok. 1,6 mld zł. – Wszystkie największe hotele w Budapeszcie do niego należą, łącznie ze słynnym Hotelem Gellért. To wszystko jest jego własnością. Ten film w 9,5-milionowych Węgrzech ma ponad 4,5 mln wejść. Czyli nikt nie może powiedzieć, że nie wie, o co chodzi. Na początku tego roku pokazano inny film. Jego tytuł to „Csapda”, czyli pułapka, poświęcony szefowi banku centralnego, a tak naprawdę głównemu doradcy gospodarczemu Orbána – Györgyowi Matolcsyemu. Jego syn Ádám z kolegami ze szkoły średniej, bo nawet studiów nie pokończyli, przekręcili 400 mld forintów. To 4 mld polskich złotych, ponad 1 mld dol. Przekręcili i uciekli do Dubaju, tam sobie pokupowali apartamenty. Ten film miał już 1,5 mln wejść. Te filmy odniosły efekt? – W czasie ostatniego święta narodowego 15 marca były dwa wiece. Jeden rządowy – Viktora Orbána, drugi Tiszy – Pétera Magyara. Oba obejrzałem. Magyar zdefiniował premiera jako „Cesarza z Hatvanpuszty”. Hatvanpusztai császár… – Chodzi o stary park na pograniczu Alcsútdoboz, wsi, w której Orbán się urodził. W tym parku stał stary, zrujnowany przez realny socjalizm pałac po Habsburgach. Orbán odnowił go, mocno rozbudował, pobudował stajnie, wypuścił zebry, o czym było głośno. Do tego dodał baseny, jest biblioteka jak watykańska, z freskami na suficie. Ta własność należy niby do ojca Orbána, Győzö, który jeszcze żyje, ale każdy wie, że to własność Klanu i premiera. Z kolei najbogatszym Węgrem jest Lőrinc Mészáros, były inkasent gazowy, a potem sołtys rodzinnej wsi Orbána, Felcsút, położonej kilka kilometrów od Hatvanpuszty. Mówią o nim, że to słup Orbána. Jak Węgrzy zestawią swoją siermiężną codzienność, bo kraj od lat balansuje na granicy recesji, z ostentacją rodziny Orbána, oligarchami i niesamowitym korupcjogennym systemem, to mamy wyjaśnienie, dlaczego Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć. W efekcie wystąpienie Orbána 15 marca br. polegało na tym, że najczęściej używanym terminem w czasie 20-minutowej przemowy było háború – wojna. A wrogiem nie był Magyar, mówca w ogóle go nie wymienił, natomiast wrogami byli kolejno: Kijów, Zełenski, Ukraina, Unia Europejska i Ursula von der Leyen. Putina nie wymienił. – Putin, Rosja – nie ma u niego takich tematów. Wiec Pétera Magyara był trzykrotnie większy. Tłum skandował „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!”, czyli to, co Orbán na tym samym Placu Bohaterów krzyczał w roku 1989. Magyar mocno zaprzeczył głównemu hasłu rządowej propagandy, że Tisza to partia wojny. Mówił: my nie chcemy wojny, my nie jesteśmy partią wojny. Nazwał Orbána zdrajcą, zarzucił mu, że sprzeniewierzył się wszystkim hasłom, które na tym samym placu głosił w 1989 r. Na mównicy, z której Magyar przemawiał, widniało hasło: „Most vagy soha!”, „Teraz albo nigdy!”. To strofy Sándora Petőfiego z 1848 r. Teraz albo nigdy. Albo wygramy, albo Orbán będzie już nam panował dożywotnio. Mnóstwo ludzi chce, żeby był dożywotnio. – System jest tam mocno zabetonowany. Ludzie Orbána są wszędzie, we wszystkich instytucjach. Oni i ich rodziny są beneficjentami obecnego reżimu. Boją się rozliczeń. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, 30-33% głosów Orbán ma pewnych. Ale reszta jest do zdobycia. Kto za Magyarem, kto za Orbánem Właśnie! Kampania wyborcza nie zmieni nastrojów? Orbán ma wszystkie media. – Ale Péter Magyar, jeżdżąc po kraju, to obszedł. Dotarł do ludzi. Orbán popełnił duży r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Słuch przyszłości
Polska szkoła otochirurgii wkracza w erę medycyny precyzyjnej Prof. dr hab. inż. Artur Lorens – kierownik Zakładu Implantów i Percepcji Słuchowej, Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Przełom miał miejsce w 1997 r., na międzynarodowej konferencji w Nowym Jorku prof. Henryk Skarżyński przedstawił koncepcję rozszerzenia wskazań do stosowania implantów ślimakowych. To była rewolucja – dotychczas implanty ślimakowe były stosowane głównie u pacjentów z całkowitą głuchotą. Tych trochę słyszących – odrzucano. Tymczasem prof. Skarżyński opracował metodę Partial Deafness Treatment (PDT), która opierała się na zachowaniu naturalnych struktur ucha wewnętrznego i jednoczesnym wykorzystaniu stymulacji elektrycznej. Swoista hybryda, bo pacjent odbierał dźwięki naturalnie, za pomocą sygnałów akustycznych, i poprzez implant – za pomocą elektrycznej stymulacji nerwu słuchowego. Dla otochirurgów było to najwyższym wyzwaniem – zakładając implant, musieli pracować tak, by nie uszkodzić w uchu tego, co działa. Realizowane obecnie przedsięwzięcie, pod kierownictwem prof. Artura Lorensa, to kolejny krok w rozwoju tej koncepcji. Nowatorski w świecie. Elektrodę, którą chirurg wszczepia w ucho wewnętrzne, wykorzystano również jako narzędzie pomiarowe. Chirurg otrzymał w ten sposób pakiet informacji – pozwalający bezpiecznie przeprowadzić operację, a później precyzyjnie zaprogramować działanie implantu. W ten sposób Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach znów uciekło konkurencji. Panie profesorze, porozmawiajmy o projekcie, nad którym sprawował pan nadzór merytoryczny. Ma bardzo długą nazwę: „Monitorowanie Stanu Ucha Wewnętrznego dla Optymalizacji i Personalizacji Implantacji Ślimakowej w Częściowej Głuchocie”. Realizowany jest w Światowym Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, a dofinansowany przez Agencję Badań Medycznych w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Na czym polega jego innowacyjność? – Na tym, że wykorzystaliśmy elektrodę, czy właściwie wiązkę elektrod, która jest wszczepiana do ucha wewnętrznego i stymuluje nerw słuchowy do innych celów – do pomiarów sygnałów bioelektrycznych. Łatwo to sobie wyobrazić – jeżeli są metody typu EKG, czyli przyklejamy elektrody i rejestrujemy potencjały płynące od serca, to podobnie możemy odbierać sygnały z ucha wewnętrznego; tam są komórki, które generują potencjały. W naszym przypadku wygląda to tak, że prof. Skarżyński robi podejście chirurgiczne, czyli otwiera kość skroniową za uchem, wprowadza elektrodę do ślimaka, a my rejestrujemy te potencjały. Za jej pomocą. – Potem będzie ona stymulować, za pomocą prądu, nerw słuchowy. Ale w czasie operacji służy jako elektroda pomiarowa. Zbiera informacje z ucha i przesyła do systemu komputerowego. Musi być zasilana. – Jest zasilana prądem, wtedy kiedy stymuluje, kiedy jest częścią implantu ślimakowego. Wygląda to tak, że pacjent nosi za uchem procesor, który przetwarza dźwięk, przesyła do części wszczepialnej, tam przesyła energię elektryczną i tym prądem nerw słuchowy jest stymulowany. To taki rozrusznik nerwu słuchowego. Ale w trakcie naszego pomiaru ta elektroda jeszcze tak nie działa, ona zbiera potencjały. Jak naklejamy elektrodę na klatkę piersiową i robimy EKG, tak ona jest taką elektrodą pomiarową w uchu wewnętrznym. Aparaty EKG to duże urządzenia. – A tu mamy mikrochirurgię. To wszystko odbywa się pod mikroskopem. Czyli ktoś wpadł na to, że tę elektrodę można wykorzystywać w dwojaki sposób? – O tym wiedzieliśmy od dawna. To było potwierdzone, że elektroda może przesyłać informacje. Ale nie było opracowanej technologii, która by pozwalała to wykorzystać w warunkach klinicznych, u pacjentów z częściową głuchotą. W nielicznych miejscach na świecie są przeprowadzane zabiegi u pacjentów z częściową głuchotą. Najczęściej implantowani są ci, którzy są całkowicie głusi. Nasz instytut jest pionierem rozszerzenia kryterium kwalifikacji, czyli możemy pomagać dużo większej liczbie pacjentów. Także tym z częściową głuchotą. – To jest sytuacja, w której pacjent coś słyszy, zwłaszcza niskie, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie wolno się bać. Trzeba mówić NIE
Wywiad z Danielem Olbrychskim Widzę dokumenty, książki… Ten dokument na górze to chyba List Ośmiu, który podpisał pan w proteście wobec stanu wojennego. – To jest cała historia, list bardzo ostry przeciwko stanowi wojennemu, no i przeciwko gen. Jaruzelskiemu. Chciało się panu wtedy nadstawiać głowy? – Wtedy tak… Miałem już podpisany kontrakt z filmem francuskim, ale wybuchł stan wojenny, Polska zamknięta. Więc powiedzieliśmy sobie z ówczesną żoną, która już nie żyje, że i tak wszystko przepadło, no to przynajmniej trzeba przyzwoicie się zachowywać. List napisał Józef Rybicki, były szef warszawskiego Kedywu, współzałożyciel WiN, członek założyciel KOR. – Pan Rybicki zaprosił mnie do siebie. Mówił, że, po pierwsze, stan wojenny został fantastycznie przeprowadzony. Wszystko sparaliżowane. I jest cisza. Dlatego też, powiedział, chodzi o to, żeby świat i Polska przez Wolną Europę wiedziały, że Polacy nie poddali się. Że nie wszyscy są zastraszeni. Stąd ten list. Powiedział mi też: „Pan jest najbardziej wyrazistą postacią. Są pana filmy, pamiętają pana z apelu poległych…”. Ten apel wygłosił pan pod Stocznią Gdańską 16 grudnia 1980 r. – Wałęsa mnie zaprosił do tego. A zanim podpisałem list, Rybicki mi mówił: „Jak pan podpisze, to musi się pan liczyć z jakimiś konsekwencjami”. I tak się stało, jakoś o piątej nad ranem wzięli mnie na Rakowiecką. Chcieli mnie zmusić, bym ten list odszczekał. Nie udało im się. Po dobie mnie puścili. Dostałem paszport, wyjechałem do Francji, interweniował prezydent François Mitterrand, żeby mnie wyrwać, bo Joseph Losey powiedział, że nie zacznie filmu, jeśli ja nie przyjadę. Ale nic o tym nie wiedziałem, bo telefony nie działały. Za to uczestniczyłem w różnych procesach ludzi Solidarności, które odbywały się w sądzie na Lesznie. Jako widownia. Tłumy przychodziły. – Pamiętam proces kierownictwa Solidarności Huty Warszawa. Siedziałem z Popiełuszką, krzesełko w krzesełko, w pierwszym rzędzie. W tym procesie sędzią był Andrzej Lewandowski, mój kolega z liceum Batorego. Oskarżycielem była pani prokurator, też z Batorego. Obrońcą był mecenas Mirosław Brych. I za każdą dobrą odpowiedź mecenasa czy tych oskarżonych sala biła brawo, więc sędzia się wściekał. A ja siedziałem tak, że pani prokurator była prawie na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że ją w liceum podszczypywałem. I teraz też się wpatrywałem w jej pokaźny biust. A jej się z tego myliły kartki oskarżenia. Widział to Popiełuszko i mówił do mnie: „Bardzo dobrze, już masz moje rozgrzeszenie”. W pewnym momencie sędzia Lewandowski zrobił przerwę… Więc wyszliście na korytarz. – Ja nie, Lewandowski mnie złapał: „Danek, chodź do mnie na kawę”. Weszliśmy do pokoju, on zdjął togę i mówi: „Tutaj pracować nie można. Jakieś demonstracje robicie, jak tak można?”. Więc mu odpowiedziałem: „Andrzejku, ja tu przychodzę ze względów zawodowych. Spodziewam się, że kiedyś będziemy robili filmy na ten temat. I przychodzę popatrzeć, a nuż przyjdzie mi zagrać ciebie? Tylko pamiętaj, ja nigdy chuja nie grałem”. Nie wiem, czy pod wpływem moich słów, czy pod wpływem własnego sumienia, sędzia ogłosił uniewinnienie oskarżonych. Potem przestał być sędzią, bo chyba go z tego stanowiska zdjęli. Został adwokatem. – Ale co chcę powiedzieć – parę lat później, już w III RP, gen. Jaruzelski wydawał swoją książkę „Stan wojenny. Dlaczego…”. Byłem na promocji tej książki i generał zrobił mi taki wpis: „Panu Danielowi Olbrychskiemu z podziwem i wielką sympatią”. I powiedział: „Ja pana podziwiam nie tylko za pana role, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jak Unia broni się przed Trumpem
Nie użerać się nadmiernie z Ameryką Jan Truszczyński – dyplomata, główny negocjator członkostwa Polski w Unii Europejskiej, były ambasador RP przy UE. Gdy rozmawialiśmy rok temu, mówił pan, że Europa musi się wziąć w garść. Bierze się? – Europa już wtedy była w trakcie brania się w garść. Sprawy przyśpieszyły po 20 stycznia 2025 r. i po pierwszych zimnych prysznicach, jakie otrzymała z Waszyngtonu. Wtedy stało się jasne, że działania na rzecz większej samodzielności, odpowiedzialności za samego siebie, własnego przemysłu zbrojeniowego mają sens, są potrzebne i trzeba je wykonywać szybciej. I to się dzieje. Chociażby instrument finansowy SAFE, który jest wdrażany, i to w tempie, które zostało zaprogramowane w pierwszej połowie ubiegłego roku, kiedy był przygotowywany i negocjowany. Wtedy ustalono, że ma to być program europejski, i wyznaczono limit 35% dla zamówień spoza Unii Europejskiej. – W finalnej wartości komponentów użytych do wytworzenia gotowego produktu maksymalnie 35% może pochodzić spoza Unii Europejskiej. Te 35% bardzo rozeźliło Amerykanów. Dwóch ich ambasadorów, przy Unii i w NATO, napisało w tej sprawie list, żądając dopuszczenia firm amerykańskich bez limitów. – Widziałem ten list. Nie zaskoczył mnie specjalnie, bo lobbing jest rzeczą naturalną i w sumie nieuchronną. Mnie tylko zaskakuje, że to dokonuje się tak późno, podczas gdy warunki uczestnictwa w programie SAFE, wszystkie parametry, znane są od 29 maja 2025 r. A nie zdziwiła pana forma listu? Te bardzo obcesowe argumenty. – No cóż, zawsze wielu ambasadorów amerykańskich było nominatami politycznymi, w jakiś sposób związanymi z aktualnym prezydentem. W tym sensie nihil novi sub sole. Ale obecni ambasadorowie amerykańscy przyjęli sposób zachowania filmowego wojownika – który energicznie, siłowo wkracza w politykę wewnętrzną kraju przyjmującego i usiłuje w nim zaprowadzać amerykańskie czy raczej trumpowskie porządki. W ostatnich tygodniach widzieliśmy nie tylko zaskakujący i zdumiewający wybryk ambasadora Rose’a tutaj, w Polsce, ale również wyczyny ambasadora Billa White’a w Belgii, popisy ojca Jareda Kushnera, Charlesa Kushnera, we Francji, wygłup ambasadora amerykańskiego w Kopenhadze, popis kandydata na ambasadora w Islandii – ten jeszcze się nie znalazł w Rejkiawiku, a już spekulował, że kraj mógłby się stać 52. stanem USA… To po prostu dzisiejsza przeciętna jakość ambasadora amerykańskiego. Unia wstrząśnięta. I co dalej? Jak to działa na Europę? – Te rzeczy, o których przed chwilą powiedziałem, nie są najistotniejsze. To jedna z twarzy obecnej Ameryki. Natomiast wszystko to, co stanowi bezpośrednią amerykańską ingerencję w sprawy europejskie – próby zmiany sytuacji politycznej w poszczególnych krajach, osłabiania Unii Europejskiej – buduje przekonanie, że trzeba silniej angażować się w proces jej wzmacniania. Odnoszę wrażenie, że w Unii w ostatnim czasie nastąpiła duża zmiana. Obronność: mamy SAFE i nie tylko. Sprawa handlu: podpisano umowę UE-Mercosur i umowę z Indiami. Proces decyzyjny: jeszcze dwa lata temu każde państwo w danej sprawie miało zwykle własną opinię. Teraz zbierają się razem i wydają wspólny komunikat. Albo trójka, albo czwórka, albo szóstka. Czy to jest realna zmiana? – Myślę, że poszedł pan o krok za daleko. To, że r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Rodzina to pierwszy scenariusz
Więzi między rodzeństwem odbijają dynamikę całej rodziny, a nawet wielu pokoleń Emi Buchwald – laureatka Paszportu „Polityki” w kategorii film, nagrody za reżyserię, Złotego Pazura im. Andrzeja Żuławskiego i Nagrody Dziennikarzy na festiwalu w Gdyni oraz Orła w kategorii odkrycie roku za film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Czego najbardziej ci brakuje w polskim kinie? Czy twój pełnometrażowy debiut „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest na to odpowiedzią? – Mój film powstał z wielu powodów. Poruszam w nim tematy osobiste, dotykam bliskich mi stanów i emocji. Przede wszystkim obrazuję doświadczenie funkcjonowania w wieloosobowym rodzeństwie. Jestem w takim momencie życia, w którym czerpię z tego, co mam obok siebie. I mam potrzebę opowiedzenia historii w konkretnej formie. Ale kręcę i oglądam filmy w Polsce, gdzie kino i dyskurs publiczny są ukształtowane w pewien sposób i trudno się do tego nie odnosić. Gdy studiowałam w Szkole Filmowej w Łodzi, dużo mówiło się o tym, że brakuje u nas kina środka. Trochę się zmieniło od tamtej pory, a kino środka dominuje obok komercyjnego. Mniej jest zaś autorskiego języka i miejsca na eksperyment. Przyswoiliśmy już klasyczne konstrukcje scenariuszowe z kina amerykańskiego, może dobrze byłoby je teraz rozbić lub wejść z nimi w dialog? Ciekawią mnie poszukiwania w obszarze formy, ale i skupienie na specyficznym świecie i bohaterach. Nie wszystko musi być jakąś uśrednioną, stereotypową wizją naszego kraju i jego mieszkańców. Szukasz więc w polskich filmach różnorodności? – Czasem, komentując jakiś głośny film, ktoś mówi, że to historia o nas, Polakach. Nie do końca rozumiem, co to znaczy, i rzadko się z tym utożsamiam. Nie czuję też potrzeby robienia filmów pasujących do powyższego stwierdzenia. Ludzie są skomplikowani i różni, także w naszym społeczeństwie. Nie każda wielodzietna rodzina wpisuje się w dominujący obraz z debaty społeczno-politycznej. Dzięki kinu chciałabym więc uzyskać dostęp do różnorodnych, wyrazistych światów. Ciekawie też czerpać z naszego dorobku kulturowego, który jest fascynujący i niejednorodny. Kiedy myślę o kinie autorskim, nie chodzi mi wcale o filmy wypływające z osobistych doświadczeń. Duże znaczenie ma sugestywny język opowiadania. Kino nie powinno się sprowadzać tylko do mocnego tematu. Liczą się obraz, dźwięk, muzyka, wszystkie elementy, które tworzą film. Nie byłoby współczesnego kina, gdyby ludzie nie eksperymentowali z pomocą wszystkich wymienionych środków. W centrum twojej opowieści mamy czworo rodzeństwa i jego skomplikowane relacje. Skąd ten temat? Starasz się nawiązywać do własnych doświadczeń? – Bardzo lubię grać z autobiograficzną prawdą. Punktem wyjścia są dla mnie osobiste historie, ale pisząc tekst ze współscenarzystą Karolem Marczakiem, odchodzimy w pewnym momencie od rzeczywistych wydarzeń na rzecz czysto filmowego sposobu opowiadania. Mam pięcioro rodzeństwa, ten temat zawsze był dla mnie istotny i szukałam w innych tekstach kultury jego satysfakcjonującego rozwinięcia. Rzadko znajdowałam coś, co mnie interesowało, czyli portret relacji, w której mamy więcej czułości i miłości niż zazdrości i zdrady. Żyjemy w XXI w., kontakty między braćmi i siostrami wyglądają inaczej niż kiedyś. Z mojej perspektywy więzi między rodzeństwem odbijają dynamikę całej rodziny, a nawet wielu pokoleń. Kino nawiązuje do pierwotnej potrzeby opowiadania sobie historii i mitologie rodzinne mają podobną podstawę. Poza tym opowieść dotycząca rodzeństwa może się stać metaforą innych bliskich relacji, które tworzymy poza kręgiem rodzinnym. Film jest podzielony na kilkanaście rozdziałów. Ta struktura ma literackie korzenie? – Jedna z pierwszych notatek, które zapisaliśmy ze współscenarzystą, dotyczyła podzielenia filmu na rozdziały. Zaczerpnęliśmy ten pomysł z opowiadań J.D. Salingera, który stworzył świat rodzeństwa Glassów w zbiorach „Dziewięć opowiadań” oraz „Franny i Zooey”. Przeczytałam je w wieku 15 lat i zobaczyłam, że ktoś ukazał bratersko-siostrzane relacje w bliski mi sposób. Choć teksty amerykańskiego pisarza zostały opublikowane w latach 60., w ogóle się nie zestarzały. Lektura tej prozy była pierwszym impulsem do Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Mamy akt brutalizacji, prymitywnej i barbarzyńskiej
Trump udziela licencji na zabijanie Prof. Roman Kuźniar – politolog, profesor nauk humanistycznych, dyplomata, w latach 2005-2007 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Panie profesorze, jak atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zmienił świat? – Myślę, że wojna w Iranie jedynie potwierdziła to, co już o świecie wiedzieliśmy od ponad roku. Jest przecież egzemplifikacją władzy Donalda Trumpa, egzemplifikacją jego polityki. Tego się spodziewaliśmy po Trumpie. I po jego najbliższym sojuszniku, który właściwie go w tę wojnę wciągnął. Spodziewaliśmy się? – Jej wybuch był zapowiedziany w tej, jak ją nazwałem, „strategii predatora” ogłoszonej przez Stany Zjednoczone w grudniu 2025 r. – Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Tam jest ta cała ideologia. Kto czytał ten dokument dokładnie, wiedział, czego możemy się spodziewać. Jaki interes ma Ameryka w tej wojnie? – A nie, my nie mówimy o interesach Ameryki. To był interes samego Trumpa. Owszem, Ameryka jest, można powiedzieć, współwinowajczynią w tej wojnie. Jest w jakimś spisku ze swoim prezydentem. Ale to jest wojna zdecydowanie bardzo osobista, bo taka jest ta prezydentura. Trump uwolnił się od ograniczeń republiki – mówię o trójpodziale władzy, o opozycji, która jest bardzo słabiutka, mam też na myśli wolę poddanych, bo już nie można powiedzieć o Amerykanach, że są obywatelami, oni to poczucie obywatelskości stracili. Stali się w dużym stopniu zniewolonymi konsumentami, zarówno dóbr materialnych, jak i tej papki, którą im serwuje Donald Trump. On i jego klan, jego obóz, łącznie z big techem, który obsługuje interesy klanu Trumpa. Nie jest to zatem wojna w interesie Ameryki, na pewno. Więc? – To przede wszystkim wojna Izraela. Agresję na Iran rozpoczął Izrael, potem dołączyły siły USA. Myślę, że to była świadoma decyzja Netanjahu, widział wahania Trumpa, ponieważ toczyły się rozmowy amerykańsko-irańskie, które mogły przynieść dobry rezultat, bo takie mieliśmy oświadczenia. Umówili się na kolejną turę, po Genewie miał być Wiedeń. I nagle, ni stąd, ni zowąd… Wojna! – Dosyć symptomatycznie nazywa się „Epicka Furia”. Furia, jak wiadomo, nie jest aktem racjonalnym, nie ma nic wspólnego z interesami furiata, a Trump występuje w niej przecież trochę w tej roli. Został do wojny wciągnięty przez przebiegłego premiera Izraela. Tak że ja tutaj nie widzę interesu Ameryki, widzę za to interes Trumpa, również taki, że chciałby w jakiś sposób uciec od coraz bardziej niewygodnej dla niego afery Epsteina. No i swój interes wyczuł wielki biznes… Wielki biznes zarobi. – Wielki biznes na tej wojnie skorzysta, mam na myśli przede wszystkim koncerny zbrojeniowe. Oczywiście część tego klanu, która żyje z tej prezydentury, skrajny odłam Partii Republikańskiej, nawet nie MAGA, ale ludzie o gangsterskiej mentalności, którzy są także w establishmencie amerykańskim – też skorzystają. A jakie Izrael ma interesy w tej wojnie? – Na pewno klarowny interes ma Netanjahu. On wojny potrzebuje, żeby przedłużać swoją władzę. Bo tak długo, jak jest premierem, pozostaje poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. To przypadek podobny trochę do przypadku Trumpa, który, gdyby nie został prezydentem, pewnie trafiłby do więzienia, przynajmniej za to, co się stało 6 stycznia. To pokazuje, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Jeden jest słusznie oskarżony o zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy Trybunał Karny, mam tu na myśli Gazę. Drugi też ma dorobek bardzo zaszargany. Natomiast, jeżeli mówimy o jakimś interesie Izraela… Izrael wyhodował sobie wroga, tak on to przynajmniej postrzega, w postaci Iranu, który był wsparciem dla palestyńskich grup terrorystycznych działających w otoczeniu Izraela. Netanjahu ma takie podejście, że po co szukać sprawiedliwego rozwiązania problemu palestyńskiego, problemu dwóch państw, skoro można po prostu zrobić z Iranu drugą Gazę. Zamienić go w morze ruin i przynajmniej na jakiś czas osłabić jego zdolności do udzielania pomocy wrogom Izraela. Bo oczywiście bezpośredni atak Iranu na Izrael nie wchodził w grę. To, co mówili Izraelczycy w pierwszych godzinach wojny, że jest to preemptive strike, było zwykłym kłamstwem. Uderzenie wyprzedzające… – I proszę nie mylić tego z prewencją, co czasem pada w polskich mediach. To są dwie różne sytuacje. Otóż absolutnie nie ma potwierdzenia, nawet najmniejszego, że atak na Iran mógłby być uderzeniem wyprzedzającym. Gdyby tak było, Izrael musiałby przedstawić dowody tego w Radzie Bezpieczeństwa. Nie przedstawił nic. – Mówienie więc o preemptive strike było kłamstwem. Podobnie jak kłamstwem było to, co mówiła administracja amerykańska, że chodzi o potencjał nuklearny Iranu. On nie istniał. Słuchałem dłuższej rozmowy z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który absolutnie to wykluczał. A przedstawiciele MAEA w Iranie byli, robili badania. Zwłaszcza po atakach w ubiegłym roku. No to po co one były? Ale i wcześniej nie wyglądało na to, aby Iran prowadził prace, które mogłyby go doprowadzić do broni nuklearnej. Gdyby coś miało być, to zarówno wywiad izraelski, jak i agencja wiedeńska, i nie tylko one, o tym by wiedziały. A nie ma takich dowodów. Interesujące jest zachowanie państw arabskich, które – chociaż są atakowane – wyraźnie nie chcą wejść do tej wojny. – Państwa Zatoki to państwa, w których rządzi pieniądz. Są całkowicie bez zasad czy poczucia solidarności, jakiejś lokalnej troski o bezpieczeństwo w regionie. To ich zupełnie nie obchodzi. Tu się zdają na Stany Zjednoczone. Natomiast rzeczywiście nie wchodzą w wojnę, mimo że są prowokowane przez Iran. Ale trudno to uznać za prowokacje, ponieważ jeżeli Iran jest atakowany z terytorium tych krajów, z baz amerykańskich, to państwa te stają się uczestnikiem wojny… A Europa? Czy Europa da się wciągnąć w tę wojnę? – Europa początkowo zachowała się bardzo nie w porządku. Język europejski w odniesieniu do Trumpa był przed wojną taki, że my jesteśmy po stronie porządku międzynarodowego. Pamiętamy te słynne polemiki z Davos, Monachium. A kiedy wojna się zaczęła, to wypowiedzi przywódców europejskich, Macrona czy Ursuli von der Leyen, były wobec Iranu bardzo napastliwe. Za to, że Iran się broni. Jakby nie wiedzieli, kto tę wojnę rozpoczął. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło w Europie wyrównanie kursu, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Członkowie olsztyńskich Pokoleń wolą mówić o umiejętnościach, które wykorzystali w nowych czasach Nie wszyscy chcą dziś chwalić się tamtą działalnością, bo to ani modne, ani korzystne z punktu widzenia politycznego. Nie walczyli z komuną, nie byli dysydentami, nie wkładali kija w szprychy, a chociaż czasami krytycznie oceniali rzeczywistość, wierzyli, że pracują dla Polski. Co ciekawe, wielu potrafiło przystosować się do realiów gospodarki kapitalistycznej. Generacja młodzieży aktywnej – Świetnie sobie poradziłem głównie dzięki temu, że w organizacji młodzieżowej zdobyłem doświadczenie w kontaktach międzyludzkich. Dzisiaj widzę, że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a to podstawowa umiejętność nie tylko w zarządzaniu – podkreśla Stanisław Ciostek, w latach 1982-1984 przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego ZSMP, aktualnie właściciel rodzinnej firmy handlującej stalą. Pochodzi ze wsi, spod Mławy, skąd wyszedł w świat i trafił do technikum mechanicznego, potem do Olsztyna, gdzie studiował geodezję na Akademii Rolniczo-Technicznej. I gdzie spotkał Jana Hoffmana, charyzmatycznego działacza Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Hoffman był dla wielu studentów wzorem i wciągał ich do roboty w ruchu młodzieżowym. Tak było również ze Staszkiem, który jak cień szedł za Jankiem, choć ten drugi niebawem wspiął się na organizacyjne wyżyny, trafiając do stolicy jako wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZSMP. Stamtąd z kolei – na stanowisko naczelnika Szczytna, wówczas odpowiednik burmistrza (zmarł w 1987 r. po odwołaniu z funkcji na skutek wątpliwych zarzutów). Tymczasem Stanisław Ciostek po studiach wrócił w rodzinne strony, przez rok uczył w szkole, później działał w strukturach związku, by w 1984 r. zostać dyrektorem państwowego jeszcze Centrostalu. Choć miał zawód podwójny, mechanika i geodety, sztuki handlu stalą musiał się uczyć od podstaw. Jeździł więc do Huty Sendzimira w Krakowie i Huty Katowice, poznawał tajniki branży, by nie być malowanym szefem firmy. Jego kariera zawodowa skończyła się wraz z transformacją ustrojową, kiedy podwładni zarzucili mu, że za dużo od nich wymagał! Wykorzystał jednak swoje doświadczenie i wraz z żoną założył firmę handlującą metalami. Handlem zajmuje się nadal – w wieku 75 lat. Poza tym spotyka się z przyjaciółmi działającymi dziś w Stowarzyszeniu Miłośników Historii Organizacji Młodzieżowych Pokolenia w Olsztynie. Na dystans i w zbliżeniu Do niedawna przewodniczącym tego stowarzyszenia na Warmii i Mazurach był Jerzy Jabłoński, już 87-letni, ale nadal postawny, co z pewnością jest pokłosiem noszenia munduru w Wojsku Polskim, nazywanym też Ludowym. Jerzy Jabłoński urodził się tuż przed wybuchem II wojny światowej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ochronka prawników PiS
Upolitycznieni sędziowie i prokuratorzy działający pod dyktando PiS są bezkarni Sędzia Jakub Iwaniec powinien siedzieć na ławie oskarżonych za liczne przestępstwa, których się dopuścił, ale – jak ustaliła „Gazeta Wyborcza” – wrócił do orzekania w VIII Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. W referacie Iwańca do rozpatrzenia jest 250 spraw, w tym kilka dotyczy pijanych kierowców. Tak więc pisowski sędzia, któremu prokuratura chce postawić zarzut prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości (za co grożą nawet trzy lata więzienia), będzie orzekał w imieniu Rzeczypospolitej o winie innych pijaków za kierownicą. Czegoś takiego nie wymyśliłby nawet mistrz satyry Stanisław Bareja! Pijaństwo, hejt i matactwa Przypomnijmy: według ustaleń prokuratury 11 października 2025 r. Jakub Iwaniec (mając jakieś 2 promile w wydychanym powietrzu) stracił panowanie nad samochodem i uderzył w drzewo. Do wypadku doszło w pobliżu jego domu, prawnikowi nic się nie stało, wycofał samochód na drogę i zaparkował na swojej posesji. Świadkami zdarzenia były dwie kobiety, krewne jego sąsiadki, które o mało nie zostały potrącone. Iwaniec feralnego dnia był na pijackiej imprezie z kolegami. Do domu został odwieziony przez znajomych, ale po jakimś czasie zgłodniał, wsiadł do auta i pojechał do pizzerii. Obsługa lokalu i klienci zeznali, że pan sędzia był mocno wstawiony – chwiał się na nogach i bełkotał. Chciał zamówić piwo, ale mu odmówiono. Prokuratura zebrała solidny materiał dowodowy, m.in. zeznania kilkunastu świadków, protokoły oględzin auta i miejsca zdarzenia, ekspertyzę toksykologiczną i opinie biegłych. 27 października 2025 r. do Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego skierowano wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi. Bez tego nie można postawić zarzutów i skierować aktu oskarżenia do sądu. Sprawa miała zostać rozpoznana dopiero 24 marca br., ale decyzją neosędzi Marii Szczepaniec spadła z wokandy. Kolejny termin wyznaczono na maj. Wcześniej, w czerwcu 2024 r., prokuratura złożyła do IOZ wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi za znieważenie Waldemara Żurka, wówczas sędziego Sądu Okręgowego w Krakowie. Chodzi o wpisy na twitterowym koncie FigoFago, gdzie opisywano Żurka jako „złodzieja”, „gościa bez honoru”, „osła Temidy” i „oszusta podatkowego”. Sprawa jest odpryskiem afery hejterskiej, ale neosędzia Marek Motuk uznał, że prokuratorzy nie udowodnili, że to Iwaniec szkalował Żurka. Mało tego! Motuk stwierdził, że mogło nie dojść do pomówienia Żurka, a prokuratura powinna sprawdzić, czy nienawistne wpisy zawierają prawdę (sic!). Niemal dwa lata na rozpatrzenie w IOZ czeka wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi w sprawie afery hejterskiej. Współpracownik Zbigniewa Ziobry miał działać wspólnie z innymi propisowskimi prawnikami w zorganizowanej grupie przestępczej, której celem było szkalowanie (głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych i portali internetowych) sędziów sprzeciwiających się upolitycznieniu wymiaru sprawiedliwości. W ten sposób chciano nie tylko skompromitować niewygodnych sędziów,
13 kwietnia, 2026
Miliardy za błędy
Jak Polska przegrywa arbitraże z zagranicznymi inwestorami Na początku kwietnia br. sąd w Brukseli wydał nieprawomocny wyrok w sprawie z powództwa spółki Pfizer Export przeciw Rzeczypospolitej Polskiej i przyznał amerykańskiemu koncernowi ok. 5,6 mld zł. Zobowiązał także Polskę do odbioru ok. 64 mln dawek szczepionki przeciw COVID-19, które i tak muszą zostać zniszczone. Premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański na specjalnie zwołanych konferencjach prasowych poddali surowej krytyce swoich poprzedników, którzy do takiej sytuacji doprowadzili. Przyczyną sporu z Pfizerem była decyzja rządu Mateusza Morawieckiego z 2022 r. o odmowie odbioru i zapłaty za szczepionki. W uzasadnieniu powołano się na siłę wyższą, czyli wojnę w Ukrainie, gwałtowny spadek zakażeń w kraju oraz posiadanie znacznego zapasu szczepionek. W ówczesnej ocenie polskiego rządu odebranie kolejnych i zapłacenie za nie byłoby niecelowe i finansowo nieuzasadnione. Zobowiązania Polski w tej kwestii wynikały z umowy, jaką Komisja Europejska w imieniu państw członkowskich UE zawarła z koncernem. Negocjacje prowadzone były bezpośrednio przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen i prezesa Pfizera Alberta Bourlę. Jak się potem okazało, wymieniali się oni SMS-ami i w prywatnych rozmowach telefonicznych uzgadniali szczegóły kontraktu wartego dziesiątki miliardów. Opisująca sprawę dziennikarka „New York Timesa” Matina Stevis-Gridneff, powołując się na unijne przepisy o dostępie do dokumentów, zażądała wglądu w treść owych SMS-ów. Komisja Europejska odmówiła, twierdząc, że takich wiadomości nie da się odnaleźć lub nie są one dokumentami w rozumieniu prawa. Niezrażona tym redakcja amerykańskiego dziennika poszła do sądu Unii Europejskiej, który 14 maja 2025 r. orzekł, że Komisja złamała unijne zasady przejrzystości, bezprawnie odmawiając dostępu do wspomnianej korespondencji oraz nie dopełniając obowiązku starannej archiwizacji dokumentacji dotyczącej sprawy. W wyroku wskazano winę Komisji Europejskiej – politycznie reprezentowanej przez Ursulę von der Leyen – lecz nie przesądzono o konsekwencjach karnych. PiS w relacjach z Brukselą i Waszyngtonem było nieudolne, a obecna ekipa rządząca… słynie z poddaństwa wobec Komisji Europejskiej. Jeśli zatem wyrok się utrzyma, będziemy musieli zapłacić Amerykanom równowartość prawie 6 mld zł, odebrać szczepionki i na własny koszt je zutylizować. Nie po raz pierwszy okazało się, że nie radzimy sobie w sporach toczących się przed międzynarodowymi sądami arbitrażowymi. Pytanie dlaczego. Holenderska lekcja Gdy w pierwszej połowie lat 90. XX w. Polska masowo podpisywała z państwami zachodnimi umowy o ochronie inwestycji (tzw. BIT – Bilateral Investment Treaties), nikt nie liczył, ile może to nas kosztować. Najważniejsze było przyciągnięcie kapitału. Umowy dwustronne miały świadczyć o tym, że jesteśmy otwarci na biznes, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 kwietnia, 2026
Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe
Polacy a Ameryka Trumpa W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z marca 2026 r. zapytano, czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosiłyby o to Stany Zjednoczone. 84,7% badanych odpowiedziało „nie”, 11% było za, a 4,4% nie miało zdania. Natomiast w sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 27-29 marca 2026 r., zadano pytanie: „Czy uważasz Stany Zjednoczone za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski?”. Z tą opinią zgodziło się 40,6% Polaków (9,4% było o tym zdecydowanie przekonanych). Przeciwnego zdania było 54,5% badanych. 4,9% respondentów nie miało zaś w tej sprawie opinii. Co interesujące, w grupie wyborców koalicji rządzącej aż 77% respondentów nie ufa USA. Zupełnie inne stanowisko zajmują wyborcy PiS. Aż 87% uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera. W przypadku sympatyków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 58% nie widzi w USA stabilnego gwaranta bezpieczeństwa, przeciwnego zdania jest 42% respondentów. „Ludzie Prawa i Sprawiedliwości oraz Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie. Nie pozwolę na to. Przydałby się wam, nie tylko dziś, kubeł zimnej wody na głowę”, napisał w lany poniedziałek Donald Tusk. No i internet się zapalił: czy Tusk nie przesadził, czy znów jedzie kijem po klatce z lwem, czy też coś jest na rzeczy. Tusk nie przesadził. Mamy partię wojny. PiS i ośrodek prezydenta Nawrockiego uciekają od tego określenia, wołają, że to nie oni, ale fakty są nieubłagane. PiS i Nawrocki byli gotowi wciągnąć Polskę w wojnę z Iranem. I o tym mówili. Najgłośniej mówił Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, który w niedzielę wielkanocną zachęcał do pomocy Ameryce. Przekonywał w Polsat News, że europejscy sojusznicy z NATO powinni wesprzeć Stany Zjednoczone. Między innymi poprzez ewentualny udział w misji odblokowania zamkniętej przez Iran cieśniny Ormuz. Zdaniem Przydacza część sojuszników zachodnich, „zwłaszcza tych, którzy mają odpowiednią flotę i odpowiedni sprzęt”, powinna „w ramach jakiejś działalności koalicyjnej wesprzeć Amerykanów”, z jednej strony w imię własnego interesu – w tym obniżenia cen energii – z drugiej w imię euroatlantyckiej solidarności. „Ja do tego ich bardzo mocno namawiam”, podkreślał. A to, że atak na Iran był autorskim pomysłem Trumpa i Netanjahu i sojusznicy o tym nie zostali poinformowani? Że Trump raz nawoływał Europę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
13 kwietnia, 2026
Wielkanoc pod presją rachunków
Polacy w święta wydali na jedzenie mniej, ale musieli polować na promocje „Na Wielkanoc czekam na wojenkę cenową – bardziej niż na same święta. Jak nie będzie mocnych promocji w dyskontach, to stół będzie dużo skromniejszy”, napisał w mediach społecznościowych jeden z internautów. Inny przyznał: „70% ludzi liczy, że sklepy »pozabijają« się o klienta przed świętami – ja też. Bez tego nie ma szans zmieścić się w normalnym budżecie”. Ich nadzieje w tym roku się spełniły. Udało się przygotować wielkanocne śniadanie „po taniości”. Jeśli korzystaliśmy z aplikacji popularnych sieci supermarketów, przy odrobinie szczęścia mogliśmy kupić sześć kostek masła za jedyne 11,94 zł (kostka masła Mleczna Dolina kosztowała w promocji 1,99 zł). Do tego pół kilograma białej kiełbasy Skiba za 5,99 zł. Opłacało się brać dwa opakowania – wtedy kilogram wychodził po 11,98 zł. Schab lub szynkę bez kości można było dostać za 6,99 zł za kilogram. By zaoszczędzić, trzeba było brać 2 kg. 10 kg cukru można było trafić za 15 zł! A 2 kg twarogu sernikowego w wiaderkach – za 9,79 zł. Jajka, majonezy, chrzan, napoje itp. to były względnie tanie drobiazgi. Czteroosobowa rodzina mogła wydać na świąteczny stół ok. 200-300 zł. Ale był to wariant oszczędnościowy. Rodziny bardziej zamożne mogły sobie pozwolić na więcej. Około 5-6% badanych deklarowało, że ich świąteczny budżet przekroczył 1,5 tys. zł, więc biesiadowali „na bogato”. Handlowcy zauważyli, że wielu rodaków ruszyło na świąteczne zakupy w ostatniej chwili, tuż przed niedzielą wielkanocną. Z badań wynikało, że zamierzało tak zrobić 29,6% ankietowanych. To dowód, że konsumenci wiedzą, kiedy mogą się spodziewać najlepszych ofert, a na półkach pojawią się świeże świąteczne produkty. Drożej czy taniej? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Wielkanoc w 2026 r. kosztowała nas więcej niż w poprzednich latach. Choć jest to święto religijne, dla większości rodaków to także poważny test domowych budżetów. Dlatego niska cena produktów ma kluczowe znaczenie. Według tegorocznego raportu Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych „koszyk wielkanocny” okazał się średnio o 12,8% droższy niż w roku ubiegłym. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie wzrost ceny gorzkiej czekolady – aż o 80-85% w porównaniu z rokiem 2025. Przełożyło się to na wzrost cen innych słodyczy. Stało się tak z powodu suszy, chorób drzew kakaowca oraz anomalii pogodowych, które w latach 2023-2024 dotknęły część krajów Afryki Zachodniej. Zbiory spadły tam o 30-40%. W efekcie cena tony kakao z 3 tys. dol. podskoczyła do 12 tys. dol.! Przy okazji klienci, nie tylko nad Wisłą, zderzyli się ze „shrinkflacją”, polegającą na tym, że za mniejszą tabliczkę czekolady przyszło płacić więcej. Trafnie zauważył to pewien internauta w mediach społecznościowych: „Najbardziej wkurza mnie, że wszystko wygląda tak samo, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 kwietnia, 2026
Party crashing w Radzyminie
Chcieli być postrachem jak w amerykańskim filmie „Szybcy i wściekli” W Komisariacie Policji w Radzyminie składają zawiadomienie bracia B., że napadli na nich 33-letni Zenon S. i starszy od niego o trzy lata Marian. Ofiary dobrze znają sprawców. Podczas przesłuchania Kamil B. dyktuje szczegółowo do protokołu, co się zdarzyło: – Muszę zacząć od tego, że jestem z żoną w separacji. Odeszła do innego mężczyzny, potem wróciła. Przed wakacjami 2023 zorientowałem się, że ma romans z moim kolegą Marianem S. Wyprowadziłem się z domu, w moim życiu pojawiła się inna kobieta. 15 lipca pod sklepem w Radzyminie spotkałem Mariana i powiedziałem, co o nim myślę. Ostrzegłem go, że o wszystkim zawiadomię jego dziewczynę. On się odgrażał, że mnie zajebie. Pod nasz dom przyjechał ze swoim kumplem. Mój brat Przemysław dostał gazem i metalową rurą. Kiedy przypadkowo w pobliżu pojawił się radiowóz, uciekli, ale po jakichś 500 m zgasło im auto. Porzucili je, więc mieliśmy okazję zajrzeć do wnętrza wozu – leżały tam dwie kabury na broń. Wkrótce potem nadjechały trzy samochody na ukraińskich blachach, niewątpliwie ściągnięte przez braci S. na pomoc w napaści. Nie mogłem zrozumieć, skąd taka agresja, i tydzień później dzwoniłem ze dwa razy do Mariana, żeby się wytłumaczył, ale on nie odbierał telefonu. To mnie pobili Marian S., wezwany na komisariat jako podejrzany o napaść, przedstawia konflikt z braćmi B. zupełnie inaczej: 15 lipca 2023 r. jechał z byłą żoną Kamila jej samochodem marki Citroën do centrum Radzymina. Nie łączy ich żaden romans, są dobrymi znajomymi, właściwie przyjaciółmi. W pewnej chwili na ulicy pojawił się Jeep braci B. prowadzony w taki sposób, aby ich staranować. – Musieliśmy się zatrzymać, tamci piraci zrobili to samo – zeznaje Marian S. – Kiedy otworzyłem w samochodzie okno, Kamil uderzył mnie w twarz, a Przemek walił kijem bejsbolowym w przednią szybę. Towarzysząca mi kobieta krzyknęła: „Uciekajmy!”. Zdołała uruchomić silnik i odjechaliśmy. Odwiozła mnie do domu. W protokole zapisano, że po 20 minutach Kamil zadzwonił do Mariana S. z propozycją ugodowego spotkania: „Przyjedź, nie będziemy się gonić po mieście, porozmawiamy jak starzy znajomi, możesz wziąć na świadka jakiegoś swojego kolegę”. – Pomyślałem – relacjonuje przesłuchiwany – że to dobra propozycja. Do towarzystwa poprosiłem kolegę Dominika. Pod dom rodziny B. pojechaliśmy pożyczonym samochodem, nie wzięliśmy gazu ani innej broni. Ledwo wysiedli z wozu, doskoczyli do nich Kamil i Przemysław z kijami bejsbolowymi i metalowymi rurami. Okładali Mariana S. ile sił. – Wsadzę ci „rozgrzaną lokówkę w d… będę patrzył, jak się smażysz!”, wykrzykiwał Przemysław. Kiedy ofiary leżały na ziemi, bracia B. wsiedli do samochodu, którym S. przyjechał, i przed jego domem staranowali dwa wozy. Na widok przypadkowo przejeżdżającego radiowozu porzucili zawłaszczony wóz i uciekli. – Bałem się ponownego pobicia – zeznaje Marian S. – Do domu wracałem ukradkiem, polami. Postępowanie w sprawie pobicia zostaje umorzone. Trzy miesiące później, w październiku 2023 r., kobieta mieszkająca obok działki, na której buduje się Marian S., informuje go, że nad ranem kamera na jej podwórku zarejestrowała uciekającego mężczyznę, który usiłował mu podpalić nieruchomość. Niedoszły pogorzelec po obejrzeniu filmu upewnia się, że spłoszony podpalacz to Przemysław B. Są duże zniszczenia na placu budowy: z ogrodzenia zostały zdjęte panele, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 kwietnia, 2026Świat
„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą,
Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa
Dzisiaj najbardziej strategicznym produktem na świecie jest słodka woda Rosnące ceny na stacjach paliw spędzają sen z powiek milionom. Niepokoi przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie, w wyniku której niszczone są rafinerie i tankowce, a perspektywa braków w dostawach ropy nie pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Jednak to nie ropa jest dziś najbardziej strategicznym produktem na świecie, lecz woda. Przede wszystkim pitna, ale i ta wykorzystywana do celów gospodarczych. Jej brak może doprowadzić do potężnych turbulencji polityczno-ekonomicznych, znacznie większych niż braki paliwa. Obecnie odsalanie wody morskiej stanowi najważniejsze źródło wody pitnej dla ponad 300 mln ludzi na świecie. Ogromna większość zamieszkuje obszary, które po 28 lutego 2026 r., po agresji Izraela i USA na Iran, stały się celem ataków odwetowych ze strony Teheranu. Są to przede wszystkim Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Izrael. Długa tradycja odsalania Wody mamy dużo. Niestety, głównie tej pochodzącej z oceanów i mórz. 97,5% całkowitej ilości wody na Ziemi stanowią zasoby morskie. Pozostała, niewielka część to rezerwy wody słodkiej. I z roku na rok mamy jej coraz mniej. Historia odsalania wody morskiej sięga czasów jeszcze sprzed naszej ery. Już wtedy mieszkańcy wybrzeża Morza Śródziemnego pozyskiwali wodę pitną w ten sposób. Pierwsza odsalarnia podobna na swój sposób do dzisiejszych powstała na małej wyspie u wybrzeży Tunezji w roku 1560. Z kolei pierwsze patenty na odsalanie wody morskiej metodą destylacji zostały przyznane w Anglii w latach 1675-1683. W XIX w. wiele krajów osiągało już spore sukcesy w procesie odsalania wody morskiej. W tym gronie znalazło się Chile (mające ponad 6,4 tys. km linii brzegowej), gdzie w 1872 r. szwedzki inżynier Charles Wilson opracował pierwszą na świecie instalację odsalania zasilaną energią słoneczną i produkującą 20-25 m sześc. słodkiej wody dziennie. W 1892 r. do państw zamieniających wodę słoną w słodką dołączyła Rosja. Uruchomiono tam pierwszy zakład odsalania oparty na zasadzie wielostopniowego odparowywania wody. W czasie II wojny światowej odsalanie wody było intensywnie rozwijane – głównie metodą destylacji. W latach 50. i 60. eksploatacja ropy na Bliskim Wschodzie wywołała lokalny bum, w ramach którego powstały nowe odsalarnie wody morskiej. Po roku 1958 odsalaniem wody morskiej zajęły się Chiny – kraj, którego coraz większe obszary mierzyły się z deficytem wody. Od tej pory powstaje tam coraz więcej nowoczesnych odsalarni, o coraz większej wydajności, ale chiński rynek odsalania wody jest nadal w fazie rozwoju. Odsalarnie wymagają stałej obecności wyspecjalizowanych fachowców, którzy zajmują się zarówno obsługą, jak i bieżącymi naprawami instalacji. O tym, jak są ważni, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, jeszcze zanim powstała Wielka Sztuczna Rzeka dostarczająca wodę pitną z podziemnych warstw wodonośnych na Saharze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 kwietnia, 2026
Świat zakładnikiem Netanjahu
Skutecznie przekonał Izraelczyków o ich wyjątkowości Agresywna polityka zagraniczna Beniamina Netanjahu okazuje się kosztowna dla społeczności żydowskich w Europie i USA. Coraz częściej obok wyrazów poparcia dla Palestyńczyków i solidarności z mieszkańcami bombardowanej Strefy Gazy obserwujemy incydenty antysemickie. W dyskusjach internetowych, nawet w Polsce, nietrudno o komentarze, których autorzy sugerują, że „Hitler miał rację”, lub doszukują się odpowiedzialności wszystkich Żydów za działania Izraela. Poza internetem dochodzi do realnych aktów przemocy. W metropolii Toronto w marcu w ciągu kilku dni ostrzelano trzy synagogi. 10 marca francuska policja aresztowała dwóch braci, mających obywatelstwo włoskie i marokańskie, pod zarzutem planowania „morderczego i antysemickiego” ataku, a 23 marca w Londynie podpalono cztery karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzola. Rzeczywistość społeczności żydowskich to dziś przede wszystkim funkcjonowanie w lęku. Według UNESCO 61% nauczycieli w Unii Europejskiej styka się w swoich klasach z kłamstwem oświęcimskim, a co 10. nauczyciel ma z nim do czynienia często. Nawet w europejskiej polityce antysemityzm jest już narzędziem wykorzystywanym wprost. Pomijając błazenady Grzegorza Brauna, jego partia Konfederacja Korony Polskiej protestowała przeciwko Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030, nazywając ją „żydowskim faszyzmem” i przekonując, że antysemityzm to „rdzeń programu supremacji” wprowadzanego przez diasporę żydowską. Izraelczycy dumni z wojny Paliwem dla antysemickich postaw i retoryki jest trwająca nieprzerwanie od dwóch i pół roku intensywna wojna prowadzona przez Izrael na kilku frontach. Jej najnowszą odsłoną jest agresja na Iran i Liban. Wojna w Iranie chwilowo zwolniła, gdy Trump triumfalnie ogłosił zawieszenie broni (choć kilka godzin wcześniej groził zniszczeniem całej cywilizacji w Iranie). Teheran odebrał to pozytywnie, bo przedstawiony przez Trumpa 10-punktowy plan zawieszenia broni w istocie jest zwycięstwem Irańczyków i odpowiada ich potrzebom: od gwarancji zakończenia działań zbrojnych, przez obietnice wnoszenia opłat w wysokości 2 mln dol. od statku przeprawiającego się przez cieśninę Ormuz, aż po zdjęcie sankcji. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt zaznaczyła jednak, że ten plan stanowi jedynie podstawę do negocjacji. Izraelczycy są niezadowoleni z tego, że Trump zdecydował się na zawieszenie broni. W ich oczach to zdrada. Powszechne poparcie obywateli dla agresywnych wojen i głębokie przekonanie, że wszelkie działania ich żołnierzy są uzasadnione, to pokłosie lat wykorzystywania przez Netanjahu wojennej retoryki. A izraelski premier potrafi skutecznie przekonywać rodaków, że funkcjonują w oblężonej twierdzy, którą tylko on jest w stanie obronić. Wielki Brat za oceanem Do realizacji celów w Libanie i w Iranie kluczowe dla Netanjahu jest partnerstwo z Donaldem Trumpem. Lecz osobista sympatia polityków nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie, jak Izraelowi udało się wciągnąć Waszyngton w wojnę, której skutki odczuwa cały świat. Odpowiedzią nie są też popularne w internecie spekulacje dotyczące haków, jakie na Trumpa miał zbierać Mosad za pośrednictwem finansisty pedofila Jeffreya Epsteina. Ten ostatni przez lata utrzymywał bliskie relacje z amerykańskim prezydentem, a jednocześnie finansował izraelskie organizacje, w tym wspierające żydowskie osadnictwo na terytoriach okupowanych. Netanjahu długo budował relacje z wieloma kluczowymi postaciami z bliskiego otoczenia Trumpa. Przyjaźnił się z Charlesem Kushnerem, ojcem Jareda Kushnera, męża najstarszej córki Donalda Trumpa – Ivanki. Charles, prawnik, biznesmen i filantrop wspierający hojnie kampanie prezydenckie Trumpa, został przez Netanjahu w 2007 r. umieszczony na liście, która wyciekła do mediów, a zawierała nazwiska potencjalnych darczyńców. Według Jewish Telegraphic Agency Jared jeszcze jako nastolatek miał użyczyć Netanjahu swojej sypialni, gdy ten zatrzymał się w domu Kushnerów. Być może właśnie ta bliskość sprawiła, że Trump powierzył zięciowi przewodniczenie zespołowi, który w 2020 r. ogłosił plan pokojowy w celu zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego,
13 kwietnia, 2026
Gdy piasek zniknie z plaż
Nielegalnym wydobyciem surowca zajmują się gangi i mafie As-Suwajra, miasto w Maroku, ma kilkaset lat. Wiatr znad Atlantyku niesie sól, a po szerokiej plaży spacerują turyści. Ktoś wsiada na wielbłąda, ktoś robi zdjęcia falom. Z daleka wszystko wygląda jak pocztówka. Po zmroku plaża pustoszeje. Znikają przewodnicy i sprzedawcy herbaty. Nocą, jak mówią mieszkańcy, przyjeżdżają ciężarówki. Wjeżdżają na wydmy. Piasek ładowany jest łopatami i koparkami. Nie pojedyncze worki – całe wywrotki. Nad ranem samochody odjeżdżają. Podobne sceny mieszkańcy nagrywali w okolicach Tangeru. W podmiejskim Lesie Dyplomatycznym ciężarówki ładowały piasek w biały dzień. Publikowane w mediach społecznościowych filmy wywołały oburzenie. Przez kilka dni mówiła o nich prasa. Potem zniknęły z nagłówków. Piasek trafia na budowy. W kraju, który szybko się urbanizuje, to surowiec cenniejszy, niż mogłoby się wydawać. Potrzeba go do betonu, z którego rosną nowe osiedla i hotele. Pustynny piasek się nie nadaje – jest zbyt gładki, beton wiąże ten z plaży, ciężki i szorstki. W Maroku mówi się o mafii piaskowej – o siatkach, które wiedzą, gdzie wydobywać piasek i komu go sprzedać. Oficjalnie problem jest pod kontrolą. Plaże jednak stają się coraz węższe. Na północnym wybrzeżu niektóre już przestały istnieć. Linia brzegowa z roku na rok się cofa. Proceder poważnie zagraża równowadze ekologicznej, degraduje też roślinność, naturalną barierę chroniącą wybrzeża przed erozją. Piasek się kończy Świadkiem takiego nielegalnego wydobycia był Abdelkader Abderrahmane, międzynarodowy śledczy ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem (ISS), afrykańskiej organizacji badawczo-doradczej. Nigdy nie myślał o piasku. Przez lata podróżował po Mali, badając handel narkotykami, kiedy jedno jego źródło zwróciło mu uwagę na fakt, że większość marihuany w Mali pochodzi z Maroka, gdzie „kwitnie też handel piaskiem”. Początkowo nie uwierzył. „Myślę, że kiedy mówi się o handlu piaskiem, większość ludzi by nie uwierzyła – ja również. Teraz wierzę”, mówi mediom. Jego zaskoczenie wynikało przede wszystkim z widoku zniszczonej przyrody, a także z bezczelności kierowców ciężarówek. „Nie można nielegalnie wydobywać piasku w biały dzień, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 kwietnia, 2026
Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć
Stracił rząd dusz, ale zabetonował system Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech. Wykładowca w Centrum Europejskim UW oraz jego były dyrektor. Czy na Węgrach robią wrażenie te taśmowe wizyty zagranicznych polityków? Ich głosy poparcia dla Orbána? – Kiedyś robiły, ale już nie robią. Viktor Orbán stracił rząd dusz. Mówię o tym od września. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej, rosnące poparcie dla opozycyjnej partii Tisza, potwierdzają ostatnie wiece. Równocześnie nie mam złudzeń: Viktor Orbán tak mocno zabetonował system, że nawet gdyby Tisza wygrała, wcale nie musi rządzić skutecznie, bo będzie miała rzucane kłody pod nogi. Widzimy, jak to jest w Polsce, a tam opór byłby dużo większy. Cesarz z Hatvanpuszty Dlaczego Orbán stracił rząd dusz? Co się stało? – 16 lat, non stop, rządzi! I to konstytucyjną większością! Więc? – Obiecywał Eldorado, że Węgry będą kwitnące, MAGA w wersji węgierskiej, i nie dowiózł. Węgry są od dwóch lat na granicy recesji i dzierżą dwa rekordy europejskie. Pierwszy: mają największą inflację, w tym na towary żywnościowe, a tam VAT wynosi 27%, jest najwyższy w Europie. Drugi: mają największą korupcję. Lider Tiszy, Péter Magyar, dotarł do Węgrów z tymi informacjami, pokazał im skalę korupcji. Pojawił się na scenie publicznej dwa lata temu i w ciągu pół roku z jego inicjatywy powstał film „Dynastia”. Każdy może go obejrzeć. Jest poświęcony najstarszej córce Orbána, Ráhel, i jej mężowi Istvánowi Tiborczowi, który ma 40 lat i jest jednym z najbogatszych Węgrów. W 2025 r. jego majątek szacowany był na 151,5 mld forintów, ok. 1,6 mld zł. – Wszystkie największe hotele w Budapeszcie do niego należą, łącznie ze słynnym Hotelem Gellért. To wszystko jest jego własnością. Ten film w 9,5-milionowych Węgrzech ma ponad 4,5 mln wejść. Czyli nikt nie może powiedzieć, że nie wie, o co chodzi. Na początku tego roku pokazano inny film. Jego tytuł to „Csapda”, czyli pułapka, poświęcony szefowi banku centralnego, a tak naprawdę głównemu doradcy gospodarczemu Orbána – Györgyowi Matolcsyemu. Jego syn Ádám z kolegami ze szkoły średniej, bo nawet studiów nie pokończyli, przekręcili 400 mld forintów. To 4 mld polskich złotych, ponad 1 mld dol. Przekręcili i uciekli do Dubaju, tam sobie pokupowali apartamenty. Ten film miał już 1,5 mln wejść. Te filmy odniosły efekt? – W czasie ostatniego święta narodowego 15 marca były dwa wiece. Jeden rządowy – Viktora Orbána, drugi Tiszy – Pétera Magyara. Oba obejrzałem. Magyar zdefiniował premiera jako „Cesarza z Hatvanpuszty”. Hatvanpusztai császár… – Chodzi o stary park na pograniczu Alcsútdoboz, wsi, w której Orbán się urodził. W tym parku stał stary, zrujnowany przez realny socjalizm pałac po Habsburgach. Orbán odnowił go, mocno rozbudował, pobudował stajnie, wypuścił zebry, o czym było głośno. Do tego dodał baseny, jest biblioteka jak watykańska, z freskami na suficie. Ta własność należy niby do ojca Orbána, Győzö, który jeszcze żyje, ale każdy wie, że to własność Klanu i premiera. Z kolei najbogatszym Węgrem jest Lőrinc Mészáros, były inkasent gazowy, a potem sołtys rodzinnej wsi Orbána, Felcsút, położonej kilka kilometrów od Hatvanpuszty. Mówią o nim, że to słup Orbána. Jak Węgrzy zestawią swoją siermiężną codzienność, bo kraj od lat balansuje na granicy recesji, z ostentacją rodziny Orbána, oligarchami i niesamowitym korupcjogennym systemem, to mamy wyjaśnienie, dlaczego Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć. W efekcie wystąpienie Orbána 15 marca br. polegało na tym, że najczęściej używanym terminem w czasie 20-minutowej przemowy było háború – wojna. A wrogiem nie był Magyar, mówca w ogóle go nie wymienił, natomiast wrogami byli kolejno: Kijów, Zełenski, Ukraina, Unia Europejska i Ursula von der Leyen. Putina nie wymienił. – Putin, Rosja – nie ma u niego takich tematów. Wiec Pétera Magyara był trzykrotnie większy. Tłum skandował „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!”, czyli to, co Orbán na tym samym Placu Bohaterów krzyczał w roku 1989. Magyar mocno zaprzeczył głównemu hasłu rządowej propagandy, że Tisza to partia wojny. Mówił: my nie chcemy wojny, my nie jesteśmy partią wojny. Nazwał Orbána zdrajcą, zarzucił mu, że sprzeniewierzył się wszystkim hasłom, które na tym samym placu głosił w 1989 r. Na mównicy, z której Magyar przemawiał, widniało hasło: „Most vagy soha!”, „Teraz albo nigdy!”. To strofy Sándora Petőfiego z 1848 r. Teraz albo nigdy. Albo wygramy, albo Orbán będzie już nam panował dożywotnio. Mnóstwo ludzi chce, żeby był dożywotnio. – System jest tam mocno zabetonowany. Ludzie Orbána są wszędzie, we wszystkich instytucjach. Oni i ich rodziny są beneficjentami obecnego reżimu. Boją się rozliczeń. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, 30-33% głosów Orbán ma pewnych. Ale reszta jest do zdobycia. Kto za Magyarem, kto za Orbánem Właśnie! Kampania wyborcza nie zmieni nastrojów? Orbán ma wszystkie media. – Ale Péter Magyar, jeżdżąc po kraju, to obszedł. Dotarł do ludzi. Orbán popełnił duży r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
7 kwietnia, 2026
Godot w tropikach
Kubańczycy wiedzą już, że rewolucja ich nie obroni. Zresztą wcale by tego nie chcieli Korespondencja z Hawany – Są ich 2 mln. Siedzą na Florydzie i tylko czekają, żeby tu wrócić. Wielu z nich nie ma pojęcia, jak Kuba wygląda, trudno ich nazwać Kubańczykami. Ale mają swoje romantyczne rodzinne opowieści o raju sprzed rewolucji i taki raj będą chcieli tu sobie zrobić – Nelson nie ma złudzeń. To nie Donald Trump, amerykańskie siły specjalne, nawet nie CIA, stanowią teraz dla jego kraju największe zagrożenie. Od 67 lat władze w Waszyngtonie próbują obalić postrewolucyjny, dawniej komunistyczny, dziś po prostu oligarchiczny, porządek na Kubie. Z wyjątkiem Baracka Obamy i do pewnego stopnia Joego Bidena wszyscy prezydenci USA chcieli zmienić tu reżim: albo metodami siłowymi, jak Kennedy, albo osłabiając kubańskie państwo blokadami gospodarczymi, co było znakiem rozpoznawczym czasów Clintona. Trump jest pierwszym, który jasno daje do zrozumienia, że jest mu obojętne, kto będzie dalej rządził Kubą i jaki zapanuje tu ustrój. Ważne, żeby był to ustrój kierowany przez człowieka mu posłusznego. W ten paradoksalny sposób kontrowersyjny, przemocowy amerykański przywódca może osiągnąć to, co nie udało się jego 11 poprzednikom, i zakończyć panowanie na Kubie weteranów rewolucji 1959 r. Mało tego, jak przytomnie zauważył James Bosworth, analityk zajmujący się Ameryką Łacińską i felietonista portalu World Politics Review, Trump może nawet przekształcić reżim w Hawanie w państwo całkowicie zależne od Stanów Zjednoczonych. I choć na pierwszy rzut oka oznaczałoby to zmianę całkowitą, epokową, rewolucyjną – czasy są takie, że w efekcie na Kubie nie zmieniłoby się nic. Traktory nie zdobędą wiosny Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, że Kuba po 1959 r. utrzymywała się we względnej stabilności wyłącznie dzięki zewnętrznemu wsparciu, nierzadko będącemu wsparciem totalnym. Nie jest przesadą stwierdzenie, że rewolucja braci Castro i Ernesta „Che” Guevary nie utrzymałaby się, gdyby Hawana nie została klientem Związku Radzieckiego. Wszystkie wielkie sukcesy cywilizacyjne – od elektryfikacji i industrializacji po dostęp do edukacji i wykształcenie największej na świecie liczby osób z tytułami naukowymi na 10 tys. mieszkańców – były możliwe dlatego, że Moskwa dostarczała na wyspę ropę naftową, maszyny rolnicze, instruktorów wojskowych. Te ciągniki czy kombajny nadal zresztą na Kubie są, choć coraz rzadziej przyczyniają się do dobrobytu mieszkańców – częściej symbolizują upadek wyspy. Jeżdżąc przez kubański interior, można zobaczyć te pojazdy porzucone na polach, zepsute, pozbawione części zamiennych. Nikt ich już nie produkuje, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
30 marca, 2026Kultura
Sytuacje graniczne
Monodram wraca do opowiadania historii Na zwołanych 40. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora (26-29 marca 2026 r.) w Baju Pomorskim dominował bioteatr, jak nazywa swoje monodramy Agnieszka Przepiórska, która sięga do historii zapomnianych bohaterek. Prawie wszyscy uczestnicy spotkań przypominali takie właśnie historie, przy czym większość spektakli oparta była na rzeczywistych wydarzeniach. Toruńskie spotkania to najwytrwalej, bo od pół wieku, organizowany przegląd monodramów w Polsce. Dlaczego zatem dopiero 40. numer? Miały dziesięcioletnią przerwę, po której wróciły do kalendarza wydarzeń teatralnych. Ten powrót zawdzięczają Wiesławowi Gerasowi – przez ostatnie 20 lat patronował przeglądowi jako dyrektor artystyczny, a na 40. urodziny imprezy odznaczony został złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (serdeczne gratulacje!). Bywalcy spotkań zgotowali mu gorącą owację, bo dobrze wiedzą, że to właśnie Geras przed wielu laty jako młody szef toruńskiego klubu Iskra pierwszy w Polsce zapraszał na spotkania twórców spektakli jednoosobowych i z tych nieśmiałych prób wykluł się najpierw wrocławski przegląd monodramów, a potem ten toruński. Program festiwalu aż pękał od wydarzeń i może dlatego organizatorzy nie znaleźli czasu na rozmowę o tych 40 już spotkaniach w Toruniu, a byłoby o czym gadać. Nie starczyło też czasu na promocję książki, którą Baj Pomorski wydał na swoje 80-lecie. Ale najważniejsze i tak były spektakle (i rozmowy po nich), starannie dobrane, wyraźnie akcentujące osobiste historie bohaterek i bohaterów monodramów. Widać to było nawet w nieudanym spektaklu Julii Ankiersztajn, jeszcze licealistki, za wcześnie dopuszczonej do udziału w spotkaniach, która najwyraźniej rozminęła się ze swoją bohaterką. Ale to wypadek przy pracy. Pozostałe dziewięć monodramów trzymało poziom, wzbudzając niekłamany aplauz widowni. Wspomniałem, że inspiracją scenariuszy większości monodramów były rzeczywiste, często zapomniane postacie i zdarzenia. Wprawdzie Ernest Hemingway utrzymywał, że fikcja bywa prawdziwsza niż życie, ale podczas spotkań w pełni sprawdziło się to tylko raz. Przemysław Bluszcz otwierający przegląd błyskotliwym „Belfrem” wywiódł wszystkich w pole, wiarygodnie ukazując nauczyciela, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Żyję muzyką, myślę dźwiękami
Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku 90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru. Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica. Architekt czy Bóg? Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej? – Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami. Z kim konkretnie pan rozmawia? – Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki. Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”. Światowa kariera Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie, b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl
Wtedy i na zawsze…
Znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec Wiesław Myśliwski (1932-2026) Ponad 45 lat znajomości. Chciałbym móc nazywać to latami przyjaźni, ale mnie, młodszemu o dwie dekady, w obliczu śmierci nie wypada tak nazywać naszej znajomości, tak bliskiej niemal od jej początku, której nigdy nie nazywaliśmy. Nie było takiej potrzeby. To, co wiadome, nie musi być etykietowane. Wiesław Myśliwski był wiceprzewodniczącym Narodowej Rady Kultury, więc poznaliśmy się jesienią 1983 r., gdy zacząłem pracować w biurze NRK. Znałem już Jego nazwisko z adaptacji prozy, w pamięć zapadł mi do dziś film „Klucznik”. Książkę „Kamień na kamieniu” przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się w 1984 r. i już wiedziałem, że Myśliwski to nie tylko wielki pisarz, ale też znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec. Twórca osobny Tym, co mnie urzekło w tej powieści, a później w kolejnych Jego książkach, jest odmienność od tego, co czytałem dotychczas. Myśliwski na nikim się nie wzorował, nie był niczyim kontynuatorem, nie wyszedł z niczyjej szkoły literackiej, nie przynależał do żadnej formacji twórczej. Był twórcą osobnym, w jakimś sensie samotnikiem tworzącym literaturę wedle własnych, oryginalnych recept. Stworzył własny język i styl narracji. Stworzył własną postać narratora, może nie tyle „czułego”, ile wrażliwego na te wartości i te prawdy, obok których tak często przechodzimy, nie zauważając ich. Myśliwski – narrator – każe nam nad nimi się zastanowić, odnieść do nich. Ocenić, w jakiej relacji z nimi jesteśmy. Pisano i pewnie pisać się będzie, że Jego twórczość osadzona jest i wywodzi się z literatury wiejskiej, chłopskiej. Nie zgadzam się z tym. Osadzenie akcji w wiejskich realiach, obsadzenie w roli bohaterów mieszkańców wsi nie świadczy w przypadku Myśliwskiego o charakterze Jego prozy, nie daje podstawy do takiej kwalifikacji. Te wiejskie realia to świadomy zamysł, metoda, by człowieka i jego życie opisać wyraźniej, jaśniej, bardziej dla czytelnika zrozumiale. Zaliczanie Myśliwskiego do nurtu literatury chłopskiej to niedojrzałość i nietrafność w odczytywaniu Jego prozy. Tematem każdej powieści jest przeszłość. Przeszłość świata i człowieka. Myśliwski uświadamia nam, że przeszłość można rozważać, analizować ją, wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, tęsknić za nią, opowiadać, ale powrócić do niej już nie można. Minęła. Myśliwski nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na pytania o wątki autobiograficzne w swej twórczości. Ale im nie zaprzeczał. Pisząc o nas, o Polsce i Polakach, pisał przecież o sobie, o swoich odczuciach, przemyśleniach, refleksjach. „Za dużo pamiętam (…). Nie powinno się tyle pamiętać…” („Traktat o łuskaniu fasoli”). Na pewno byłem ciekaw tego pisarza jako człowieka. Wydawał mi się bardzo niedostępny. Zwracał uwagę Jego spokój, pewność wypowiedzi bez zawahań, świadcząca o poprzedzającej je analizie, przekonanie o zasadności osądu w tej czy innej sprawie, celność wygłaszanej racji. Może nawet wyczuwałem w Nim pewien chłód, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nieprzeciętne poczucie humoru
Rola kaowca w „Rejsie” była dla Stanisława Tyma legitymacją do kręcenia kolejnych filmów W filmie Marka Piwowskiego „Rejs” w kultowej scenie „Gra w salonowca” fałszywy kaowiec, czyli Stanisław, leje po dupie filozofa, czyli krytyka literackiego, felietonistę, aktora nieprofesjonalnego Andrzeja Dobosza, i prowadzą ze sobą następujący dialog: „Filozof: Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. W naszej piramidzie jesteśmy zarazem tworzywem i twórcami. Otóż, gdyby ktoś był niedoskonały fizycznie, nie wiedziałby, gdzie kończy się i gdzie zaczyna się jego brzydota. I nie sposób, żeby miał właściwy dystans do samego siebie. To jest powód, dla którego sądzę, że osobiście nie mogę już dłużej brać udziału w tej gimnastyce. Nie umiem znaleźć dystansu. Fałszywy kaowiec: Dlaczego? Filozof: Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. Mam chyba prawo wyboru. Fałszywy kaowiec: Oczywiście. Proszę”. Po czym mężczyźni na górnym pokładzie statku wymierzają sobie na zmianę klapsy. Chodzi o to, aby ten, któremu są wymierzane klapsy, zorientował się, kto mu je wymierza. Gdy fałszywy kaowiec leje po tyłku filozofa, ten wskazuje na kaowca, który z pewnością w głosie odpowiada mu: „Nie ja”. Kiedy kaowiec leje filozofa ponownie, ten zdezorientowany mówi: „To ja! Bo jeśli nie pan, to widocznie ja”. Na co kaowiec odpowiada przecząco i w najlepsze nadal pierze po tyłku kompletnie już zbitego z tropu filozofa. W scenariuszu filmu wątek ten osadza pisarz, Janusz Głowacki. Jednak błędnie przypisuje się mu wymyślenie zabawy. W dupnika lub salonowca bawią się już kilka lat wcześniej aktorzy Studenckiego Teatru Satyryków. Jak mówi Ryszard Pracz: – Dzisiaj aktorzy uciekają po spektaklach z teatrów jak do pożaru. A myśmy się nie mogli rozstać, więc kombinowaliśmy, co by tu jeszcze wymyślić, żeby ze sobą spędzać czas. Gra w dupnika była świetna, ale do tego trzeba było dłoni jak bochen chleba, a taką Fragmenty książki Katarzyny Stoparczyk Tym. Człowiek szczery na trzy litery, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Bielsko-Biała bez kompleksów
Trzy idee przyświecają miastu: kreatywność, natura, wspólnota – Gdy wychodzę przed dom, jestem na spacerze. Jeśli chcę być na spacerze w mieście, to jestem w mieście z piękną architekturą, świetnymi muralami, w mieście, w którym dużo się dzieje. Jeśli chcę być na spacerze wśród natury, wsiadam w autobus i za chwilę wysiadam w górach albo w lesie – mówi Jakub Krajewski. – Mnie też to miasto kojarzy się z naturą, zielenią, lasami i górami, ale również z bajkami – dodaje Katarzyna Wolny. – A dla mnie Bielsko-Biała to również Miały Fiat i włókiennictwo. I miasto wygodne do życia – dorzuca Anna Zgierska, szefowa tamtej dwójki, zastępczyni naczelnika Wydziału Kultury i Promocji Urzędu Miasta w Bielsku-Białej. Na moście między Bielskiem a Białą – bo Bielsko-Biała jest jednym miastem dopiero od 1951 r. – władze zamontowały instalację przedstawiającą dziesięć symboli miasta. To Mały Fiat, bo był tu produkowany do 2000 r.; snowboardzista i góry, bo miasto leży na Pogórzu Śląskim u stóp Beskidu Małego i Śląskiego; wagonik kolejki linowej na najwyższy okoliczny szczyt – Szyndzielnię; tramwaj, bo tramwaje jeżdżą po mieście już od 1895 r.; rower – to znany ośrodek kolarstwa górskiego; lalka teatralna, bo tu odbywa się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej i działa Teatr Lalek Banialuka; szybowiec, kamera i saksofon, o których później. Jest więc wszystko, co kojarzy się z miastem i składa na jego kulturę. A w tym roku kultura jest tu kluczowa, o czym informuje napis: „Polska Stolica Kultury”. Siedzimy w ratuszu, neorenesansowym budynku z XIX w., przyozdobionym flagami i plakatami, również z napisem „Polska Stolica Kultury”, w gabinecie Anny Zgierskiej. Na oknie stoją kwiatki, na ścianie wisi kalendarz przedstawiający panoramę miasta i reprodukcja „Pani w czarnym krawacie” Amedea Modiglianiego. Urzędnicy opowiadają o starcie Bielska-Białej na Europejską Stolicę Kultury 2029. Wśród 12 kandydatów w finale znalazły się cztery miasta. Wygrał Lublin. Z inicjatywy trzech pozostałych oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powołano Polską Stolicę Kultury (PSK). W tym roku jest nią Bielsko-Biała, w 2027 będzie Kołobrzeg, a w 2028 Katowice. – Nasze hasło to „Tkamy dobrostan”, ponieważ Bielsko-Biała była znanym w Europie ośrodkiem włókienniczym – podkreśla Jakub Krajewski. – Tkamy kulturę nie jako fanaberię czy dodatek, ale jako narzędzie do zmiany w dzisiejszym świecie. Kulturę opartą nie jedynie na dziedzictwie i historii, ale idącą do przodu, bo tkamy dobrostan na bieżąco. Tkamy miasto splotów ludzi, wydarzeń i natury. – Trzy idee nam przyświecają: kreatywność, wspólnota, natura – mówi Katarzyna Wolny. Wspólnota, ponieważ organizatorzy zachęcają mieszkańców i lokalnych artystów do bycia kreatywnymi właśnie. Program PSK został zbudowany w dużej mierze na ich pomysłach. I wciąż mogą zgłaszać kolejne, w ramach tegorocznej edycji budżetu obywatelskiego, która też podporządkowana jest kulturze. Kulturze, która w Bielsku-Białej ma być dostępna w każdym znaczeniu tego słowa, również w tym, by nie zamykać jej w przestrzeni budynków, ale wyjść z nią w plener – i tu mamy naturę. Iść z nią w miasto, nie tylko do centrum, ale też w dalsze rejony i dzielnice. Co do programu, dużym wydarzeniem będą Aerosploty, majowe obchody 80-lecia Zakładów Szybowcowych i 90-lecia lotniska. Szybowiec na moście to jeden z symboli miasta. W Bielsku-Białej mieszka w końcu najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Turner & Constable
Widoki niewidocznego świata W Londynie aktualnie toczy się szczególny mecz. Tym razem nie na stadionie, lecz w słynnej galerii malarstwa Tate Britain. Wystawione zostały tam prace dwóch najsłynniejszych brytyjskich malarzy z przełomu XVIII i XIX w. – Johna Constable’a i Williama Turnera. Pretekstem była 250. rocznica urodzin jednego i drugiego. Powszedniego marcowego dnia, wiele tygodni po otwarciu ekspozycji, wszystkie bilety były wyprzedane. Wśród zwiedzających dominowali Anglicy. Nie tak dawno w tej samej galerii oglądałem stałą wystawę dzieł Turnera, na której nazwisko Constable’a pojawiało się tylko w tle, raczej jako punkt odniesienia dla uznanego mistrza. Turner bowiem przedstawiany jest jako geniusz, który przeobraził angielskie i światowe malarstwo, wybiegając nawet setki lat do przodu. Rywale i wizjonerzy W jego cieniu pozornie tradycyjne malarstwo Constable’a, kojarzone z sielskimi obrazkami, wydawać się może wytworem starej epoki – tym, od czego odbijał się i uciekał Turner. Lecąc do Londynu, byłem przekonany, że właśnie temu służy zestawianie na jednej wystawie obydwu twórców. Nurtowało mnie jednak pytanie, dlaczego obaj ukazywani są w takiej samej glorii, jako „Rivals and Originals”, rywale i wizjonerzy. Obaj startowali w malarstwie w tym samym czasie. Z pierwszej części wystawy wynika, że próbowali malować podobnie, podróżowali nawet w te same miejsca, starając się uchwycić piękno natury. Nie było to oczywiste – przed nimi malarze nie zajmowali się specjalnie pejzażami. Nie zasługiwały na to. Występowały w ich pracach raczej jako swoista dokumentacja majątków ziemskich lub jako tło przy portretowaniu ich właścicieli. Uczynienie z przyrody głównego bohatera stawało się zatem specyficzną i śmiałą nowością. Nie tylko dlatego, że malowanie w plenerze okazywało się technicznie niezmiernie trudne – z powodu czy to nagłych powiewów wiatru, czy to osiadających na farbie pyłków lub owadów. Malarz musiał nanosić farbę ze sprawnością żonglera – szybko i zdecydowanie, inaczej niż w zacisznym atelier. Było to jednak śmiałe również ze względu na odwagę obrazowania zwykłego świata w kategoriach niezwykłości. Wystawę w galerii Tate otwiera głęboki pejzaż Turnera, przedstawiający popularną w Anglii górską dolinę Coniston w Kumbrii (historycznie część hrabstwa Cumberland i Lancashire) jako scenerię współczesnego raju. Chwalono go potem bardzo za szczegółowość obrazu, nie uświadamiając sobie pewnie tego, że sedno objawienia tkwi w czymś innym. Dziś powielibyśmy, że polegało ono na inicjowaniu zmiany podejścia do otaczającego świata, na dostrzeganiu boskości w tym, co dotąd było zwyczajnością. Geniusz i przebojowość Turnera pozwoliły mu biec do sławy na skróty. Na londyńskiej wystawie, już w pierwszej sali, tej z najwcześniejszymi pracami, zobaczyć można jego słynny obraz olejny „Rybacy na morzu” („Fishermen at Sea”), namalowany w 1796 r., Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jan Holoubek z Nagrodą Treugutta
Na Jana Holoubka spada ostatnio prawdziwy deszcz nagród, zwłaszcza po podziwianym serialu „Heweliusz”. Tym razem jednak reżyser odebrał nagrodę za oryginalny spektakl telewizyjny, „Biedermann i podpalacze” Maxa Frischa. To był jego reżyserski debiut w Teatrze Telewizji i od razu tak wysoko oceniony przez kapitułę Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej już od 25 lat. Uroczyste wręczenie odbyło się w gościnnych progach Galerii van Golik na warszawskiej Saskiej Kępie (14 marca 2026 r.) – gospodarz przygotował z tej okazji autorskie wersje plakatów seriali Jana Holoubka, a także wyróżnionego spektaklu. Wnikliwą laudację na część Laureata wygłosił Grzegorz Mrówczyński, a prezes Klubu Krytyki Teatralnej SDRP Tomasz Miłkowski wręczył nagrodzonemu pudełko zapałek ozdobione plakatem spektaklu „Biedermann i podpalacze”, wyprodukowane unikatowo przez Janusza Golika. Laureat zapewnił, że niczego nie będzie podpalał. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Życie i śmierć to zawsze splot okoliczności
Depresja bez wsparcia jest chorobą śmiertelną. Ze wsparciem też nią często bywa 2 marca 2016 roku Nie wiem, jak zacząć żyję Uratowano mnie w ostatniej chwili, ale czy jestem pewien, że to był dobry pomysł? Pamiętam dłoń z pierwszą ratą pigułek, wahającą się od kilku godzin. Czułem się jak żołnierz, który boi się wyskoczyć z okopu w stronę ściany ognia. I jaka ulga, gdy ruszyłem… Jeszcze w pośpiechu kilka słów pożegnania… potem łykam następną ratę. Straszne ilości pigułek… jak mogli mnie po takiej dawce odratować? To nie było wołanie o pomoc, to było wołanie o nieistnienie. Śpieszyłem się, chciałem zdążyć przed powrotem dzieci do domu. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem smutno uśmiechnięte twarze Daniela i Ewy. Wcześniej to wypłukiwanie ze mnie leków, coś z tego pamiętam… tyle walki, by uratować moje życie, którego już nie chciałem, za wszelką cenę nie chciałem. Jak można było pogardzić taką determinacją. Jak w przedszkolu pamiętam moje wielkie rzyganie mlekiem na świat cały z powodu kożucha, tak teraz, już po głównym płukaniu, ten rzyg, który pamiętam w przebłysku świadomości, w stronę pielęgniarki – ucieka z piskiem, taki wiejski śmigus dyngus, a ktoś mówi, to już tylko woda, a ja mówię, a pewnie raczej tylko myślę: przepraszam. Oddział psychiatryczny, gdzie teraz jestem, to wcale nie jest takie ciekawe miejsce, jak się niektórym wydaje, natomiast bardziej okropne, niż się przypuszcza. Wstrząs dla organizmu był tak wielki, że na dzień minęła mi depresja, dzień wczorajszy. Dzisiaj czuję, jak wraca zachmurzenie i niepokój, powoli, ale nieubłaganie. Jak cudownie było wczoraj czuć się normalnie. Nawet w tym nienormalnym miejscu. Odwiedziny Pawła, a przede wszystkim Magdy z modemem, tu nie ma internetu… dzięki niej piszę. Ewa z rzeczami dla mnie, aż strach mi pytać o dzieci, nie myślę o nich, by mniej cierpieć. Szalona przed chwilą weszła do mojego pokoju i ubrała się w moje rzeczy. Wcześniej łaziła naga po korytarzu, wylewająca się ze swoich brzegów i zawodząca. Tak, dostałem osobny pokój, ruderę, jak nędzną więzienną celę, ale tu to i tak luksus. Jakim luksusem był pawilon więzienny w Białołęce, gdzie mnie osadzili, wobec tego oddziału. Teraz nieszczęsna zawodzi na cały oddział, a facet z wielką siwą brodą, w piżamie, snuje się, co chwila popierdując radośnie, kładzie się na podłodze i wygłasza kazania. W pokoju nie mogę pisać, Fragment książki Tomasza Jastruna Rok szczura, Czytelnik, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Rodzina to pierwszy scenariusz
Więzi między rodzeństwem odbijają dynamikę całej rodziny, a nawet wielu pokoleń Emi Buchwald – laureatka Paszportu „Polityki” w kategorii film, nagrody za reżyserię, Złotego Pazura im. Andrzeja Żuławskiego i Nagrody Dziennikarzy na festiwalu w Gdyni oraz Orła w kategorii odkrycie roku za film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Czego najbardziej ci brakuje w polskim kinie? Czy twój pełnometrażowy debiut „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest na to odpowiedzią? – Mój film powstał z wielu powodów. Poruszam w nim tematy osobiste, dotykam bliskich mi stanów i emocji. Przede wszystkim obrazuję doświadczenie funkcjonowania w wieloosobowym rodzeństwie. Jestem w takim momencie życia, w którym czerpię z tego, co mam obok siebie. I mam potrzebę opowiedzenia historii w konkretnej formie. Ale kręcę i oglądam filmy w Polsce, gdzie kino i dyskurs publiczny są ukształtowane w pewien sposób i trudno się do tego nie odnosić. Gdy studiowałam w Szkole Filmowej w Łodzi, dużo mówiło się o tym, że brakuje u nas kina środka. Trochę się zmieniło od tamtej pory, a kino środka dominuje obok komercyjnego. Mniej jest zaś autorskiego języka i miejsca na eksperyment. Przyswoiliśmy już klasyczne konstrukcje scenariuszowe z kina amerykańskiego, może dobrze byłoby je teraz rozbić lub wejść z nimi w dialog? Ciekawią mnie poszukiwania w obszarze formy, ale i skupienie na specyficznym świecie i bohaterach. Nie wszystko musi być jakąś uśrednioną, stereotypową wizją naszego kraju i jego mieszkańców. Szukasz więc w polskich filmach różnorodności? – Czasem, komentując jakiś głośny film, ktoś mówi, że to historia o nas, Polakach. Nie do końca rozumiem, co to znaczy, i rzadko się z tym utożsamiam. Nie czuję też potrzeby robienia filmów pasujących do powyższego stwierdzenia. Ludzie są skomplikowani i różni, także w naszym społeczeństwie. Nie każda wielodzietna rodzina wpisuje się w dominujący obraz z debaty społeczno-politycznej. Dzięki kinu chciałabym więc uzyskać dostęp do różnorodnych, wyrazistych światów. Ciekawie też czerpać z naszego dorobku kulturowego, który jest fascynujący i niejednorodny. Kiedy myślę o kinie autorskim, nie chodzi mi wcale o filmy wypływające z osobistych doświadczeń. Duże znaczenie ma sugestywny język opowiadania. Kino nie powinno się sprowadzać tylko do mocnego tematu. Liczą się obraz, dźwięk, muzyka, wszystkie elementy, które tworzą film. Nie byłoby współczesnego kina, gdyby ludzie nie eksperymentowali z pomocą wszystkich wymienionych środków. W centrum twojej opowieści mamy czworo rodzeństwa i jego skomplikowane relacje. Skąd ten temat? Starasz się nawiązywać do własnych doświadczeń? – Bardzo lubię grać z autobiograficzną prawdą. Punktem wyjścia są dla mnie osobiste historie, ale pisząc tekst ze współscenarzystą Karolem Marczakiem, odchodzimy w pewnym momencie od rzeczywistych wydarzeń na rzecz czysto filmowego sposobu opowiadania. Mam pięcioro rodzeństwa, ten temat zawsze był dla mnie istotny i szukałam w innych tekstach kultury jego satysfakcjonującego rozwinięcia. Rzadko znajdowałam coś, co mnie interesowało, czyli portret relacji, w której mamy więcej czułości i miłości niż zazdrości i zdrady. Żyjemy w XXI w., kontakty między braćmi i siostrami wyglądają inaczej niż kiedyś. Z mojej perspektywy więzi między rodzeństwem odbijają dynamikę całej rodziny, a nawet wielu pokoleń. Kino nawiązuje do pierwotnej potrzeby opowiadania sobie historii i mitologie rodzinne mają podobną podstawę. Poza tym opowieść dotycząca rodzeństwa może się stać metaforą innych bliskich relacji, które tworzymy poza kręgiem rodzinnym. Film jest podzielony na kilkanaście rozdziałów. Ta struktura ma literackie korzenie? – Jedna z pierwszych notatek, które zapisaliśmy ze współscenarzystą, dotyczyła podzielenia filmu na rozdziały. Zaczerpnęliśmy ten pomysł z opowiadań J.D. Salingera, który stworzył świat rodzeństwa Glassów w zbiorach „Dziewięć opowiadań” oraz „Franny i Zooey”. Przeczytałam je w wieku 15 lat i zobaczyłam, że ktoś ukazał bratersko-siostrzane relacje w bliski mi sposób. Choć teksty amerykańskiego pisarza zostały opublikowane w latach 60., w ogóle się nie zestarzały. Lektura tej prozy była pierwszym impulsem do
Ząbkowska. Najważniejsza ulica świata
Wiesław Ochman – tenor, debiutował w 1960 r. w Operze Śląskiej w Bytomiu, skąd trafił na największe sceny świata: od Metropolitan Opera w Nowym Jorku po La Scalę w Mediolanie. Śpiewał pod batutą najwybitniejszych dyrygentów, stworzył 86 ról operowych, nagrał ponad 50 płyt i wystąpił w niemal 1,8 tys. spektakli. Kochał pan Baśkę? – Tę z Pragi? Tak. Z warszawskiej Pragi, z kamienicy przy ulicy Ząbkowskiej. – Bardzo. To była moja pierwsza, dziecięca miłość. Mieszkała w suterenie, w tej samej kamienicy. Dziś już nie umiem powiedzieć, jak Baśka wyglądała, ale wiem, że była piękna. Nie zwracała na mnie uwagi, a ja marzyłem, by choć na mnie popatrzyła. To dlatego na drewnianych parapetach w kamienicy, w której mieszkaliście, wyrył pan napis: „kocham Baśkę”? – Wydawało mi się to najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi. Udało się? – Nie bardzo. Potem się przeprowadziłem i wielka miłość zmieniła się we wspomnienie z dzieciństwa. Dziś nasza kamienica przy ulicy Ząbkowskiej już od kilkudziesięciu lat nie istnieje. Przetrwała wojnę, miała wiele śladów od kul. Ale w latach 60. wysadzono ją w powietrze, zlikwidowano ogród i postawiono blok z wielkiej płyty. Gdy kamienicę zburzono, pojechałem tam z bratem i na gruzach szukaliśmy właśnie tych parapetów. Chciałem sobie wziąć na pamiątkę. Ale zjawiła się milicja, zaczęła nas legitymować. Jeden z milicjantów skojarzył moje nazwisko, bo już śpiewałem w Teatrze Wielkim, trochę pogadaliśmy i tak skończyła się ta historia. Pozostały już tylko wspomnienia. Urodził się pan w Warszawie i mieszka pan w Warszawie, ale uczył się pan i pracował w wielu miastach polskich i zagranicznych, choćby w Nowym Jorku, gdzie przez 15 sezonów był pan solistą Metropolitan Opera. Jakie znaczenie ma dla pana Warszawa? – Warszawa to najważniejsze miasto w moim życiu. I muszę przyznać, że właśnie to miasto towarzyszy mi wszędzie, gdziekolwiek byłem i gdziekolwiek jestem. Kiedy śpiewałem w Metropolitan Opera w „Nieszporach sycylijskich” Verdiego… …dodam, że był to rok 1975 i pański debiut na tej scenie. – Właśnie. Zazwyczaj w Nowym Jorku do debiutanta przychodzi dziennikarz, aby przeprowadzić wywiad, który pozwoli publiczności poznać nowego artystę. Śpiewałem wówczas partię Arriga. Dziennikarz przyszedł bardzo dobrze przygotowany, wiedział, gdzie wcześniej pracowałem, w jakich miastach, w jakich teatrach. I zaczął mówić tak: „Słuchaj, przejechałeś już cały świat, byłeś w Paryżu, San Francisco, Rzymie, Berlinie, Hongkongu i tak dalej, która ulica z tych miast jest twoją ulubioną?”. (…) A ja słucham i mówię: „Ząbkowska…”. Cisza. Zdumienie. Konsternacja. Po chwili pyta: „A gdzie to jest?”. W Warszawie. Oczywiście natychmiast zadał kolejne pytanie, czy ta Ząbkowska jest większa niż Broadway, więc ja skromnie przyznałem, że trochę jednak mniejsza i trochę węższa. Niemniej jednak jest ona bliższa memu sercu niż Broadway razem z całym Manhattanem. Po prostu zawsze Warszawa jest dla mnie najważniejsza. A właściwie Praga. Mimo takiej miłości do Pragi mieszka pan na Mokotowie. – To prawda. Powód był taki, że gdy mieszkaliśmy w tzw. kołchozie operowym przy ul. Moliera, mój kolega baryton z żoną i dzieckiem mieszkał tam w małym pokoju. I zapytał mnie kiedyś po przedstawieniu „Fausta”, w którym śpiewaliśmy, czy nie mógłbym sobie kupić domu, bo wtedy nastąpi roszada w mieszkaniach i on otrzyma trzypokojowe. Tak się też stało. Niemniej w pewnym sensie z Pragi nie wyjechałem i cały czas tam jestem, choć objechałem świat dookoła. Do dziś w głębi duszy czuję się chłopakiem z Pragi, a dzięki ludziom z mojej dzielnicy wiedziałem, jak żyć. Artystą jest się tylko na scenie, a w życiu trzeba się zachowywać jak zwykły człowiek. (…) Warszawa ma dla mnie ogromne znaczenie nie tylko dlatego, że się tu urodziłem. Ale także z tego powodu, że to stąd, z Teatru Wielkiego, ruszyłem w świat. Bo kiedy po odbudowie teatru nastąpiło otwarcie sceny, to przyjechali na tę uroczystość do Warszawy znawcy opery z całego świata, impresariowie, dyrektorzy teatrów. I jakoś tak szczęśliwie się złożyło, że mnie zauważyli. To było 21 listopada 1965 r., śpiewał pan Jontka w „Halce” Moniuszki. Recenzent londyńskiego „Timesa” nie tylko pana zauważył, ale i napisał o panu prorocze zdanie, że Ochman to „śpiewak, który może zająć miejsce na każdej scenie operowej świata”. – Widzi pani, a mój serdeczny przyjaciel mówił, że zauważono mnie tylko dlatego, że śpiewałem najgłośniej. Lubi pan żartować. – Bo życie jest wtedy lepsze. Nauczyłem się śmiać od mojej mamy, w dzieciństwie. To były cudowne lata dla mnie, dziecka, mimo że był to straszny czas. Wojna, okupacja, niepewność, lęk. A jednak dzieciństwo na Pradze wspominam z wielką nostalgią. Dzięki zapobiegliwości mojej mamy Bronisławy potrafiliśmy to w jakiś sposób przetrwać. Mama była bibliotekarką, pracowała Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejZnamy program główny XV edycji Cracow Art Week KRAKERS!
Po niedawnym ogłoszeniu Sekcji Laboratorium, organizatorzy Cracow Art Week KRAKERS odsłaniają pełny Program Główny jubileuszowej XV edycji. Wydarzenie potrwa od 23 do 30 kwietnia 2026 roku pod hasłem „Łowcy, zbieracze, praktycy przyszłości”. Ogłoszona właśnie Sekcja Miasto skupia w sobie miejsca uznane w środowisku artystycznym Krakowa: regularnie działające i renomowane galerie, pracownie artystyczne, a także pop-up’y i oddolne inicjatywy. Pełny program jest już dostępny na stronie www.cracowartweek.pl Zanim na dobre wyruszymy w miasto, warto przypomnieć, że uroczystą inauguracją art weeka będzie wernisaż wystawy „NIE-LUDZKIE” w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK. Ekspozycja prac artystki Katarzyny Depty-Garapich otworzy się 23 kwietnia o godzinie 18:00. To opowieść o jedności z naturą jako narzędziu emancypacji, podważająca antropocentryczne spojrzenie na świat. Projekt otrzymał nagrodę specjalną Sekcji Laboratorium, której Mecenasem jest Fundacja Artystyczna Podróż Hestii. Będzie on dostępny dla odwiedzających od wtorku do niedzieli w godzinach 11:00-19:00 w dniach 24 kwietnia - 14 czerwca. Sekcja Miasto to esencja KRAKERSa, wprowadzająca uczestników w krwiobieg lokalnego środowiska twórczego. W tegorocznym, niezwykle bogatym programie znalazło ponad się 60 miejsc. W Art Agenda Nova zobaczymy wystawę „Brikolerzy. Architekci resztek”, skupiającą się na strategii brikolażu, gdzie z ograniczonego zasobu tworzone są nowe, metaforyczne całości. Apteka Janicki Gallery zaprasza na „Człowiek z kamerą - teraz / MetaFILM” - eksperyment tworzony online przez internautów, do którego zaproszono między innymi Wilhelma Sasnala. Przestrzeń MAS - Modular Art Studio zaprezentuje „Tak daleko stąd, tak blisko”: projekt badający dystans między tym, co prywatne i cielesne, a tym, co wspólne i publiczne w mieście. Jak co roku mamy kumulację wydarzeń w dawnym Składzie Solnym pod adresem Na Zjeździe 8. Krzyżują się tam działania wielu środowisk artystycznych: CSW Wiewiórka z wystawą „Pulsujące miejsca” galeria Skład Solny z „Esjotpe” Stanisława Koby oraz cztery niezwykłe pracownie artystyczne. W niezależnej i niekomercyjnej przestrzeni sztuki C u at Sadka, Michael Biber przygotował instalację „Postindustrialne ognisko”, podczas której oświetlenie wystawy powstawać będzie dzięki fizycznemu wysiłkowi widza pedałującego na dynamie. Eksperymentalny kolektyw Bałuckiego 15 przeniesie widza w świat nauki i materii wystawą „Liquidacja”. Galeria OPCJA sprawdzi natomiast, czy codzienne zakupy i fenomen „mystery-boxów” to przejaw współczesnych instynktów łowiecko-zbierackich. Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, czyli współorganizator wydarzenia, przygotował wydarzenia wchodzące w bardzo ciekawy dialog z tegorocznym motywem przewodnim. W budynku dawnego Szpitala Uniwersyteckiego zobaczymy wystawy: „Kolekcje wspomnień”, „Miasto w procesie” oraz plenerowe „Zabiegi na Wesołej”. Tuż obok, w Aptece Designu, powstanie „Izba Pamięci Alternatywnej”. Program UKEN dopełnią: „DECOMPRESSION” w Galerii Podbrzezie , wystawa „DESIGN 1:1” w Muzeum Inżynierii i Techniki oraz „OFF Pokaz 2026” w Kinie Paradox. Projekt Cracow Art Week KRAKERS 2026 współfinansowany jest ze środków Miasta Krakowa. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
Modelowy trumpista
Cóż by bez niego zrobili Polacy? Zwłaszcza ci kochający Trumpa prawie tak mocno jak Nawrocki. Prawie, bo Batyra w tej miłości nikt nie prześcignie. Choć Piotr Gursztyn („Sieci”) bardzo się stara. Na dwa sposoby. Po pierwsze, tak wychwala globalne zasługi Trumpa, że ambasador Rose dopisał go do listy „Ameryka first, Trump first”. Na czołowe miejsce. A po drugie, Gursztyn rozlicza się z krytykami Trumpa w specyficznym stylu tegoż ambasadora: „antyamerykańska szajba liberalno-lewicowych elit w Polsce”, „antyamerykańskie wzmożenie”, „antyamerykańska fobia” itd. Gursztyn cierpi. Bo na całym świecie tylko Trump nie jest frajerem. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Trochę dyplomacji, dużo polityki
MSZ jest ministerstwem nietypowym, a to dlatego, że w swoje działanie ma wpisaną zmianę. To oczywiste, życie dyplomaty polega na tym, że parę lat pracuje się w centrali, potem parę lat na placówce, potem znów w centrali itd. Nie można więc przyzwyczajać się do stanowiska, bo pełni się daną funkcję może nie chwilowo, ale na pewno nie na zawsze. Owszem, są wyjątki. Agnieszka Wielowieyska zawsze jest dyrektorem jakiegoś departamentu i nie wyjeżdża za granicę. Jest jeszcze inny przykład, z czasów zamierzchłych – Maria Wierna, przed którą pół ministerstwa drżało, była dyrektorem generalnym MSZ w latach 1956-1968. Prawie 12 lat. I tylko minister był od niej ważniejszy, choć nie jest to wcale pewne. A teraz pytanie numer jeden do publiczności: jak długo dyrektorem generalnym będzie Henryka Mościcka-Dendys? Wcześniej była wiceministrem, jednym z sześciu. To pokazuje wagę jej stanowiska… No dobrze, jeżeli jesteśmy przy wiceministrach i ich wielkiej liczbie, zwróćmy uwagę, że są wśród nich równi i równiejsi. I jak to zważyć? Można np. w ten sposób. Otóż Marcin Bosacki jest sekretarzem stanu. I w strukturze MSZ odpowiada za pracę departamentów: Dyplomacji Kulturalnej i Promocji Polski, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Listy od czytelników nr 16/2026
Między cieśniną Ormuz a Lwowem Szanuję prof. Widackiego. W felietonach przekazuje wiele cennych spostrzeżeń, które chłonę. Ale zdarzają się i takie, które wywołują u mnie reakcje prawdopodobnie niezamierzone przez autora. W świątecznym wydaniu, pisząc w felietonie o wojnie między prezydentem RP a rządem Donalda Tuska, najwyraźniej stoi po stronie rządu. W moim odczuciu emerytowanego górnika obie strony Konstytucję RP traktują nie jako prawo najwyższe, ale jako narzędzie do sprawowania władzy. Prof. Widacki uważa, że prezydent powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. A ja uważam, że powinien również stanąć rząd Donalda Tuska. W Konstytucji RP w art. 4 zapisano, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Jak można – mając mandat do sprawowania władzy na cztery lata, zaciągać zobowiązanie na lat 45? Zwłaszcza gdy społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone i gdy pieniędzy jest za mało na edukację, służbę zdrowia, kulturę i bezpieczeństwo wewnętrzne. O tak ogromnym zadłużeniu, i na tak długi czas, powinien decydować naród w referendum. Józef Brzozowski Siewcy polexitu Mamy jakieś dyskusje: brzydkie, ładne, jakbyśmy byli arystokratami w Wersalu i porównywali peruczki. Pokutuje traktowanie zwykłych obywateli jak debili i indoktrynowanie ich. Później jedna strona debaty oburza się, że druga lepiej kłamie, niż kłamała poprzednia, więc pozostajemy w sporach estetycznych czy moralnych. Unia powinna być rozpatrywana jako wspólne pole do uprawiania polityki i póki da się tam dogadywać w różnych sprawach, jest potrzebna. Ale nikt nie mówił, że to nadal będzie polityka. Mieliśmy się stać Zachodem i sprawa załatwiona. Tak samo z NATO, a okazuje się, że sojusz również podlega polityce. Łukaszko Walczuk Weźmy takie pozornie niezauważalne drobiazgi jak długa i ciągła praktyka w sprawach techniki. Kiedy już zostaniemy oderwani od wspólnego dostępu do know-how. Można krzyczeć, że coś jest proste jak konstrukcja cepa, jednak wyprodukowanie tego cepa może się okazać zadaniem ponad siły. Możemy się napawać widokiem broni wysoce nowoczesnej, plującej ogniem w zawrotnym tempie. A tu widać, jakie tempo jest wymagane do produkowania odpowiedniej ilości amunicji. A co z bardziej zaawansowaną technologią? Elektryczne auto, choćby Izerę, zrobić łatwo – karoseria, silnik i baterie. Ejże, łatwo? To gdzie ta Izera? Również z tego powodu nie możemy wycofać się z Unii Europejskiej. Nagle może się okazać, że papier toaletowy ponownie będzie rarytasem. Wcześniej to była jeszcze RWPG – braterstwo w biedzie. A dzisiaj? Tadeusz Żyła Neurochirurgia to gra zespołowa Klika lat temu w „Przeglądzie” (32/2022) ukazał się wywiad Beaty Dżon-Ozimek z dr. n. med. Dariuszem Łątką z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu. Dr Łątka z synem Kajetanem, również doktorem nauk medycznych, wdrażali wtedy unikatową, endoskopową metodę leczenia kręgosłupa, w której pacjent prawie natychmiast po operacji wracał do normalnego życia. Metoda ta jest stale udoskonalana. Dzięki temu Oddział i Klinikę Neurologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Opolu opuszcza coraz więcej zdrowych pacjentów, którzy nie mieli już szans na normalne życie. A dzięki publikacji „Przeglądu” również moja żona trafiła do dr. Łątki. W odróżnieniu od wielu innych lekarzy dr Kajetan Łątka nie odmówił naprawy kręgosłupa, który był w tragicznym stanie, z groźbą postępującego paraliżu. Po kilku wizytach i analizie przypadku żony dr Kajetan Łąka zdecydował się na zabieg. Operacja udała się, żona wróciła do pełni sił i odzyskała radość życia. Lekarze z Opola okazali się prawdziwymi specjalistami od beznadziejnych przypadków. Włodzimierz Syzdek, Warszawa O sztuce myślenia do góry nogami Bez rozliczenia przeszłości nie uregulujemy m.in. relacji polsko-ukraińskich. Na Ukrainie fani zbrodniczych dokonań UPA muszą być tego w pełni świadomi. Świadome muszą też być władze RP, które lansują pojednanie między naszymi narodami na potrzeby polityczne. Pojednania nie ma. Misja posła Kowala jest skazana na klęskę. Trudno nie zauważyć, że ukraińscy koledzy tego pana nadal czczą pamięć o tych, którzy odpowiadają za zbrodnie na obywatelach II RP (nie tylko na etnicznych Polakach). Damian Paweł Strączyk Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejTrwały korektor pod oczy – jak wybrać produkt który przetrwa cały dzień?
Artykuł sponsorowany Marzysz o świeżym i wypoczętym spojrzeniu, które przetrwa cały dzień bez poprawek? Kluczem do sukcesu jest odpowiedni dobór trwałego korektora pod oczy. Ten artykuł pomoże Ci znaleźć idealny produkt, dopasowany do Twojego typu cery i potrzeb, a także
Jak wygląda proces zakupu nieruchomości w Niemczech u notariusza?
Artykuł sponsorowany W Niemczech rola notariusza nie ogranicza się do jego obecności podczas podpisywania umowy. Urzędnik jest centralnym elementem transakcji – sprawia to, że proces zakupu nieruchomości jest spokojny, ale mało elastyczny. Sprawdź, jak wygląda
Rotacja składem – kiedy trener powinien dawać odpocząć liderom?
Artykuł sponsorowany W świecie sportu, gdzie każdy mecz ma znaczenie, decyzje dotyczące rotacji składem mogą być kluczowe dla sukcesu drużyny. Trenerzy często stają przed dylematem: czy dać odpocząć swoim liderom, czy postawić na nich w każdym spotkaniu?
Co pokazuje badanie rezonansem magnetycznym kręgosłupa lędźwiowego?
Artykuł sponsorowany Ból w dole pleców to jedna z najczęstszych dolegliwości, z jakimi pacjenci trafiają do lekarza. Czasem pojawia się nagle, innym razem narasta powoli i powraca mimo odpoczynku czy rehabilitacji. Gdy objawy utrzymują się od dłuższego czasu albo zaczynają
Co zrobić z kasą fiskalną przy likwidacji firmy? Wyrejestrowanie i formalności
Artykuł sponsorowany Likwidacja firmy wiąże się z szeregiem obowiązków, a kluczowym z nich jest wyrejestrowanie kasy fiskalnej. Proces ten, regulowany przez Ministerstwo Finansów, wymaga precyzyjnego dopełnienia formalności, takich jak odczyt pamięci przez serwisanta, generowanie raportów












