Felietony Przeglądu
Od groteski przez makabreskę do tragedii
Kiedy Hegel zapisywał słynne zdanie „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, dawał do zrozumienia, że każdą epokę zaczyna się rozumieć dopiero po jej schyłku, upadku, końcu. Pytanie: „Gdzie jest dzisiaj nasza Sowa Minerwy?” nastręcza oczywiście kłopotów miłośnikom zero-jedynkowych odpowiedzi na trudne pytania, ale pozwala także mieć nadzieję, że wiemy więcej, niż skłonni jesteśmy przyznać. Nasza epoka, liczona od kapitulacji hitlerowskich Niemiec, spuentowana narodzinami nowego porządku światowego opartego na Karcie Narodów Zjednoczonych i powstaniu ONZ, właśnie dogorywa lub zmarła. Poniższe słowa preambuły już nie odnoszą się do rzeczywistości, w której dość nagle, aczkolwiek spodziewanie, się znaleźliśmy: „MY, LUDY NARODÓW ZJEDNOCZONYCH, ZDECYDOWANE uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny, która dwukrotnie za naszego życia wyrządziła ludzkości niewypowiedziane cierpienia, przywrócić wiarę w podstawowe prawa człowieka, godność i wartość jednostki, równość praw mężczyzn i kobiet oraz narodów wielkich i małych, stworzyć warunki umożliwiające utrzymanie sprawiedliwości i poszanowanie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych i innych źródeł prawa międzynarodowego, popierać postęp społeczny i poprawę warunków życia w większej wolności, I W TYM CELU postępować tolerancyjnie i żyć ze sobą w pokoju jak dobrzy sąsiedzi, zjednoczyć swe siły dla utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa, zapewnić przez przyjęcie zasad i ustalenie metod, aby siła zbrojna używana była wyłącznie we wspólnym interesie, korzystać z organizacji międzynarodowych w celu popierania gospodarczego Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Co by tu jeszcze popsuć?
Wielka polityka i globalne problemy świata czy tysiące zamarzniętych psów w Polsce? Psów na łańcuchach. Ofiar weta prezydenta Nawrockiego. Mija miesiąc tęgich mrozów. W nocy temperatura spada do minus 15 st. C, a często i niżej. Ludziom jest zimno, a co dopiero mówić o psach przywiązanych krótkimi łańcuchami do nędznych bud. Obraz tego okrucieństwa wyrządzanego zwierzętom to niewyobrażalna groza. Wolontariusze, którzy próbują pomagać psom, słyszą w czasie interwencji, żeby sp… bo Nawrocki pozwolił na łańcuchy. Taki jest efekt cynicznych zagrywek otoczenia prezydenta. Za to, co zrobili, kara musi być równie dotkliwa jak to, co zrobili psom. Zwykle nie piszę o redakcyjnej kuchni i dyskusjach o tym, jak dochodzimy do wyboru tematu, który jest później na okładce. Tym razem w zespole był wyraźny podział. Prawie wszystkie panie uważały, że trzeba sobie dać spokój z polityką, gdy giną psy, a zima może jeszcze zwiększyć tragiczne żniwo. Część męska nie negowała celowości bicia na alarm, ale uważała, że wystarczy, jeśli damy tekst na ten temat w środku tygodnika. Efekt tych dyskusji widzicie. A teraz o Trumpie. Tak to już jest na tym ziemskim padole, że zawsze ktoś puka spod dna. Historia naszego gatunku pełna jest rozmaitych dziwolągów, które dorwały się do władzy i rujnowały wszystko, co tylko mogły. Od roku rola ta – przyznać trzeba, że dość niespodziewanie – jest już obsadzona. Przez prezydenta USA. Donald Trump do zasad, na których opiera się ład po II wojnie światowej, wprowadził nowe reguły. A właściwie kompletny brak reguł. To tak, jakby drużynę piłkarską zawieźć na basen i kazać skakać z trampoliny. Sensu nie ma w tym żadnego. Ale jest show. Czy to, co robi Trump, zaskakuje? Jego życiorys jest znany. To zawodowy oszust i kombinator. Swój majątek zbudował na przekrętach i bankructwach wielu kontrahentów, którym nie zapłacił za pracę. Na tej długiej liście jest też wielu Polaków wykiwanych przy budowie Trump Tower. Nie zapłacił i – dzięki prawnikom – wyszedł z opresji. Może prezydent Nawrocki upomni się o pieniądze swoich rodaków? To wtedy Trump nabrał przekonania, że cwaniactwo i bezczelność mogą być trampoliną do jeszcze większych pieniędzy. I że jak ktoś jest słabszy, to można go traktować z buta. A gdy ta rachuba zawodzi, zawsze można się wycofać. Właśnie to teraz robi jako prezydent USA. Tego się nauczył jako szemrany deweloper i to przeniósł do polityki. Na szczęście ta wąska specjalność, tego w gruncie rzeczy analfabety, przestaje mu dawać profity. Koniec z polityką obłaskawiania i nieustannych ustępstw. Niestety, nie wiemy, jak to się skończy. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pani Profesor
Gdybym zwrócił się do niej per „Pani Profesorko”, spojrzałaby zaskoczona i raczej nie kontynuowałaby rozmowy. Dokładnie dziś, 19 stycznia, mija stulecie urodzin Marii Podrazy-Kwiatkowskiej. To nazwisko poznałem w liceum, gdy z opracowanej przez Mieczysława Jastruna antologii „Poezja Młodej Polski” dowiedziałem się, że istnieje badaczka, która literaturą tą – przeze mnie wtedy odkrywaną – aktualnie się zajmuje. Ale dopiero gdy na UJ zostałem delegatem studentów do Dyrekcji Instytutu Filologii Polskiej, przeżyłem pierwsze z nią – zaoczne – spotkanie. Chodziło o ofertę zatrudnienia, jaką złożyła pracująca w PAN doc. Maria Podraza-Kwiatkowska. Nasz dyrektor, prof. Mieczysław Karaś, lekko się skrzywił: „Wolałbym jego”, wycedził. Nie wiedziałem, że to „jego” odnosi się do męża pani Podrazy, doc. Jerzego Kwiatkowskiego: jego dorobek był wówczas rzeczywiście obszerniejszy. Tymczasem na słowa Karasia zareagował przedstawiciel młodszej kadry naukowej, świeżo upieczony dr Franciszek Ziejka: „Ależ panie rektorze (Karaś był równocześnie rektorem UJ), pani Kwiatkowska jest dziś pierwszą gwiazdą w badaniach nad Młodą Polską!”. Często wspominam tę scenę. Także ze względu na Ziejkę, z którym po latach się zaprzyjaźniłem, a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Żądamy Bornholmu
Stojąc na straży bezpieczeństwa Polski, pomni tradycji II Rzeczypospolitej, wpisując się w doktrynę Trumpa i tym samym demonstrując jedność ideową z aktualnym prezydentem Ameryki, co niewątpliwie temu ostatniemu sprawiłoby przyjemność, mamy niepowtarzalną okazję wykorzystania trudnej sytuacji Danii. Powinniśmy zażądać od niej Bornholmu! Ten Bornholm „po prostu nam się należy”, jak powiedziałaby pani ekspremier Szydło, albo, mówiąc prościej, tak jak o Grenlandii mówi prezydent Trump, „on nam po prostu jest potrzebny”. Jest potrzebny z wielu powodów. Niedaleko Bornholmu zdradziecko po morskim dnie przebiega (lepiej byłoby powiedzieć przepełza) rurociąg Nord Stream łączący Rosję i Niemcy. Niby na razie nieczynny, ale nie wiadomo na jak długo. Już samo to powoduje, że powinniśmy nad nim sprawować kontrolę. Z Bornholmu byłoby łatwiej. Wymaga tego bezpieczeństwo Polski! Mieszkańcy Polski Północnej, mając daleko do lotniska w Radomiu, z którego, jak słusznie wywiódł swego czasu poseł Suski, bliżej jest do Egiptu niż z Warszawy, zamiast latać w tak odległe rejony, mogliby wypoczywać na Bornholmie. A już na pewno bliżej na Bornholm niż do Egiptu mieliby kibole Lechii Gdańsk. Przecież za deklarowany tak głośno patriotyzm jakaś premia tym walecznym kibolom chyba się należy?. Do tego dochodzą jeszcze racje historyczne, a także geograficzne. Zacznijmy od tych ostatnich. Z Kopenhagi na Bornholm jest ponad 180 km, i to tranzytem, przez kawałek Szwecji. Z Kołobrzegu tylko 50 mil morskich (ok. 93 km)! O połowę bliżej, w dodatku żaden tranzyt przez Szwecję nie jest potrzebny! A historycznie? Na Bornholmie ludzie żyli już w latach 9000-8000 p.n.e. i w tym czasie Bornholm miał połączenie lądowe z terenami dzisiejszej Polski i Niemiec. A z Danią nie! Później już (nawet znacznie później!) wyspę zamieszkiwali Burgundowie. No przecież nie Duńczycy! Potem mieszkańcy wyspy się zmieniali. Zasiedlali ją wikingowie, następnie pojawili się Duńczycy. W wiekach IX-XII władztwo Duńczyków nad wyspą nie było wcale oczywiste, trwały o nią walki między Słowianami a Duńczykami. W XII w. znaczna część Bornholmu należała do szwedzkiego katolickiego arcybiskupstwa w Lund. W Lund już prawie nie ma katolików, a w Polsce jeszcze są, bez trudu można by wywieść, że już z tego powodu prawem dziedziczenia coś nam, katolikom, na tym Bornholmie się należy. Ale to dopiero początek. W czasie wojny 13-letniej Duńczycy wspierali Krzyżaków i w pobliżu Bornholmu ich flota, wespół z inflancką, stoczyła walkę z trzema okrętami kaprów gdańskich. Za ten przykry incydent Duńczycy do dziś nie przeprosili. Potem był czas, gdy nad wyspą władzę sprawował związek hanzeatycki i dopiero w XVI w. Dania Bornholm odzyskała, ale nie na długo, bo wkrótce Duńczyków przepędzili Szwedzi. W przepędzeniu Szwedów z Danii pomagał dowodzony przez hetmana Czarnieckiego korpus polski, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Dymy nad kalderą
Zmarł Béla Tarr, najwierniejszy druh i ekranizator Mistrza Apokalipsy, László Krasznahorkaia, artysta, którego dzieła w kategorii najbardziej przygnębiających filmów świata zajmują całe podium. W ramach prywatnych obrzędów żałobnych puściliśmy sobie z przyjacielem „Harmonie Werckmeistera”, które przerażają dzisiaj po stokroć silniej niż przed ćwierćwieczem, gdy były realizowane. Film o narodzinach zbiorowej przemocy inspirowanej przez demonicznego manipulatora był na przełomie wieków zaledwie alegorią historyczną, wpisującą się w modę na katastrofizm przełomu tysiącleci, dzisiaj ogląda się to jak aktualną diagnozę społeczną, kino ściśle realistyczne. Główny bohater, człowiek duchowy, galernik wrażliwości, kończy w domu wariatów – gdy rozum zaśnie, tylko tam w najlepszym razie pozostaje miejsce dla jednostek niepoddających się stadnemu instynktowi zbrodni i zniszczenia. Tarr był wiecznie udręczonym pesymistą, ale nawet w „Harmoniach…”, będących adaptacją „Melancholii sprzeciwu” zeszłorocznego noblisty, twórcy mają przebłysk naiwnego optymizmu. Oto rozjuszony tłum dokonujący pogromu pacjentów szpitalnych. Na widok niedołężnego, bezbronnego starca porzuconego w łaźni dzika tłuszcza zamiera, by po chwili się wycofać, naga siła zatrzymuje się dopiero przed nagą… słabością. Dzisiaj świat pogrąża się w galopującym szaleństwie, którego tak łatwo zastopować się nie da. Z niejaką nadzieją patrzymy w najbliższą przyszłość, licząc np. na to, że republikanie przerżną wybory połówkowe, a Orbán straci władzę na Węgrzech. Ale do listopada daleko – jakąż Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Gnicie mózgu
Mój syn Antek od kilku miesięcy jest studentem politologii. Coraz częściej rozmawia ze mną o polityce, czasami zgodnie, czasami konfrontacyjnie. Zdarza się, że mnie bardzo irytuje. Pisałem już nieraz, jak media społecznościowe zmieniają nasze myślenie, szczególnie młodych, ale rzecz jest tak ważna, że wracam do tematu. Młodzi nie mają fundamentu wiedzy. Zalewa ich ściek internetu, gęsta breja. Nie sięgają do źródeł, nie potrafią czytać długich tekstów, lubią streszczenia. Ta breja zalewa teraz setki milionów ludzi. Większość z nich nie ma wystarczającej wiedzy ani orientacji, by rozróżnić, co jest prawdą, a co kłamstwem i manipulacją. Latarnie morskie zgasły, boje usunięto, a morze informacji nie ma brzegów. I nie ma już dawnych autorytetów, nowe autorytety to dla młodych youtuberzy. Ja nie jestem dla Antka autorytetem, nie są nimi nawet wybitni komentatorzy polityczni, nie ufa im, uważa, że setki ułamkowych informacji wyławianych z internetu zbliżają go do prawdy. Nie ma jednak takiej wiedzy, by w tym chaosie dokonywać selekcji i oceny. Pierwszy z brzegu przykład. Mówi, że Włodzimierz Czarzasty to komunista. Ale nic nie wie o komunizmie, o tym pierwotnym, o samej idei ani o jej praktycznych mutacjach. Nie ma pojęcia, czym była Polska Ludowa, która przecież miała co najmniej trzy odmienne postacie. Oczywiście Antek z czasem będzie zdobywał tę wiedzę, w końcu chodzi na wykłady, problem, że nie czyta książek. Podsuwałem mu znakomite tomy Harariego, klucze do świata. Jak zobaczył, jakie to grube, wpadł w panikę. Jak w szkole liczy na streszczenia. Cała nasza kultura zmierza do tego, by być dla nowych generacji skrótem, nie sięgają do źródeł. Dramatu dopełnia AI. Sam zaczynam się od niej uzależniać, co chwilę z nią rozmawiam i o coś pytam. Mój przyjaciel psychiatra Sławek Murawiec dzieli się ze mną wrażeniem, że przemiany w psychice ludzi zachodzą tak szybko, że brakuje w psychiatrii języka, aby nazywać nowe zjawiska i opisywać nowe problemy psychiczne. Nie mamy słów ani aparatu pojęciowego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ziobroseja w Uciekistanie
Zapewne, gdy w listopadzie 2023 r. były od niedawna minister sprawiedliwości (w sumie 10 lat…) szarżował w sejmowej pyskówce, wykrzykując do przedstawicieli przyszłej władzy w poczuciu całkowitej bezkarności: „Mam nadzieję, że nie okażecie się fujarami!”, nie przewidywał, że dwa lata później będzie rejterował do Budapesztu Orbána po azyl polityczny. W najnowszej historii nie wydarzyło się nigdy, żeby prokuratura stawiała tak poważne (i liczne – 26 w sumie) zarzuty byłemu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu – tym samym „szeryf nad szeryfami” zapisze się w annałach. W resorcie sprawiedliwości, jak twierdzi prokuratura w prawie 160-stronicowym akcie oskarżenia, działała zorganizowana grupa przestępcza, kierowanie którą śledczy przypisują właśnie Ziobrze. Ich zdaniem były minister nakazywał podwładnym, kto ma wygrać niektóre konkursy na dotacje z Funduszu Sprawiedliwości, zanim jeszcze te konkursy zostały ogłoszone. Żeby zachować pozory, wskazani w przedbiegach zwycięzcy rzeczywiście przygotowywali oferty konkursowe, a resort Ziobry je faworyzował. Choćby w taki sposób, że – jak wyjaśnia prokuratura – urzędnicy niższego szczebla musieli pilnować, „aby konkurs przebiegł zgodnie z oczekiwaniami kierownictwa resortu sprawiedliwości”, a „osoby określane jako zaufane, wchodzące w skład komisji konkursowych, otrzymywały oferty wytypowanych podmiotów w celu dokonania oceny pozwalającej na uzyskanie dotacji”. Sumy, o których mówi oskarżenie, to m.in. sprzeniewierzone ponad 150 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości. Z obietnic politycznych, które Ziobro rozsiewał szerokim gestem, nie ostało się nic oprócz podporządkowania wymiaru sprawiedliwości reprezentacji politycznej PiS. Zbigniew Ziobro szafował złotymi myślami: „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy, a potem opalają się na plażach, wysyłając lewe zaświadczenia o chorobie. Prawo musi być równe wobec wszystkich”, „Uczciwi nie mają się czego bać”, „Nie może być tak, że »białe kołnierzyki« kradną miliardy i kończy się na wyrokach w zawieszeniu”. A kiedy w ostatnich miesiącach przyszło do prokuratorskiego „sprawdzam” – szeryf pogalopował po opiekę Viktora Orbána, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Milioner w Budapeszcie
Chciał być szeryfem i zastąpić prezesa Kaczyńskiego. Przez osiem lat Ziobro zbudował w Ministerstwie Sprawiedliwości i prokuraturze system, który miał być dla niego trampoliną do awansu i zapewnić mu jeszcze większą władzę. Jego celem były pełna kontrola nad wymiarem sprawiedliwości, lojalne i posłuszne kadry oraz własne, silne zaplecze finansowe. Szedł do tego po trupach. Dosłownie, bo do dziś nieosądzona jest tragiczna śmierć Barbary Blidy. Ziobro i jego najbliżsi współpracownicy są w tej sprawie kluczowi do wyjaśnienia wszystkich podejrzanych okoliczności. Takich aresztowań o szóstej rano, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Amerykańska lekcja
Przeczytałem książkę Arlie Russell Hochschild „Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy”. Jak zwykle w przypadku tej autorki, wybitnej amerykańskiej socjolożki, rzecz jest ciekawa. Hochschild zastanawia się, co się dzieje z Ameryką i dlaczego do władzy doszedł Donald Trump. Nie będę tutaj książki streszczał ani dokładnie omawiał. Zamiast tego chciałbym się zastanowić, jakie nauki z jej lektury mogą płynąć dla nas. Pierwsza i zasadnicza: ludzie często głosują wbrew swoim interesom materialnym. Fenomen ten budzi szczególne zainteresowanie autorki, stanowi bowiem wyzwanie dla głównego nurtu socjologii czy politologii, który ma skłonność do tego, by pod wpływem sławnego dictum Marksa: „Byt kształtuje świadomość” identyfikować preferencje wyborcze poprzez analizę położenia ekonomicznego wyborców. Opisywani przez autorkę wyborcy Trumpa, pochodzący z najbiedniejszego regionu USA (Kentucky, Wirginia Zachodnia) „biali bidocy”, głosują na niego, choć łatwo się zorientować, że jego polityka służy najbogatszym, a nie im. W tym sensie wspieranie Trumpa przez najbiedniejszych Amerykanów wydaje się absurdalne. Podobnie jak związane z tym potępianie państwa za to, że chce im pomóc. Jeśli więc nie decydują interesy, to co? Retoryka. Język. Symbolika. Odwoływanie się do emocji, a nie do rozumu. Widać wyraźnie, jak funkcjonalne wobec rządów miliarderów okazują się teraz amerykańskie mity: o tym, że każdy jest kowalem swojego losu, że ciężka praca musi prowadzić do sukcesu materialnego, że liczy się przede wszystkim niezależność, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czy leci z nami pilot?
Są wreszcie powody do optymizmu: nasz kanon powszechnej, niewymuszonej mądrości poszerzył swoje granice. Do medycyny i piłki nożnej dołączyła geopolityka. Trudno już policzyć jej znawców. Tak bywa – największą karierę robią słowa, które nie mają żadnego konkretnego znaczenia. Można za ich pomocą wykonywać tragikomiczne figury i wciąż być na fali. Ale uwaga – z myśleniem jest podobnie jak z gotowaniem: pomieszać można wszystko, tylko nie zawsze coś z tego wychodzi. Słucham i zastanawiam się: czym jest geopolityka? Magiel polityczny, obserwacje historyczne, wróżenie z fusów. Sporo chwytów propagandowych, ale to normalne, geopolityka jest częścią ideologii. Pojęcie „przestrzeni życiowej”, które pokochali naziści, było projekcją politycznych obsesji, a nie elementem prawdy o świecie. Mapy, najlepiej studiować mapy. A jednak im dłużej to robimy, w tym głębszą możemy popaść konfuzję. Mapy nieustannie się zmieniają. Nie zapomnijmy – każde stulecie miało swoje własne mapy. W tym miejscu nasuwa się ciekawe i ważne pytanie: jaki sens mają zmiany na mapach? W jakich relacjach pozostają dwie siostry – historia i geografia? Jeden z patronów geopolityki, Halford Mackinder, twierdził, że historia jest „pochodną” geografii. Na pewno? Mapy Europy stanowią przypadek szczególny, tu ruch jest największy. Półkula zachodnia? Popatrzmy: granice stoją tam w miejscu. Na naszym kontynencie – nieustanne wstrząsy i zamęt. Może właśnie tu – jak rzec można, odwracając tezę Mackindera – geografia jest tyranizowana przez historię? Na przykład Napoleon, jakaż dezynwoltura, jaka fantazja! Na mapy nie zwracał specjalnej uwagi, interesowały go idee. Nie wdawał się w żadne przyziemne kalkulacje, wierzył w moc przeznaczenia. Planując wyprawę na Moskwę, wyjawił adiutantowi: „Czuję się popychany w kierunku jakiegoś nieznanego celu”. Wschód go fascynował. „Europa to kretowisko – mówił – wielkie imperia i wielkie rewolucje istniały tylko na Wschodzie”. W 1812 r. nie pomyślał nawet, że w Rosji może padać śnieg. Nic nie interesowało go bardziej niż własne pragnienia. Czy historia może się powtarzać? Iluż to Napoleonów stoi dziś w letnich mundurach, gotowych do drogi? A my? No cóż, drążymy w kretowisku swoje tunele. Nasi rządzący niespecjalnie przypominają Napoleona, ale w Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Moje pokolenie wybiera skrajności
Każdy reżyser po cichu marzy, że będzie miał protesty przed spektaklem Kamil Białaszek – znany także jako raper Koza, reżyser głośnych spektakli „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” (Teatr Polski w Poznaniu), „Skowyt” na podstawie poematu Allena Ginsberga oraz „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” na podstawie niedokończonego dramatu Bolesława Leśmiana (Teatr Żydowski w Warszawie). W grudniu 2025 r. w Teatrze Narodowym odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Niewyczerpany żart” według powieści Davida Fostera Wallace’a. Student V roku reżyserii na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Kim był Koza? – W Raszynie wszyscy żyliśmy polskim rapem, ponieważ opisywał problemy i doświadczenia ludzi z naszej warstwy społecznej. Z kulturą hip-hopową utożsamiam się od dzieciństwa, więc robienie tej muzyki było naturalną konsekwencją. Dochodziła do tego chęć zaimponowania środowisku, którego szacunek budziło jedynie popełnianie przestępstw, pieniądze i właśnie muzyka. Robienie rapu jest też łatwe, bo nie potrzeba wielkich nakładów finansowych. Wystarczy w swoim pokoju postawić na stosie książek laptop i mikrofon. Tak nagrywałem pierwsze kawałki. Oczywiście wpływało to na jakość, ale wtedy w rapie chodziło o autentyczność przekazu. Teraz już o to nie chodzi. A o co chodzi? Już kilka lat temu mówiłeś: „Całe środowisko (hip-hopowe – przyp. AW) przespało informację, że ludzie są równi” („Gazeta Wyborcza”, 7 lutego 2020 r.), a do tego, że chcesz to środowisko „skonsternować” i „zdenerwować”. – W środowisku hip-hopowym uderzało mnie zamknięcie głów, czyli awersja do wszystkiego, co nowe i różne, do idei, które większość społeczeństwa już wtedy przyjęła, jak tę, że kobiety mają takie samo prawo do życia seksualnego jak mężczyźni i nie trzeba ich za to przezywać. Transformacja w polskim hip-hopie nastąpiła w ostatnich latach, bo kiedy tylko środowisko zostało posypane pieniędzmi przez wytwórnie, raperzy chętnie zaczęli reprezentować bardziej liberalne wartości i mówić: „OK, super, tak, ja mega szanuję gejów” albo: „Ty, kobieto, teraz masz prawo wyrażać siebie i w ogóle jestem raperem feministą”. Wcześniej za takie poglądy byłem atakowany. Lubiłem i umiałem robić tę muzykę, ale denerwowała mnie cała otoczka i dlatego raper Koza stał się swego rodzaju komentarzem polskiego hip-hopu, próbującym zmienić tę kulturę od środka. To samo chcę robić w teatrze. Jak chcesz zmieniać teatr od środka? – Uważam, że musimy odejść od prymatu teatru pomnikowego, żeby z teatru nie zrobiła nam się opera, czyli relikt, którego ludzie doświadczają tylko dla samego faktu, że jest reliktem. W erze netfliksowej istnieje duże niebezpieczeństwo, że ludzie przestaną chodzić do teatru albo że będą chodzić tylko na komedie, dla rozluźnienia atmosferki w domu, lub właśnie na archaiczne sztuki, by skonfrontować się z tym pomnikiem. Naprawdę uważasz, że w Polsce, ojczyźnie jednego z najlepszych i najciekawszych teatrów europejskich, istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie będą chodzić tylko na komedie? – Zgadzam się z tym, że mamy jedną z bogatszych kultur teatralnych w Europie. Myślę jednak, że z perspektywy konsumpcyjnej widza istnieje niebezpieczeństwo, że teatr zostanie sprowadzony do dwóch kategorii – komedii oraz archaicznego przedstawiania dramatów. Ja chcę być alternatywną propozycją, która będzie łączyć elementy współczesne i elementy komedii, by pozwolić widzom się zluzować i pośmiać, z elementami teatru tzw. namysłu, i dać im szansę na analizę literatury. Czy to z chęci bycia „alternatywną propozycją” narodził się pomysł zrobienia rapowo epopei narodowej? – W każdym spektaklu staram się wychodzić od tekstu. Zadaję sobie pytanie, co ten tekst we mnie wywołuje, do jakich myśli mnie prowadzi, po co w ogóle jest i dlaczego ktoś inny miałby go doświadczyć. „Pan Tadeusz” to matryca patriotyzmu, więc reżyserując spektakl, myślałem o patriotyzmie, o tym, jak go czuję, czy jestem patriotą. Twój „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” dzieje się na blokowisku, jest w nim dużo wulgaryzmów, jest beka z „Ojcze nasz”, a symbole narodowe ukazane są w sposób daleki od reguł szkolnych apeli z okazji 11 Listopada. Nie baliście się w Poznaniu protestów kółek różańcowych pod teatrem? – Proszę cię… Całe środowisko chce mieć kółka różańcowe i protesty. Każdy reżyser po cichu marzy o tym, że będzie miał jakieś protesty przed spektaklem, bo jeśli sztuka jest opresjonowana i cenzurowana, to znaczy, że jest dobra i powiedziała coś, czego mówić nie wolno. Zatem głównym motywem „Nowego PANA TADEUSZA…” był patriotyzm. A skąd pomysł na formę? – Forma poukładała się sama. W Akademii Teatralnej nauczyli mnie, że na scenie może wydarzyć się wszystko, nawet rzeczy najbardziej szalone i odjechane, jeżeli tylko mają silne uzasadnienie w literaturze. Wziąłem więc literaturę, a potem podstawiłem pod nią swoje pomysły. To, że forma „Nowego PANA TADEUSZA…” jest tak patologiczna, przykra i absurdalna, wynika z mojego doświadczenia. Nie zmyślałem. Polska, którą pokazałeś, jest daleka od wizji kraju z klubu G20. To Polska, w której na leżaku przed namiotem na blokowisku siedzi się i pije wódkę w dresie. Są bluzgi, burdy, ksenofobia, rasizm, a silniejszy wykorzystuje słabszego. Czy taka jest Polska w trzeciej dekadzie XXI w.? – Są różne Polski. Z perspektywy Warszawy wszystko wygląda inaczej, ale Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wybierałam wolność
Moja droga była skomplikowana. Może przez wielką samotność na starcie życia Maria Pakulnis – aktorka filmowa, teatralna i radiowa, laureatka Nagrody im. Stefana Treugutta za wybitną kreację aktorską w Teatrze Telewizji. Po latach nieobecności wróciłaś do Teatru Telewizji poruszającą rolą pani Alving w „Upiorach” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz. Twój powrót przyniósł ci nagrodę – wyróżnienie specjalne za wybitne osiągnięcie aktorskie. Jak to przyjęłaś? – Nie spodziewałam się jakiegokolwiek wyróżnienia. Zresztą rzadko w życiu otrzymywałam takie nagrody. I nigdy nie miałam rozbuchanego ego, żeby oczekiwać czegokolwiek w długiej i skomplikowanej pracy pod każdym względem. Pod względem drogi, którą często podążałam nie z własnego wyboru. A czasami musiałam sama podjąć decyzję, żeby zrezygnować z różnych rzeczy. Zachowywałaś się jak pani Alving z „Upiorów”? – Wybierałam wolność i szacunek. Wybierałam szacunek do siebie. Kierowałam się prawdą, cokolwiek robiłam. Najgłębszą prawdą i rzeczowym podejściem, na tyle, na ile potrafiłam podejść do każdej roli. Miałam szczęście, ale człowiek obiera jakąś drogę. Ktoś rzuca do ciebie tę nitkę i albo ją złapiesz, albo nie, albo ją odrzucisz. Albo wybierzesz drogę łatwą, bo jesteś pokorny, albo hamujesz w sobie to, żeby nie pokazać, że myślisz inaczej, czego innego oczekujesz. Nawiązujesz do książki „Moja nitka”, wydanej parę lat temu opowieści o drodze, którą przeszłaś. – Moja droga była bardzo skomplikowana. Może przez wielką samotność na samym starcie życia. Ale nie mam pretensji do niczego, do losu, do tego, co przeżyłam, co musiałam przeżyć, i nie ubrałam tego w rolę ofiary. Nie. Po prostu jestem w pełni świadoma mojej drogi, błędów i innych rzeczy, które stały się w moim życiu. Tak musiało być, żeby odnaleźć siebie w świecie dorosłych, potem w świecie pracy, w świecie teatru, w świecie filmu i w świecie tej magii, w której nigdy nie zamierzałam być, bo nie śmiałam w ten sposób myśleć o mojej przyszłości. Drogę aktorską zaczynałaś w Słupsku. – Jestem szczęśliwa, że właściwie los skierował mnie tam na początek drogi. Epizod Słupska wydarzył się na chwilę przed wybuchem stanu wojennego. Pamiętamy, jak wtedy to wyglądało, w jakim momencie naszego życia byliśmy. W wielkiej niewiadomej. W momencie, kiedy młody człowiek kończy studia, jeszcze takie jak ja, jest pełen wiary, pasji i nadziei, że stanie się coś ważnego. My, świeżo po warszawskiej szkole teatralnej, chcieliśmy po prostu pracować. Marek Grzesiński całej naszej grupie kończącej studia zaproponował wtedy wyjazd, bo Maciej Prus przekazywał mu teatr w Słupsku. Pracowaliście razem zaledwie rok. – W takim krótkim czasie, zaledwie jednego sezonu, powstało dużo wspaniałych rzeczy. Ale już po paru miesiącach wiedziałam, że trzeba będzie szybko wracać do Warszawy. Na szczęście miałam możliwość powrotu. Zaraz po studiach dostałaś propozycję angażu w Teatrze Współczesnym, ale nie skorzystałaś. – Głupot w moim życiu narobiłam strasznie dużo, ale odrzucenie tej propozycji było jedną z największych. Dlaczego wtedy zrezygnowałaś? – Dlatego że jeszcze w szkole z całą grupą umówiłam się, że wyjeżdżamy i robimy teatr z Grzesińskim. Po dyplomie ze „Snu nocy letniej” złożyliśmy sobie przysięgę, że tak się stanie. W tym momencie przyszła propozycja z Teatru Współczesnego. I ja, nieświadoma tego, co robię, powiedziałam, że nie mogę jej przyjąć, bo nie złamię danego słowa. Szaleństwo, które chyba tylko ja mogłam popełnić. Od razu miała czekać mnie premiera z Zosią Mrozowską, przed oczyma pojawiły mi się spektakle, które proponowali mi Maciej Englert i Maciej Prus, który widział mnie w dyplomach w szkole teatralnej, a ja zrobiłam coś najgorszego, co można zrobić. Wybrałam teatr w jakimś sensie studencki. Potem zrozumiałam w pełni, co znaczy dla młodego aktora praca z mistrzami, od których można się sto razy więcej nauczyć. Ale wtedy wybrałam Słupsk. Tymczasem czekał na ciebie etat we Współczesnym. – Nie wiem, co kierowało Maciejem Englertem, ale dał mi znać, że mogę wrócić po jednym sezonie, że mam miejsce w tym teatrze i on mnie rozumie, bo kiedyś postąpił podobnie. Więc wróciłam. Axer akurat odchodził. A odchodził „Upiorami” Ibsena. Odchodziła też Joasia Szczepkowska, która miała grać Reginę, nieślubną córkę kapitana Alvinga. Dostałam propozycję od Axera, żeby wziąć za nią zastępstwo. To była jedna z najlepszych lekcji analizy materiału do grania. Axer zrobił mi szkolenie totalne. Poprowadził mnie tak, że dałam radę. Taka krótka przygoda wejścia w trudny spektakl spowodowała, że szybko zostałam zaakceptowana w zespole. To było dla mnie bardzo ważne, bo do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mogę mieć siły w przekazie. Co mogę zrobić, jakie rzeczy mogę zrobić, jak różnorodne rzeczy mogę zrobić. Ostatnio powiedział mi wybitny aktor mojego pokolenia, że właściwie to żal, że nie studiowałam w Filmówce. Wkrótce grałaś w filmach rolę za rolą. – I zaniepokoiłam tym samego Zygmunta Kałużyńskiego. Kiedy mnie zobaczył w Gdańsku, bo mi kazano przyjechać na festiwal, spojrzał na mnie swoim groźnym okiem, a myśmy wszyscy się go bali potwornie, i powiedział: „No i co ja mam teraz z panią zrobić?”. Myślałam, że zemdleję. Nogi się pode mną ugięły: „Chryste Panie, po co ja tutaj przyjechałam?”. A przyjechałam jak stałam, w tym, co miałam. Wtedy nie było tam blichtru festiwalu filmowego. Było skromnie i normalnie, biednie, ale wspaniale, bo wspaniałe rzeczy w tym czasie wybitni reżyserzy robili, mając na karku cenzurę, ale wszyscy chcieli pracować i tworzyć. Na tym festiwalu (1986) pokazano kilka filmów, w których zagrałam, i dzięki temu zostałam laureatką nagrody za rolę drugoplanową, bo się okazało, że liczy się nie tylko król, ale i dwór, czasami nawet bardziej. Ale wracając do „Upiorów”: to było duże przeżycie, tym bardziej że znalazłam się w jednej garderobie z Haliną Mikołajską, która wtedy wróciła do teatru po kilku latach nękania przez służbę bezpieczeństwa. Teatr był dla nas punktem wolności, jedynym miejscem, gdzie się nie bałam, gdzie wierzyłam, że jeżeli jestem w grupie tak wspaniałych ludzi, to doczekam dnia, kiedy wszystko zacznie wyglądać inaczej. Na każdym przedstawieniu pojawiał się Erwin Axer, siadał w fotelu, a ja przysłuchiwałam się ich rozmowom. Nie śmiałam jeszcze tak bezpośrednio się odnosić do tego, o czym mówili, ale ocierałam się o wspaniałych ludzi i to było cudowne. Po czterdziestu paru latach wróciłaś do „Upiorów”. – Okazało się, że będę pracować z człowiekiem, z którym debiutowaliśmy razem w Teatrze Telewizji. I tym razem Zbyszek Dzięgiel stał się moim dobrym duchem. Pierwszy raz zetknęłam się ze sposobem pracy Anny Augustynowicz – dla mnie to była nowość. Szalenie mi się spodobała jej asceza i dążenie do zupełnie innego grania niż u Axera. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia, trzymania na wodzy emocji, które eksplodowały w mojej głowie. Ważny był tylko problem, który noszę w środku. Liczył się tekst i tylko na tym można było się oprzeć. Okazało się, że spektakl musimy zrobić bardzo szybko. Trzeba było opanować ogromny tekst i jeszcze na tyle, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Media publiczne, czyli jak nas ograli politycy
Prof. Stanisław Jędrzejewski – socjolog, medioznawca, profesor nauk społecznych, dyrektor Programu I Polskiego Radia (2003-2005), członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2005), przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Radia (2011-2016). Zastępca przewodniczącego Komitetu Nauk o Komunikacji Społecznej i Mediach PAN. Rozmawia Robert Walenciak Media publiczne są w poważnym kryzysie – to pańskie słowa. Co to znaczy „poważny kryzys”? – To znaczy, że ten kryzys jest wielostronny. Obejmuje nie tylko finansowanie, bo zwykle na tym obserwatorzy się skupiają. Szefowie mediów publicznych zawsze mówią, że brakuje pieniędzy. No, może z wyjątkiem Jacka Kurskiego… – Za czasów PiS i Jacka Kurskiego media publiczne były finansowane poprzez budżet państwa i państwowe spółki, a nie ze środków publicznych. A dziś dotacje są uznaniowe. Jeszcze do tego transze abonamentu są wstrzymywane przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Jest to więc kryzys bardzo dokuczliwy i bardzo poważny. Ale są i inne – kryzys programowy, technologiczny, kryzys zaufania… Kto płaci, ten zamawia muzykę A jeśli chodzi o dzisiejszą Polskę – mamy media publiczne czy są to media partyjne? – To są, myślę, media państwowe. Nie partyjne, nie publiczne, tylko państwowe. Dlaczego? – Są kraje, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy, gdzie widzowie są karni i płacą abonament. W związku z tym i BBC, i ZDF funkcjonują rzeczywiście jako media publiczne, finansowane ze środków publicznych. Ale w wielu krajach ludzie nie chcą płacić abonamentu, jest więc tendencja, żeby to były opłaty poprzez budżet. A jeżeli poprzez budżet, to media muszą zabiegać o pieniądze, o dotacje. Wtedy stają się bezbronnym podmiotem wobec partii rządzącej, bo to ona podejmuje decyzje finansowe. Politycy ograli więc dziennikarzy? – Myślę, że tak. Czyli Platforma z PiS walczą na śmierć i życie, ale w jednej sprawie są zgodne: przyjęły, że kto rządzi, ten ma media. – Dokładnie tak jest. Kto płaci, ten wymaga, prawda? Albo – gra się taką muzykę, jaką zamawia płacący. Są różne powiedzenia, bardzo bliskie… To nie jest uwikłanie partyjne, tylko uwikłanie państwowe. Odróżnijmy to – media publiczne nie są definiowane wyłącznie przez źródło finansowania, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Zdrowie zaczyna się od jelit
WOŚP na rzecz zdrowych brzuszków dzieci Prof. dr hab. Piotr Albrecht – specjalista z dziedziny pediatrii, gastroenterologii i gastroenterologii dziecięcej, były wieloletni kierownik Kliniki Gastroenterologii i Żywienia Dzieci Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wykonał ponad 16 tys. endoskopii górnego i dolnego odcinka przewodu pokarmowego z polipektomiami, rozszerzaniem przełyku i usuwaniem różnorodnych ciał obcych z żołądka i przełyku. Były członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. Redaktor naukowy podręcznika „Gastroenterologia dziecięca. Przewodnik lekarza praktyka”. Redaktor czasopisma „Forum Pediatrii Praktycznej”. Kiedy próbowałam dodzwonić się do gastroenterologów dziecięcych, dowiedziałam się, że jesteście obecnie jednymi z najbardziej zajętych specjalistów. – Faktycznie, jesteśmy przeciążeni zwłaszcza w szpitalu. W Warszawie są tylko dwa oddziały gastroenterologiczne dla dzieci – w Centrum Zdrowia Dziecka, które obsługuje całą Polskę, a dla całego Mazowsza jest oddział, w którym nadal pracuję. Ma 18 łóżek plus często zajęte tzw. miejsca korytarzowe i ponad rok trzeba czekać w kolejce na planową hospitalizację. Z jakimi dolegliwościami dzieci do was trafiają? Coś jest na rzeczy, skoro nagle gastroenterolog dziecięcy stał się tak niezbędny. – No, nie „nagle”. Patrząc na problem choćby przez pryzmat zaparć, 40% porad gastroenterologicznych jest udzielanych z tego powodu. Absorbuje nas ta jedna choroba, teoretycznie błaha. Obecnie zajmują nas również nieswoiste zapalenia jelit, czyli wrzodziejące zapalenie jelita grubego oraz choroba Leśniowskiego-Crohna. Niezliczone bóle brzucha, w większości przypadków spowodowane stresem szkolnym, rozwodem rodziców itp. czynnikami stresującymi. Poza tym narasta problem eozynofilowego zapalenia przełyku. Co to takiego? – To zapalenie wywołane eozynofilami, tzw. krwinkami kwasochłonnymi, mającymi pewien związek z reakcją alergiczną. Tworzy się naciek wywołany przez te komórki, które normalnie w niewielkiej ilości występują we krwi. Zgromadzone w nadmiarze w przełyku prowadzą do zapalenia i objawów zwanych dysfagią, czyli utykania kęsa pokarmowego i bólu przy połykaniu. Rozumiem, że również nieswoistych zapaleń jelit jest coraz więcej? – Tak. Choroba Leśniowskiego-Crohna występuje coraz częściej w całym cywilizowanym świecie, choć należy do grupy chorób rzadkich. Poza tym narasta problem różnego typu zatruć, w tym przebiegających z uszkodzeniem wątroby. Są też dziesiątki połkniętych ciał obcych, które trzeba wyjmować, albo zdarzają się poparzone przełyki. Rodzice często na nic nie mają czasu, dziećmi nie bardzo się zajmują, więc one łykają, co popadnie. Co się robi z poparzonym przełykiem? – Poza konieczną gastroskopią niezbędne jest żywienie przez sondę, czasem żywienie dożylne, antybiotykoterapia, sterydoterapia, długotrwała obserwacja i hospitalizacja. Zdarzają się poważne uszkodzenia na całe życie. Najniebezpieczniejsze pod tym względem są ługi (Kret), a także utykające w przełyku baterie zegarkowe. W jakim stanie dzieci trafiają na oddział gastroenterologii? Czy rodzice w miarę wcześnie reagują na dolegliwości brzuszkowe? – Czasem reagują wręcz za wcześnie. Jak dziecko raz zaboli brzuch, a każdego może zaboleć, natychmiast jadą na SOR. Są przewrażliwieni, a w dodatku, jak się naczytają w internecie, że ból brzucha może doprowadzić do raka… Dzieci nie chorują na raka jelit i żołądka, ale rodzice szukają tego, co najgorsze. Jaka powinna być zatem reakcja rodziców, jeśli dziecko skarży się na ból brzuszka, żeby od razu nie pędzić na SOR? Czy jeśli ból się powtarza, badać kalprotektynę w kale (marker stanu zapalnego jelit; jego podwyższone stężenie świadczy o procesie zapalnym, który może być związany z nieswoistymi zapaleniami jelit – przyp. red.)? – Nie, o badaniu kalprotektyny musi zdecydować lekarz, nie można tak sobie badać, dlatego że kalprotektyna może być podwyższona przy każdej infekcji jelitowej, również wirusowej. Jeśli rodzice zobaczą podwyższone stężenie kalprotektyny, a wiedzą, że to może być związane z nieswoistym zapaleniem jelit, nie będziemy mogli się opędzić od pacjentów do gastro- i kolonoskopii. Zupełnie niepotrzebnie. Kalprotektyna nie jest więc pierwszym zlecanym badaniem. Natomiast niepokoić powinny stałe, wybudzające ze snu bóle brzucha, którym towarzyszy biegunka, utrata masy ciała, bóle stawowe, niewyjaśnione gorączki – wtedy mamy czego szukać w jelitach. Pamiętać oczywiście trzeba o bólu wyrostkowym, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Komu służy weto?
Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki Krzysztof Gawkowski – wiceprezes Rady Ministrów, minister cyfryzacji Dlaczego potrzebujemy regulacji dotyczących usług cyfrowych? – Potrzebujemy regulacji, które doprowadzą do bezpieczeństwa w internecie. Obecnie nie ma skutecznej walki z przestępstwami popełnianymi w sieci, bo nie mamy możliwości egzekwowania od platform cyfrowych przestrzegania prawa. Musimy wzmocnić nadzór nad tymi platformami, aby zwiększyć ochronę użytkowników. Państwo musi mieć możliwość szybkiej reakcji, kiedy pojawia się np. rosyjska dezinformacja czy zamieszczane są nielegalne treści, takie jak zdjęcia pedofilskie. Do tego mamy oszustwa internetowe związane z namawianiem do przestępstw finansowych. Aby z tym wszystkim walczyć i temu zapobiegać, potrzebujemy odpowiedniego prawa. Bez niego jesteśmy dziś dość bezbronni. I mimo że większość państw Unii Europejskiej takie prawo już wprowadziła, polski prezydent zdecydował się zawetować bezpieczeństwo w internecie. Prezydent Nawrocki mówi, że to cenzura, przywołuje Orwella. Dlaczego ta argumentacja jest wadliwa? – Przede wszystkim mam wrażenie, że pan prezydent może i czytał Orwella, ale na pewno nie czytał zawetowanej przez siebie ustawy. I to jest pierwszy element, który nasuwa mi się na myśl po tym, jak przeczytałem argumentację pana prezydenta odnośnie do ustawy implementującej Akt o usługach cyfrowych (DSA). Cenzura? Ta ustawa właśnie chroni wolność słowa w internecie, nakładając na platformy takie obowiązki jak wyjaśnianie przyczyn usunięcia treści, umożliwienie składania odwołań czy ujawnianie zasad moderacji. Po drugie, w zawetowanej ustawie mieliśmy zestaw konkretnych narzędzi, które realnie wzmacniały prawa i wolności obywatelskie. Tymczasem według prezydenta egzekwowanie tych wolności implementacja DSA uniemożliwia. Po trzecie, blokowanie treści związanych z aktywnością w sieci dotyczyło ściśle określonych elementów i poważnych przestępstw, takich jak handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. Prezydent się temu sprzeciwił. Wszystko to w imię walki z „cenzurą urzędniczą”. – Prezydent oczekiwał, żebyśmy mieli w ustawie możliwość złożenia sprzeciwu do sądu powszechnego. I takie rozwiązanie wprowadziliśmy. Ustawa zawiera możliwość zgłoszenia sprzeciwu wobec zawieszenia danej treści. Co więcej, w takim wypadku treść nie znika z internetu do czasu rozstrzygnięcia postępowania. Czy pozostanie w sieci – zależy już od decyzji sądu. Uważam, że prezydent Nawrocki uprawia grę polityczną, żerując na najniższych instynktach. Dlatego stawiam prezydentowi tak mocny akt oskarżenia. To on jest dzisiaj odpowiedzialny za k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Zaczęło się od jeży
Miasta zabierają przestrzeń zwierzętom. Nic dziwnego, że po centrum chodzą dziki, sarny czy lisy Przemysław Baran – lekarz weterynarii, specjalista chirurgii, kierownik przychodni Salamandra w Krakowie, współtwórca Fundacji Dzikusy Salamandry, której misją jest niesienie pomocy dzikim zwierzętom i przygotowywanie ich do powrotu do naturalnego środowiska. Skąd pomysł na Fundację Dzikusy Salamandry? – Jako lekarz weterynarii od ponad 20 lat pracuję z dzikimi zwierzętami, od 11 lat w przychodni Salamandra w Krakowie. Ludzie wiedzą, że im tu pomagamy, więc je do nas przynoszą. Ponieważ tych zwierząt było u nas coraz więcej, we wrześniu 2024 r. postanowiliśmy założyć fundację, by zdobyć fundusze potrzebne na nasze działania. Uratowaliśmy już ok. 2 tys. zwierząt. Podczas leczenia zwierzęta przebywają w Ośrodku Rehabilitacji dla Dzikich Zwierząt, który od czerwca 2025 r. znajduje się niedaleko przychodni. W tym momencie w ośrodku przebywa ok. 150 zwierząt, w tym połowa to jeże. Pan leczy jeże od ponad 20 lat. – Tak naprawdę wszystko zaczęło się od nich. 20 lat temu w Krakowie nie było nikogo, kto by się tymi jeżami zajmował. Wtedy pojawił się Andrzej Kuziomski, jeżofil i człowiek z pasją, który pomagał tym zwierzętom 24 godziny na dobę. W 2007 r. założył w swoim mieszkaniu pierwsze w Polsce Pogotowie Jeżowe. Trafił do mnie i taki był początek naszej historii z jeżami. W Polsce wiedza na ich temat była wówczas bardzo mała, dlatego zaczynaliśmy od zdobywania jej z zagranicznych magazynów. Dziś jeże trafiają do Salamandry z całej Polski. Dużo jeży mieszka w naszych miastach. Jak możemy im pomagać albo chociaż nie szkodzić? – Wszystko zależy od pory roku. Od wiosny do jesieni jeże przemieszczają się nocą. Jeż przemieszczający się w ciągu dnia, w słońcu i upale, powinien zwrócić naszą uwagę, bo skoro to robi, coś jest nie w porządku i trzeba mu pomóc. Większy problem z jeżami zaczyna się jesienią. Od wielu lat zdarzają się jesienne mioty i małe jeże często nie zdążą osiągnąć wystarczającej masy ciała, czyli minimum ok. 500 g, by przeżyć zimę. Do nas trafiają jeże ważące 150-200 g. Wrócą na wolność wiosną. Najlepsze, co możemy zrobić dla jeży, to im nie przeszkadzać. Jeśli mamy ogród, w którym jesienią są liście i gałęzie, zostawmy je, bo w nich jeże budują gniazda, w których będą zimować. Zresztą grabienie liści w ogrodzie jesienią w ogóle nie jest pomocne, ponieważ dzięki liściom ziemia trzyma wilgoć, czyli się nie wysusza. Nie zawsze wszystko musi być wygrabione i wykoszone co do źdźbła. Jesienią dobrze jest jeżom zostawić miskę z wodą i miskę z jedzeniem – idealne byłyby owady, ale może też być wysokobiałkowa kocia karma. Jakie inne ssaki są pacjentami fundacji? – Jeśli idzie o małe ssaki, prócz jeży mamy dużo wiewiórek, zdarzają się kuny i łaski. Jeśli chodzi o większe ssaki, w Boże Ciało zadzwoniła do nas pani, która jakieś dwie godziny drogi od Krakowa znalazła martwą sarnę potrąconą przez samochód. A przy niej stał dzieciak i beczał. Wiadomo było, że bez pomocy jest skazany na śmierć. W gminie powiedzieli jej, że mogą oddelegować myśliwego, by go odstrzelił. Przywiozła go do nas. Był wielkości kota. Dziś Bambi ma pół roku, odstawiliśmy butelkę, przez jakiś czas przebywał w mojej stajni z końmi i wkrótce pójdzie w świat. Trafiają do was też ptaki. Jakie gatunki? – Po jeżach ptaków jest u nas najwięcej. Głównie to małe ptaki ze złamanymi skrzydełkami, po zderzeniach z szybami czy samochodami. Często trafiają do nas sowy. Jakiś czas temu zadzwonili z gminy Brzesko, że mają myszołowa potrąconego przez samochód i nikt nie chce go przyjąć. My się zgodziliśmy. Zabawne było, że przywiózł go do nas kordon policyjny. Na szczęście myszołów nie miał bardzo uszkodzonych skrzydeł, udało się go wyprowadzić na prostą i zwrócić mu wolność. 13 listopada napisaliście na Facebooku: „Do naszej fundacji trafił kruk z pozostałościami śrutu w skrzydle. Pocisk złamał też kość. Zawalczymy o to majestatyczne zwierzę, choć zupełnie ciężko nam sobie wyobrazić, że ktoś postanowił do niego strzelać”. Ludzie strzelają w mieście do zwierząt z wiatrówek? – Tak. Na szczęście operacja się udała. Wkrótce przeniesiemy go do woliery, by rozlatał skrzydło, a czy podejmie lot? Zobaczymy. Niestety, trafia do nas wiele ptaków z postrzałami. Ale nie tylko. Leczymy wolno wychodzące koty i zdarza się, że gdy robimy im zdjęcie rentgenowskie, widzimy kilkanaście śrutów. To oznacza, że kot nie dostał raz, ale że gdzieś w sąsiedztwie jest ktoś, kto strzelał do niego kilka-kilkanaście razy. Trudno to sobie wyobrazić. Wróćmy jednak do ptaków. Piszecie na Facebooku: „Bez względu na to, czy gołębie lubimy, czy nie, to część miejskiego ekosystemu i naszego wspólnego świata”. Proszę opowiedzieć o akcji pomocy gołębiom na Rynku Głównym w Krakowie. – Problem Krakowa polega na tym, że mieszka tu bardzo dużo gołębi. Gołębie raczej nie migrują, tylko siedzą w skupiskach w danym miejscu. Te, które przebywają na krakowskim rynku, są w większości chore, ponieważ w tym miejscu nie mają wystarczającej ilości jedzenia, poza tym jest ich tu tak dużo, że nawzajem się zarażają. Chorują na rzęsistek, który objawia się problemami z jedzeniem, ornitozę, czyli chorobę górnych dróg oddechowych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Zbawienie jest tylko poza kościołem
Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (4/2025) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl. (…) PAWEŁ SĘKOWSKI: Czy można powiedzieć, że tym, co najbardziej zaszkodziło polskiemu Kościołowi w posoborowej dobie, był pontyfikat Jana Pawła II? Polski papież stał się autorytetem, z którym nie można dyskutować. Jak Jan Paweł II coś powiedział, to causa finita. Czy pan się z tym zgodzi? Czy gdyby nie było polskiego papieża, to stan polskiego Kościoła byłby lepszy? I bardziej podlegałby tym wszystkim procesom, którym podlega przynajmniej część Kościoła i wiernych w innych krajach, na Zachodzie? STANISŁAW OBIREK: Mogę to nawet gruntowniej uzasadnić. Rozmawiamy już długo i myślę, że ten długi rozbieg jest bardzo ważny, bo pozwala pokazać jednego z obywateli tego kraju, który z pewnym, może naiwnym, optymizmem złączył swoje życie z Kościołem, pełen dobrych nadziei, że w połowie lat 70. szary PRL ma alternatywę w barwnym katolicyzmie. To złudzenie było podtrzymywane bardzo mocno po 1989 r., kiedy – wpierw nieśmiało – barwy rzeczywiście zaczęły się pojawiać na polskich ulicach. I stało się coś, co dla mnie jest szczególnie przykre jako doświadczenie życiowe: że to, z czym łączyłem moje losy, ta instytucja, stała się największym hamulcowym zmian. Im bardziej ta Polska się otwierała, tym bardziej Kościół hamował. Romek Graczyk to jest dobry przykład człowieka, który jako dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” i później „Gazety Wyborczej” bardzo poważnie potraktował nadzieję, że świat się zmienia i Kościół się zmienia. I bardzo szybko się przekonał, że jednak ze zmianami w Kościele to nie jest tak. Nie można np. krytykować Jana Pawła II, nie można wyrażać się sceptycznie o jego wzmożeniu moralnym itd. Patrząc bardzo spokojnie i z dystansem, myślę, że to jest jakiś chichot historii, że taką stała się instytucja, która w latach 60., 70., nawet 80., była kojarzona zasadnie z walką o podmiotowość, o prawa człowieka, o wolność sumienia. Myślę np. o Dignitatis humanae, dekrecie Soboru Watykańskiego II o wolności religijnej, o dialogu, trosce o ubogich. Tak to się wtedy mówiło. Ale to wszystko było w Kościele bardzo systematycznie tłumione, poczynając od 1989 r. I Jan Paweł II przez swoją bardzo energiczną politykę personalną, dobór współpracowników, zarówno w dykasteriach rzymskich, jak to się dzisiaj mówi, jak i przez nominacje biskupie na całym świecie, doprowadził do wyciszenia tej zmiany, do stygmatyzowania tych wszystkich, którzy tak jak ja wierzyli, że Sobór Watykański II oznaczał kopernikański przewrót. Wcześniej mówiliśmy, dlaczego Kościół nie jest w stanie zaakceptować krytyki Jana Pawła II. Ale ten Kościół to jest jego dzieło! To on ten Kościół stworzył przez nominacje biskupie, przez właściwe uposażenie człowieka o dość marnych talentach intelektualnych, jakim jest Stanisław Dziwisz, dodał mu do towarzystwa Józefa Kowalczyka, żeby nie był samotny i obdarzył ich niezwykłą władzą nominowania na odpowiedzialne funkcje ludzi, którzy byli jeszcze słabsi intelektualnie i duchowo. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Jest na to takie ładne powiedzenie łacińskie: corruptio optimi pessima est. Każdy z nas może ulec takiej czy innej słabości, potknąć się, ale ktoś doskonały popsuje doskonale. Podobnie mówił Lord Acton, że każda władza korumpuje, ale władza absolutna korumpuje absolutnie. I miał na myśli oczywiście papieża, gdy ten ogłosił akt o nieomylności papieskiej. Wojtyła to był papież, który wierzył, że ma wyznaczoną przez Opatrzność misję i on tę misję konsekwentnie wykonywał. I efekt jest, jaki jest. Ja nie jestem przeciwko sekularyzacji, broń Boże, ale Kościół i biskupi polscy to są właśnie ludzie, którzy najefektywniej działają na rzecz sekularyzacji. Bo to, co oni prezentują sobą, i ten model instytucji religijnej, który oni próbują zaprowadzić, to, że posługują się ramieniem prawnym w postaci Ordo Iuris, jest znaczące. Organizacja właściwie fundamentalistyczna i wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi współfinasowana przez Kreml. ADAM JAŚKOW: A czy to nie jest tak, że Jan Paweł II jest wytworem polskiego Kościoła? Przecież nie wziął się znikąd. Miał swoich poprzedników, którzy go ukształtowali. OBIREK: Oczywiście, przecież to jest dziecko kard. Adama Sapiehy, „Księcia Kościoła”. Można się zastanawiać, czy rekonstrukcja Ekke Overbeeka jest słuszna, ale pominięcie tego dziwnego, dwuznacznego zachowania Sapiehy wobec jego najbliższych współpracowników nie byłoby właściwe. Wiadomo, że ulubionym jego księdzem był Karol Wojtyła. Dlaczego ten aspekt nie został do końca wyjaśniony? Jakiej natury był związek między Sapiehą a Wojtyłą? SĘKOWSKI: Myśli pan, że były tam jakieś dwuznaczności? OBIREK: Homoseksualizm Sapiehy był dość znany w środowisku kościelnym. SĘKOWSKI: Ale ja pytam o Karola Wojtyłę. OBIREK: Nie wiem, czy to się nadaje do druku (ale w Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa
Amerykański eksperyment ma się dobrze Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin Korespondencja z USA Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”? – Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca. Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa? – Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces. A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać. – Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony. Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli? – Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony. Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny. – Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
O teatrze w czasach komercji
O teatrze w czasach komercji Dlaczego łatwo godzimy się na cięcia w kulturze Michał Borczuch – reżyser teatralny, twórca takich spektakli jak „Apokalipsa”, „Zew Cthulhu”, „Kino moralnego niepokoju”, „Mieszkanie na Uranie” i „Nagle, ostatniego lata” w Nowym Teatrze w Warszawie, „Moja walka” i „Czarodziejska góra” w TR Warszawa, „Paradiso” i „Wszystko o mojej matce” w Łaźni Nowej w Krakowie, „Lulu”, „Werter”, „Brand. Miasto. Wybrani” i „Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie czy „Ulisses” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pracował też w teatrach w Niemczech, Szwajcarii, na Litwie oraz w Słowenii. Laureat Paszportu „Polityki” (2017). Wykłada w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. 15 listopada 2025 r. w Starym Teatrze odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Piramida zwierząt”. Skąd pomysł na spektakl „Piramida zwierząt”? – Gdy byłem uczniem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Kluzy w Krakowie, w 1993 r. rozmawialiśmy o pracy Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Mówiliśmy o procesie jej powstania i kontrowersjach, jakie wywołała. Był to dla mnie moment zetknięcia się ze sztuką, która fascynuje i przeraża, bo odsłania coś niepokojącego o świecie. Wróciło to do mnie dwa lata temu. Jako człowiek już zawodowo ustabilizowany przypomniałem sobie emocje i refleksje nastolatka, co wywołało we mnie pytanie o to, czy wciąż istnieje jakiś obraz sztuki, który mnie porusza. Spektakl wyrasta więc z bardzo osobistej i ważnej dla mnie historii. „Nazywam się Kasia i zajmuję się sztuką. Po co jest sztuka? Sztuka jest po nic, ale nie mogę się jej oprzeć”, mówi Katarzyna Kozyra (grana przez Małgorzatę Zawadzką) w twoim spektaklu. Po co jest sztuka? – „Piramida zwierząt” wróciła do mnie w momencie, gdy zacząłem mieć poczucie, że nie mogę znaleźć swojego miejsca w polskim teatrze. Teatry realizują plany, myślą hasłami, tematami i spełniają funkcję rozwiązywania problemów, a ja się w tym nie potrafię odnaleźć. Spytałem siebie, po co robię teatr, i doszedłem do wniosku, że po nic, bo to po prostu potrzeba opowiedzenia czegoś, a w gruncie rzeczy zostawienia jakiegoś śladu. Może więc „po co?” jest złym pytaniem? W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o spaniu. „Ale umiem leżeć na fotelu i umiem też tak leżeć, że wszyscy myślą, że po prostu siedzę na krześle. A ja leżę – mówi Paweł Althamer (Mikołaj Kubacki). – Więc dużo tak leżę na krześle. Ale w łóżku nie umiem za długo leżeć”. Niby rozmowa o niczym, więc po nic, ale może właśnie takie rozmowy są ważne i potrzebne, a my chyba już ich dziś nie prowadzimy. – Od kilku lat mam wrażenie, że dyrektorzy i dyrektorki teatrów, które kiedyś były otwarte na awangardę i eksperymenty, oczekują ode mnie czegoś bardzo konkretnego – nośnego tytułu, który się sprzeda. Czasem podczas rozmów z nimi zauważam, że rozmawiamy nie o sztuce, tylko o oczekiwaniach, których ja nie potrafię spełnić, ponieważ nie potrafię zrobić spektaklu na zamówienie. Pytanie, po co jest sztuka, jest niepotrzebne, jednak ludzie wokół nas ciągle je zadają. Spróbuj więc im odpowiedzieć, po co potrzebna jest sztuka, skoro – cytując Doktorka ze spektaklu (Michał Badeński) – „ludziom bezrobotnym nie jest potrzebna”, „dzieci nie karmi”, „pracy nie daje”, „nie zarabia pieniędzy, trzeba w nią tylko więcej i więcej wkładać”? – Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać. Sztuka jest taką nibyreligią. Artur Żmijewski (Krzysztof Zawadzki) mówi w „Piramidzie zwierząt”: „Wydaje mi się, że (…) sztuka krytyczna została zastąpiona przez rynek, po prostu została sprzedana, na rzecz dekoracji, która wypełniła praktycznie całą przestrzeń”. – Dziś mówi się o tym, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Budować po ludzku
Czas na lewicowy zwrot w architekturze Grzegorz Piątek – architekt, krytyk i historyk architektury, autor książki „Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia” o tym, jak budować, aby ludziom żyło się lepiej. Twoja książka jest rodzajem manifestu. Czy to było zamierzone? – Nie planowałem jej jako manifestu. Chciałem wyrazić, co uważam za ważne, ale dopiero pod koniec zrozumiałem, że muszę nazwać to wprost. Ostatni rozdział długo nie miał tytułu. Wreszcie pomyślałem: skoro piszę po to, by przekonać do określonej wizji, nie udawajmy – niech to będzie manifest. Po latach zajmowania się historią odczuwałem potrzebę, żeby znów pisać o teraźniejszości i przyszłości. Żyjemy od kilku lat w czasie ogromnych przewartościowań: pandemia, wojna w Ukrainie, ludobójstwo w Gazie, kryzys uchodźczy na granicy białoruskiej, destabilizacja Unii Europejskiej. To wszystko obnaża słabości instytucji i projektów, także architektonicznych. Miałem wrażenie, że jeśli będę dalej grzebał w przeszłości, będę siedział w bezpiecznej niszy, przewracając stare papiery. A chciałem zabrać głos na temat rzeczy, które dzieją się tu i teraz. To da się wyczuć. Nawet twoje książki historyczne – choć formalnie o przeszłości – były o współczesności. Architektura jest tu i teraz, bo funkcjonuje w naszym życiu niezależnie od tego, kiedy powstała. Powinno się więc budować… po ludzku. Tymczasem często jest brzydko i niefunkcjonalnie. – Brzydota naprawdę jest najmniejszym problemem – można ją stosunkowo łatwo naprawić. Najgorsza jest bezmyślność wpisana w strukturę: w układ ulic, w konstrukcję budynku, w rzut mieszkania. To zostaje na dekady. Skąd ona się bierze? – Przede wszystkim z oderwania architektury od jej podstawowego celu, jakim jest zaspokajanie ludzkich potrzeb. W przypadku mieszkań najbardziej szkodzi utowarowienie. Ogromna część budownictwa powstaje nie jako przestrzeń do życia, lecz jako produkt finansowy – lokata kapitału. Stąd naciąganie przepisów, minimalizowanie powierzchni, ignorowanie potrzeb mieszkańców. Paradoksalnie mieszkania z wielkiej płyty – tak demonizowane – mają często lepszy układ, lepsze doświetlenie, bardziej logiczne planowanie niż większość dzisiejszej deweloperki. Drugi problem to uwiedzenie obrazem. Żyjemy w kulturze wizualnej: wizualizacje i fotografie krążą błyskawicznie, architekturę ocenia się okiem, nie doświadczeniem. Buduje się tak, by dobrze wyglądało na zdjęciu, a nie w użytkowaniu. Dawniej też budowano dla efektu – pałace, kościoły, gmachy władzy miały onieśmielać – ale dziś ta tendencja obejmuje praktycznie każdą sferę budownictwa. Chyba tak było zawsze. Ta cała monumentalna architektura miała działać na oko: pałace, kościoły, teatry, stadiony. To architektura władzy, mająca wzbudzać respekt. Czy dzisiaj kontynuujemy ten odświętny styl, tylko w innej formie? – Architektura władzy zawsze chciała robić wrażenie. Jest taka przedwojenna anegdota o ministrze, który przy konkursie na jakiś gmach państwowy powiedział, że ma wyglądać tak, by „obywatel, przechodząc obok, narobił w portki”. To pokazuje mentalność epoki – i to nie tylko autorytarnych reżimów. Uważam jednak, że dziś powinniśmy się z tego leczyć. Nawet wielkie instytucje kultury czy władzy nie powinny onieśmielać. W demokracji architektura publiczna ma służyć ludziom – być zapraszająca, dostępna, wygodna. Nie może działać na zasadzie: „Zobacz, jaka jestem potężna, trzymaj dystans”. Dlatego piszę o potrzebach ciała, o komforcie, dostępności. O tym, że budynek to nie rzeźba, lecz przestrzeń doświadczenia: dotyku, akustyki, światła, temperatury, odporności na zmęczenie, fizycznej dostępności. I że obraz w internecie nie powinien być ważniejszy niż realna jakość użytkowania. W książce wielokrotnie podkreślasz, że przestrzenie, zwłaszcza publiczne, powinny być projektowane na ludzką miarę. Podajesz przykład budynku Wydziału Architektury i ciągnącej się latami batalii o windę. Zadziwia mnie, że wciąż traktuje się dostępność jak zło konieczne, szczególnie w zabytkach. Jakby zamontowanie windy miało oszpecić obiekt. – To bardzo częste. W przypadku zabytków dochodzą restrykcje konserwatorskie, które bywają paraliżujące. Ale prawdziwy problem tkwi gdzie indziej: większość architektury – tej dawnej i tej tworzonej jeszcze niedawno – powstawała w czasach, w których nie istniała refleksja nad dostępnością. Wtedy po prostu osoby po amputacjach wysyłano do żebrania pod kościół Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Prezydent skazał na niedolę tysiące psów Jesteśmy w malowniczej wsi pod Białą Podlaską. Wszędzie śnieżny puch. Aż się prosi, żeby wyciągnąć starego Canona i złapać to na kliszę. Na zewnątrz jest minus 20 stopni. Trzy wychudzone psy mieszkają na podwórku w jednej klatce. Nie ma tu nawet kawałka dachu, ziemia pod łapami to rozkopane i zamarznięte błoto. Jeden z psów leży na ziemi i się nie rusza. Śpi? Można się łudzić, ale to zwłoki. Nie śmierdzą, bo konserwuje je mróz. Sąsiadka zauważyła je dzień wcześniej i zaalarmowała o sytuacji w internecie. Wstawiła zdjęcia. Nie było sensu wzywać służb. I tak nic by nie zrobiły. Zamarznięty pies leży, jak leżał, od wielu godzin, chociaż dom właściciela jest kilka kroków dalej. Niby są tu jakieś budy, tylko nie ma w nich nawet kawałka słomy, żeby psiaki mogły się ogrzać. Nogi martwego zwierzęcia są w wielu miejscach nadgryzione. Czyżby towarzysze niedoli byli w aż tak wielkiej desperacji? W końcu w starych garnkach obok budy jest jedynie zamarznięta woda. Cierpienie przegrywa z polityką Od trzech tygodni w Polsce panują siarczyste mrozy. Centrum Modelowania Meteorologicznego IMGW co dzień ostrzega przed kolejnymi dużymi uderzeniami zimna. Zaleca się nie wychodzić częściej niż to konieczne. A zima jeszcze długo nie odpuści. 21 stycznia meteorolodzy ostrzegali przed mroźnymi nocami. Średnia temperatura w nocy dla niektórych regionów wynosiła nawet minus 18 st. C. Psy podwórkowe w taką pogodę zamarzają. Od ich właścicieli niewiele się bowiem wymaga. W skrócie – ma być buda i miska z wodą. W lokalnych mediach pojawiają się tymczasem kolejne komunikaty o psach, które zamarzły na łańcuchach. „W gospodarstwie trzy psy były trzymane stale na łańcuchach – bez bud, bez słomy, bez wody i bez jedzenia poza resztkami ze stołu. (…) Żadnego schronienia, tylko przeciągi i mróz. Najgorzej miał pies przypięty przy pomieszczeniu, w którym brakowało części dachu i ściany. Mróz wchodził tam bez żadnej bariery, a konstrukcja mogła w każdej chwili runąć. Do tego temperatury spadające w nocy do minus 15 stopni… Te psy walczyły o życie każdej nocy. (…). Takie warunki to znęcanie”, piszą w mediach społecznościowych aktywiści z Pogotowia dla Zwierząt. – Pies w takich warunkach doświadcza jednocześnie cierpienia fizycznego i psychicznego. Fizycznie odczuwa przenikliwe zimno i ból, który z czasem staje się coraz silniejszy. Łańcuch utrudnia mu ruch i tym samym zwierzę nie ma możliwości rozgrzania się. Co więcej, często w niskich temperaturach łańcuch wrzyna się w ciało psa i tu chyba nie muszę podkreślać z jak wielkim cierpieniem się to wiąże. Psychicznie to poczucie bezradności i strachu. Łańcuch odbiera możliwość ucieczki i schronienia się w innym miejscu. Pies czuje narastającą panikę, która z czasem przechodzi w apatię. W takich warunkach pies często przestaje walczyć, rezygnuje, nie szczeka, nie reaguje i czeka na śmierć – wyjaśnia Monika Majchrzyk-Pyzińska z Fundacji Serce w Futrze. Wiele miała zmienić tzw. ustawa łańcuchowa. Zakaz trzymania psów na łańcuchach uratowałby wiele burków przed śmiercią na mrozie. Jednak prezydent Karol Nawrocki ustawę zawetował. Dokument miał regulować też wiele kwestii związanych z losem zwierząt domowych. W ustawie jest mowa o większym nadzorze nad działalnością schronisk, jak i o zwiększeniu kar za znęcanie się nad zwierzętami. Nad dokumentem pracował zespół ponad politycznymi podziałami i w k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Mocny w gębie
Sędzia Dariusz Łubowski z Sądu Okręgowego w Warszawie powinien zrzucić togę i zająć się polityką Dariusz Łubowski był niemal bogiem w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Od 2018 r. jako kierownik sekcji postępowania międzynarodowego do spraw z zakresu prawa karnego jednoosobowo decydował o stosowaniu europejskiego nakazu aresztowania (ENA). Taka patologiczna sytuacja nie przeszkadzała Zbigniewowi Ziobrze. Pewnie dlatego, że sędzia nie tylko wydawał wyroki po myśli pisowskiej władzy, ale uzasadniał je zgodnie z przekazem partyjnym, recenzując przestrzeganie praworządności w państwach Unii Europejskiej. Wrogie zachowanie Niemiec Jesienią 2025 r. Łubowski został okrzyknięty bohaterem narodowym, bo odmówił ekstradycji do Niemiec i zwolnił z aresztu Ukraińca Wołodymyra Żurawlowa podejrzewanego o wysadzenie gazociągów Nord Stream. Zdaniem sędziego, nawet gdyby Żurawlow wysadził gazociągi, to nie zrobiłby nic złego, bo Nord Stream jest częścią infrastruktury krytycznej Rosji, agresora, który napadł na Ukrainę. I nie ma znaczenia, że gazociągi wysadzono w pobliżu duńskiej wyspy Bornholm i mogły tam zginąć przypadkowe osoby. „Zniszczenie rosyjskich rurociągów i pozbawienie wroga miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji”, a „zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy” – wywodził Łubowski, co zabrzmiało jak powtarzana przez polityków PiS insynuacja, że Niemcy wspierają Rosję w wojnie z Ukrainą. Rosyjskie rurociągi nie są rosyjskie, należą do konsorcjum zarejestrowanego w Szwajcarii, w którym udziały mają: rosyjski Gazprom oraz prywatne niemieckie spółki Wintershall, E.ON Ruhrgas (obecnie Uniper) i holenderska firma Gasunie. Niedorzeczne jest twierdzenie, że zniszczenie Nord Stream osłabiło potencjał zbrojny Rosji, która czerpie gigantyczne zyski ze sprzedaży gazu do Niemiec. Rosja finansuje zbrojenia, sprzedając gaz i ropę, ale do Chin, Indii i Turcji. W lipcu 2025 r. „Rzeczpospolita” donosiła, że tylko te trzy kraje (w ciągu trzech lat od rozpoczęcia wojny w Ukrainie) wspomogły budżet wojenny Rosji kwotą ok. 400 mld euro. Tymczasem rzekomo sprzymierzeni z Rosją Niemcy przeznaczyli na pomoc walczącej Ukrainie ok. 50 mld euro i są po USA największym krajem darczyńcą pod względem politycznym, finansowym, wojskowym i humanitarnym. W tym samym czasie gdy wysadzono Nord Stream, Polska też finansowała Putina, kupując rosyjską ropę i gaz. Politycy ówczesnej opozycji rzucali gromy pod adresem rządu PiS, a wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk tłumaczył, że Polska musi się wywiązać z podpisanych umów z reżimem Putina, bo w przeciwnym razie Rosja mogłaby się domagać odszkodowania (sic!). Idąc tokiem rozumowania sędziego Łubowskiego, gdyby Żurawlow wysadził na terytorium Polski gazociąg jamalski lub cysterny z rosyjską ropą, nie byłby to akt terroru, ale czyn bohaterski. Absurdalnie przy tym zabrzmiały wywody sędziego na temat koncepcji wojny sprawiedliwej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
26 stycznia, 2026
Moja Kitteloma
Katharina nie miała „dziadka z Wehrmachtu”, ale miała śląską babcię z Sandowitz, która nie zdążyła zaznać miłości – Mój dziadek nie był z Wehrmachtu, a ten, który mógł zostać moim dziadkiem, zginął w 1942 r. pod Moskwą. Służył w Waffen SS, nie został nigdy ojcem – mówi Katharina Rogula, Katja, Kasia. Od 1981 r. żyje w Niemczech. Nauczycielka, ceniona pedagożka, wieloletnia dyrektorka szkół w Bochum pochodzi ze śląskiej rodziny. Byli w niej i powstańcy, i intelektualiści, np. rzeczniczka śląskiego głosu, dziennikarka, senatorka wielu kadencji Maria Pańczyk-Poździej, ciocia Kasi. Byli też w tej rodzinie tacy, którym bliżej było do III Rzeszy. Podziały nienadzwyczajne na Śląsku. Będzie o śląskiej babci, Agnes, Agnieszce, primo voto Wiora z domu Zientek z Sandowitz, Żędowic, Żandowic, jak pisała w swoim zeszycie do języka polskiego ok. 1930 r. Wyszła za mąż z wielkiej miłości w maju 1938 r. Miała 25 lat, kiedy cztery lata po ślubie została wdową. Większą część ich małżeństwa ukochany Vinzent spędził w wojsku i na wojnie. Pisali do siebie listy pełne miłości. Młoda dziewczyna tęskniła. Pragnęła. Nie zdążyła się nacieszyć bliskością, ciepłem i dotykiem Vinzenta. – Pewnie nikt jej nie pocieszył, nie przytulił, nikt nie dodał otuchy. Moja babcia pięć lat była sama, zanim poznała Pawła Pańczyka, ojca mojej mamy. Miał dwie nastoletnie dziewczynki i chłopca, ich mama zmarła na tyfus. Takie były czasy, musieli sobie jakoś dać radę. Nikt nie pytał o uczucia i czy tego chcą, chcieli przeżyć, może coś nowego zbudować, próbowali zrobić ze swojej sytuacji to, co najlepsze – zastanawia się dojrzała kobieta, wnuczka. Dopiero teraz ma czas na rozważania o babci. Ma po niej pamiątki: różaniec, zeszyt z kaligrafowanym pismem (na świadectwie ukończenia polskiej szkoły mniejszościowej z polskiego miała dobry, z niemieckiego dostateczny). Wnuczka pamięta z rozmów rodzinnych, że babcia jako młoda mężatka prowadziła przez jakiś czas w szkole mniejszościowej lekcje z języka polskiego i jeździła z kursantami na wycieczki, m.in. do Zakopanego. Agnieszka Zientek zapisywała w zeszycie piękne wiersze Konopnickiej, Mickiewicza i polskie modlitwy. Jest niemieckie świadectwo pierwszej komunii. No i te listy zakochanych. Są też dokumenty z symbolami III Rzeszy, bo Vinzent Wiora zginął za „Grossdeutschland”. Pozostał dokument z opisem, jak zginął, wyliczenia wypłaty dla wdowy, list od jego przyjaciela, świadka jego śmierci. I zdjęcia. Ostatni list Agnes do Vinzenta, po niemiecku, jest obsypany brokatem, ozdobiony rysunkami kwiatów, wszystko własnoręcznie: „Sandowitz, 19 kwietnia 1942 roku. Mój najdroższy Vinzencie, po tygodniu milczenia, ponieważ nie miałam wcześniej możności, chcę napisać Ci kilka linijek z głębi serca. (…) Pola i łąki powoli się zielenią, a drzewa owocowe puszczają pąki. Wszystko budzi się do nowego życia. Dni mijają tak szybko, że z utęsknieniem i niepokojem w sercu czekam na dzień, w którym znów się zobaczymy, szczęśliwi i zdrowi. Drogi Vincencie, kiedy znów przyjedziesz na wakacje? (…) Czekam na Ciebie tak długo, a jednak nasze życzenie pozostaje niespełnione. Wkrótce kwiecień się skończy, potem nadejdzie piękny maj. Od trzech tygodni nadal nie otrzymałam od Ciebie żadnej korespondencji. Dlaczego do mnie nie piszesz? Jesteś na mnie zły? Proszę, napisz do mnie; pozostaje mi tylko czekać, czekać i myśleć”. Nie wiedziała, że od ponad dwóch tygodni jest wdową. Za płócienną szarą okładką zwróconego Agnes dokumentu „Wehrpass” Waffen SS, należącego do Vinzenta, do dziś znajduje się fragment papieru listowego z niemal dziecięcym, najszczerszym wyznaniem miłości, także w brokacie: „Gdybym była ptaszęciem, pofrunęłabym do ciebie”. O kobiecej przyjaźni, o poczuciu gorszości 30-letnia Agnieszka – o Agnes musiała zapomnieć w powojennych, polskich już realiach – wyszła za mąż w 1947 r., przejęła, jak mówi Kasia, trójkę obcych dzieci i wychowała je. Miała z drugim mężem córkę Małgorzatę, mamę Kasi. – Nie bardzo im się układało i nie wyszło najlepiej. Paweł Pańczyk zmarł przy stole, jedząc zupę. Moja mama miała 12 lat – zamyśla się Katarzyna. Agnieszka opiekowała się dziećmi innej kobiety tak jak swoją córeczką, Małgosią. Finansowo wdowie z dziećmi w maleńkich Fosowskich, gdzie mieszkała, było bardzo ciężko. Zawsze nosiła fartuszki, żeby oszczędzać odzież, stąd wnuczka nazywa ją w myślach „Kitteloma”, fartuszkowa babcia. Pracowała w Zakładach Chemicznych Nitro w Krupskim Młynie. Prócz wiary w Boga, mocnej podstawy jej życia, codziennego znaku krzyża i modlitwy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
26 stycznia, 2026
Ambasador USA i Elon Musk chwalą weto Nawrockiego
Handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. To wszystko zostaje w internecie Łowcy pedofilów, udając nastolatkę, wrzucili na jedną z grup w mediach społecznościowych post: „Mam 11 lat, szukam znajomych”. Wystarczyło kilka chwil, aby ich komunikator zaczął się wypełniać wiadomościami ze zdjęciami penisów, prośbami o filmiki i rozbierane zdjęcia. Pedofile polują na dzieci także w popularnych grach, takich jak Roblox i Minecraft. Zboczeńcy manipulują nawet kilkuletnimi dziećmi. Często je szantażują i zmuszają do obrzydliwych rzeczy, takich jak nagrywanie filmików z masturbacją. Operatorzy platform cyfrowych uważają, że to problem rodziców, i umywają ręce. Zdaje się, że podobnego zdania jest prezydent Karol Nawrocki, który właśnie zawetował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Skąd to weto? 9 stycznia prezydent poinformował, że zawetował ustawę, która miała zapewnić stosowanie w Polsce przepisów unijnego Aktu o usługach cyfrowych (ang. Digital Services Act, DSA). Zakładała ona możliwość blokowania treści dotyczących m.in. gróźb karalnych, namowy do popełnienia samobójstwa czy pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim. Nawrocki w swojej argumentacji powołuje się zaś na Orwella i urzędniczą cenzurę. Problem w tym, że argumenty prezydenta zdają się wskazywać, że wcale nie przeczytał ustawy, którą zawetował. – To weto zdecydowanie jest gestem politycznym. Argumentacja prezydenta nie ma wiele wspólnego z treścią ustawy, gruntownie przecież poprawionej przez Parlament. Zapewne dlatego, uzasadniając swoje weto, prezydent cytował Orwella, a nie krytykowany projekt! Prezydent uznał za absurdalne to, że autor treści, która narusza prawo karne – np. stanowi oszustwo albo groźbę karalną – musi wnieść sprzeciw od decyzji urzędnika, jeśli chce bronić swojej publikacji. Przypomnę, że ma na to 14 dni, a w tym czasie jego publikacja spokojnie wisi w sieci. Dla mnie to brzmi jak uczciwy proces – mówi „Przeglądowi” Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon zajmującej się prawami człowieka w obliczu nowych technologii. Weto prezydenta Nawrockiego zastanawia w kilku aspektach. Od strony czysto technicznej Polska jako państwo należące do Unii Europejskiej ma obowiązek wprowadzić Akt o usługach cyfrowych. Według ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego jesteśmy jednym z ostatnich krajów UE, które jeszcze tego nie zrobiły. DSA wprowadza m.in. nowe ścieżki odwoławcze dla użytkowników platform, większą przejrzystość algorytmów oraz dotyczące największych firm technologicznych obowiązki w zakresie reagowania na treści nielegalne. Inne państwa Unii, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Oddziały szturmowe Prezydenta RP
Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże. Bandycka elita Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka. W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Komu służy weto?
Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki Krzysztof Gawkowski – wiceprezes Rady Ministrów, minister cyfryzacji Dlaczego potrzebujemy regulacji dotyczących usług cyfrowych? – Potrzebujemy regulacji, które doprowadzą do bezpieczeństwa w internecie. Obecnie nie ma skutecznej walki z przestępstwami popełnianymi w sieci, bo nie mamy możliwości egzekwowania od platform cyfrowych przestrzegania prawa. Musimy wzmocnić nadzór nad tymi platformami, aby zwiększyć ochronę użytkowników. Państwo musi mieć możliwość szybkiej reakcji, kiedy pojawia się np. rosyjska dezinformacja czy zamieszczane są nielegalne treści, takie jak zdjęcia pedofilskie. Do tego mamy oszustwa internetowe związane z namawianiem do przestępstw finansowych. Aby z tym wszystkim walczyć i temu zapobiegać, potrzebujemy odpowiedniego prawa. Bez niego jesteśmy dziś dość bezbronni. I mimo że większość państw Unii Europejskiej takie prawo już wprowadziła, polski prezydent zdecydował się zawetować bezpieczeństwo w internecie. Prezydent Nawrocki mówi, że to cenzura, przywołuje Orwella. Dlaczego ta argumentacja jest wadliwa? – Przede wszystkim mam wrażenie, że pan prezydent może i czytał Orwella, ale na pewno nie czytał zawetowanej przez siebie ustawy. I to jest pierwszy element, który nasuwa mi się na myśl po tym, jak przeczytałem argumentację pana prezydenta odnośnie do ustawy implementującej Akt o usługach cyfrowych (DSA). Cenzura? Ta ustawa właśnie chroni wolność słowa w internecie, nakładając na platformy takie obowiązki jak wyjaśnianie przyczyn usunięcia treści, umożliwienie składania odwołań czy ujawnianie zasad moderacji. Po drugie, w zawetowanej ustawie mieliśmy zestaw konkretnych narzędzi, które realnie wzmacniały prawa i wolności obywatelskie. Tymczasem według prezydenta egzekwowanie tych wolności implementacja DSA uniemożliwia. Po trzecie, blokowanie treści związanych z aktywnością w sieci dotyczyło ściśle określonych elementów i poważnych przestępstw, takich jak handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. Prezydent się temu sprzeciwił. Wszystko to w imię walki z „cenzurą urzędniczą”. – Prezydent oczekiwał, żebyśmy mieli w ustawie możliwość złożenia sprzeciwu do sądu powszechnego. I takie rozwiązanie wprowadziliśmy. Ustawa zawiera możliwość zgłoszenia sprzeciwu wobec zawieszenia danej treści. Co więcej, w takim wypadku treść nie znika z internetu do czasu rozstrzygnięcia postępowania. Czy pozostanie w sieci – zależy już od decyzji sądu. Uważam, że prezydent Nawrocki uprawia grę polityczną, żerując na najniższych instynktach. Dlatego stawiam prezydentowi tak mocny akt oskarżenia. To on jest dzisiaj odpowiedzialny za k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
19 stycznia, 2026Świat
Jak Austria radzi sobie z wcale nienowymi wyzwaniami? Muzułmańscy uczniowie w wiedeńskich szkołach obowiązkowych są już większością EsRAP pyta: „Jakie reguły tu rządzą?”. Rapują „Rozmowę o Wiedniu”, a kończą słowami: „uczynimy Wiedeń lepszym”. EsRAP to znany austriacki duet hiphopowy rodzeństwa Esry i Enesa Özmenów, dzieci tureckich gastarbeiterów. Dorastali w wielokulturowej Ottakring, 16. dzielnicy Wiednia. Są głosem ludzi z migrancką historią, drugim pokoleniem zaangażowanym społecznie, politycznie, protestującym i kontestującym. Śpiewają o dylematach tożsamości, wykluczeniu, rasizmie, miłości do miejsc, w tym o skomplikowanym uczuciu do Wiednia. Esra, o drapieżnym czasem wizerunku, jest także kobiecą twarzą nowoczesnego islamu. Przeszło dziewięciomilionowa Austria z liczącą ponad 2 mln mieszkańców stolicą zmienia paradygmaty życia społecznego w obliczu nowych danych. Rządzi koalicja socjaldemokratów, ludowców i liberałów, miesza młodość i odwagę polityków z chrześcijańskim konserwatyzmem, tradycją socjaldemokratów i „czerwonego Wiednia”. A mają co robić. Ludowcy z ÖVP i ci z „bardzo prawej” strony, czyli wolnościowcy z FPÖ, grzmią o „straconym edukacyjnie pokoleniu”, o katastrofie edukacyjnej, systemie na krawędzi. Chodzi m.in. o język niemiecki, którym w jednej z dzielnic Wiednia aż 72% uczniów szkół obowiązkowych nie posługuje się w codziennym życiu. Pierwsze i drugie pokolenia imigrantów nie znają go, nie używają na co dzień. Zdaniem części polityków przeszkadza to w rozwoju intelektualnym dzieci niemieckojęzycznych – jednocześnie rośnie liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami językowymi. Wolnościowcy od lat chcą zakazu używania języka innego niż niemiecki w szkołach na przerwach czy w całodziennych przedszkolach dla dzieci imigrantów. Próbowali takie zapisy wprowadzić w krajach związkowych Górna i Dolna Austria. Bezskutecznie. W 2020 r. w Austrii mieszkało 2,14 mln osób pochodzenia migracyjnego – 24,4% ogółu ludności. Ich odsetek w ciągu dziesięciu lat wzrósł o 5,9%. W 2024 r. było ich 2,509 mln – 27,8% ogółu ludności. Niemal 1,875 mln osób należy do tzw. pierwszego pokolenia – oni i ich rodzice urodzili się za granicą. Największe grupy urodzonych za granicą to Syryjczycy (28 503 tys.), Ukraińcy (24 995 tys.), Niemcy (21 655 tys.), Rumuni (13 644 tys.) i Węgrzy (9924 tys.). Dane z początku 2025 r. pokazują trochę mniejszą liczbę – 1,855 mln cudzoziemców (dane za integrationsfonds.at). 41,2%, czyli najwięcej W roku szkolnym 2023/2024 ok. 26% uczniów w całej Austrii posługiwało się językiem potocznym innym niż niemiecki. W Wiedniu to prawie połowa dzieci, dalej są kraj związkowy Vorarlberg – 25% i Salzburg – 21%. W zależności od rodzaju szkoły dane te się różnią, podobnie jak w dzielnicach: w najludniejszej i barwnej etnicznie Favoriten to 72% uczniów, podobnie w Ottakring i Simmering, gdzie 67% uczniów nie mówi po niemiecku. Bardziej nobliwe dzielnice stolicy,
Zmierzch budapeszteńskich term?
Czy spór Orbána z władzami Budapesztu doprowadzi do zapaści najpiękniejszych łaźni i kąpielisk w Europie Nie ma drugiej europejskiej stolicy, która mogłaby się poszczycić tak niezwykłymi, zabytkowymi termami. Prawie dwumilionowy Budapeszt to praktycznie jeden wielki kurort. Jest tu ok. 400 źródeł z wodami magnezowymi (gorzkimi) oraz ok. 80 źródeł termalnych i mineralnych (głównie siarczanowych). Ich temperatura wynosi 50-70 st. C. Źródła termalne w Budzie tryskają na powierzchnię naturalnie, samoczynnie, a na Wyspie Małgorzaty i w Peszcie – są wiercone. Słynne Gellért Spa w Budzie i Termy Széchenyiego w Peszcie od dziesięcioleci stanowią godną pozazdroszczenia wizytówkę węgierskiej stolicy. Łaźnie Gellérta mieszczące się w zabytkowym hotelu o tej samej nazwie (pierwszym luksusowym hotelu w Budapeszcie wyposażonym w najnowocześniejsze udogodnienia na początku XX w.) odwiedziło w zeszłym roku 420 tys. zagranicznych kuracjuszy. Wielu turystów z najodleglejszych zakątków świata przyjeżdża do Budapesztu tylko po to, by skorzystać z dobrodziejstwa tamtejszych term. Zamknięte bez wizji otwarcia Zamknięcie Łaźni Gellérta w październiku 2025 r. natychmiast wpłynęło na zmniejszenie liczby zagranicznych turystów odwiedzających Budapeszt. Władze węgierskie w oficjalnym komunikacie podały, że przyczyną zamknięcia był kiepski stan techniczny, który ponoć zagrażał bezpieczeństwu użytkowników. Z pewnością sporo w tym prawdy, ale jeszcze więcej prawdy o Gellért Spa przynoszą coraz liczniejsze artykuły ukazujące się w zagranicznych mediach. Te donoszą, że głównym powodem zamknięcia Gellért Spa w Budzie są narastające spory finansowe między rządem Viktora Orbána a budapeszteńskim ratuszem, który daleki jest od popierania autorytarnych rządów premiera Węgier i kłaniających się mu towarzyszy. W Budapeszcie słychać, i to coraz częściej, że dziś bardziej liczy się zysk z bylejakości niż symboliczna i historyczna tradycja, która narodziła się w czasach osmańskich. Warto przypomnieć, że ostatni poważny remont Gellért Spa miał miejsce w latach 70. XX w., za towarzysza Jánosa Kádára. Oficjalne węgierskie media podają, że obecny remont term ma być zakończony w roku 2028. Jednak z powodu krachu finansowego, jaki przeżywa zarówno Budapeszt, jak i cały kraj, termin ten prawdopodobnie nie zostanie dotrzymany. „Poza słynnymi Łaźniami Gellérta byliśmy zmuszeni zamknąć jeszcze dwa inne, mniejsze budapeszteńskie parki termalne”, żali się w wywiadzie dla „New York Timesa”, Ildikó Szűts, dyrektor wykonawcza miejskiej spółki BGYH, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Być albo nie być 51. stanem USA
Grenlandczycy nie chcą zamienić jednej obcej władzy na drugą Grenlandczycy niespecjalnie chcą zostać obywatelami Stanów Zjednoczonych. Można natomiast zastanowić się, jakie hipotetyczne korzyści wyspa uzyskałaby z dołączenia do USA, a co by utraciła. Grenlandia byłaby największym stanem Ameryki, większym od Alaski, której powierzchnia to 1,7 mln km kw., i jednocześnie najmniej zaludnionym. Wygrywające obecnie w tej kategorii Wyoming zamieszkuje niecałe 600 tys. osób, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co Grenlandię. Jako część USA wyspa miałaby swoich przedstawicieli w Kongresie – dwóch senatorów (jak każdy inny stan) i jednego reprezentanta w Izbie (tyle mają najsłabiej zaludnione stany). Grenlandczycy mogliby także głosować w wyborach prezydenckich – wyspa miałaby trzy głosy elektorskie. Inuici mieliby więc wpływ na politykę wielkiego światowego mocarstwa, aczkolwiek raczej niewielki. Chyba że amerykańscy politycy próbowaliby przekonać Grenlandczyków do głosowania na ich partię w wyborach i by im się przypodobać, zaproponowaliby pakiet ustaw i inwestycji mających na uwadze dobro mieszkańców wyspy. Od zawsze nowe stany były przyjmowane do Unii parami, by nie zaburzyć politycznej równowagi. Początkowo wolne stany przyłączano wraz z niewolniczymi, potem czerwone (czyli o skłonnościach republikańskich) wraz z niebieskimi (głosującymi na demokratów). Ostatnie dwa stany włączone do USA to Alaska i Hawaje. Akces obu nastąpił w 1959 r. Alaska głosuje na republikanów, Hawaje na demokratów. Przyjęcie Grenlandii do Stanów Zjednoczonych zaburzyłoby więc trwające od wieków status quo. Sądząc po tym, jak mieszkańcy wyspy głosują w swoich wyborach, można śmiało założyć, że stan Grenlandia byłby niebieski. Rozwiązaniem byłoby więc równoległe dołączenie jakiegoś czerwonego stanu. Tylko jakiego? Tak się składa, że Puerto Rico – od dekad czekające w dziwnym stanie politycznego zawieszenia na włączenie do USA – w wyborach też głosowałoby na demokratów (i to jest powód owego zawieszenia). Wygląda więc na to, że chwilowo nie ma odpowiednich kandydatów. Gdyby więc prezydent Trump uparł się i jakimś sposobem Grenlandia stałaby się 51. stanem USA, republikanom nie byłoby to na rękę. Mając większość w Kongresie, z pewnością spróbowaliby „przekupić” Grenlandczyków, by przeciągnąć ich sympatie na swoją stronę. Taki rozwój wydarzeń mógłby się okazać dla wyspiarzy korzystny. Włączenie wyspy do USA niewątpliwie pociągnęłoby za sobą szereg Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Gdy ropa staje się czymś więcej niż tylko ropą
Amerykańska operacja specjalna w Wenezueli zmieniła reguły gry na światowym rynku Operacja „Absolute Resolve” wstrząsnęła polityką międzynarodową na początku 2026 r. W jej wyniku siły specjalne USA schwytały w Caracas prezydenta Wenezueli Nicolása Madura z żoną i przewiozły do Nowego Jorku, gdzie obydwoje staną przed sądem federalnym pod zarzutem narkoterroryzmu. Waszyngton jednak nie ukrywał swoich prawdziwych motywów. Nie chodziło o walkę z kartelami narkotykowymi ani o przywrócenie demokracji. Prezydent Trump oświadczył, że celem USA było przejęcie kontroli nad wenezuelskimi zasobami ropy. „To największe rezerwy na świecie, a one zostały nam skradzione – argumentował. – Wielkie amerykańskie koncerny naftowe wydadzą miliardy na naprawienie tego, a potem dostaną swoje pieniądze z powrotem – od nas albo z przychodów”. Była to brutalna demonstracja amerykańskiej potęgi militarnej – przyznanie, że w XXI w. w polityce międzynarodowej obowiązuje zasada, że „silniejszy ma zawsze rację”. Wenezuela posiada największe na świecie udokumentowane złoża ropy naftowej, sięgające ponad 303 mld baryłek. To więcej niż w Arabii Saudyjskiej, której zasoby są szacowane na 267 mld baryłek. Rozciągający się na południu kraju pas naftowy Orinoko to geologiczny skarb. Poza ropą naftową Wenezuela ma duże złoża gazu ziemnego, złota, węgla kamiennego, boksytów oraz metali ziem rzadkich. Mimo tych zasobów wydobycie ropy od dłuższego czasu pozostawało na poziomie od 800 tys. do 1 mln baryłek dziennie. To mniej niż 1% światowej produkcji. A jeszcze w latach 90. XX w. i na początku XXI w. Wenezuela wydobywała ponad 3 mln baryłek dziennie. Jak do tego doszło? Przyczyną upadku była kombinacja nacjonalizacji, korupcji, sankcji i niekompetencji polityków rządzących krajem. W 2007 r. prezydent Hugo Chávez nakazał przekształcenie zagranicznych spółek naftowych w joint ventures, w których państwowe przedsiębiorstwo naftowo-gazowe Petróleos de Venezuela S.A. (PDVSA) musiało mieć minimum 60% udziałów. Amerykańskie koncerny ExxonMobil i ConocoPhillips nie zgodziły się na ten warunek i opuściły kraj. Natomiast Chevron go zaakceptował i po uzyskaniu specjalnej zgody Waszyngtonu został. Masowe zwolnienia wykwalifikowanych inżynierów i pracowników, wieloletnie niedoinwestowanie, korupcja drenująca finanse PDVSA oraz amerykańskie sankcje, które odcięły kraj od kapitału i technologii, dopełniły reszty. W efekcie rurociągi i rafinerie ulegały coraz częstszym awariom, a terminale naftowe w wenezuelskich portach tylko w części wykorzystywały swoje moce. Państwo, które mogłoby stać się Arabią Saudyjską Ameryki Łacińskiej, stoczyło się na dno. W wywiadzie dla NBC News Donald Trump zapewnił, że amerykańskie koncerny odbudują wenezuelski sektor naftowy w „mniej niż 18 miesięcy”. We wpisie w mediach społecznościowych ogłosił zaś, że „władze tymczasowe” w Wenezueli „będą przekazywać między 30 mln a 50 mln baryłek wysokiej jakości ropy objętej sankcjami do USA”. Zaznaczył, że ma ona zostać sprzedana „po cenie rynkowej”, a wpływy z jej sprzedaży mają być kontrolowane przez rząd USA – czyli w praktyce przez jego administrację. Szacunki wskazują, że przy cenie 56 dol. za baryłkę przychód wyniósłby od 1,7 mld do 2,8 mld dol. Nie jest jasne, w jakich proporcjach kwota ta zostałaby podzielona między Wenezuelę a USA. I czy sprawująca dziś władzę w Caracas wiceprezydent Delcy Rodríguez oraz wspierający ją członkowie administracji, na czele której do niedawna stał Nicolás Maduro, zgodzą się na ten i inne warunki stawiane im przez Jankesów. Najwięksi gracze Wielu spodziewało się, że po akcji w Caracas ceny ropy na światowych giełdach wystrzelą w górę. Wszak interwencja militarna, geopolityczny chaos i ryzyko zakłócenia dostaw tego surowca to gotowy przepis na skok cen. Stało się odwrotnie – ropa potaniała. Cena baryłki ropy Brent spadła o 0,4%, do 60,54 dol., a WTI (West Texas Intermediate – amerykańskiej lżejszej, bardziej słodkiej ropy naftowej) – o 0,5%, do 57,04 dol. Stało się tak dlatego, że w skali globalnej dostawy ropy z Wenezueli nie mają znaczenia. Nawet gdyby całkowicie ustały – do czego nie dojdzie, gdyż koncern Chevron nadal będzie ją wydobywał – na świecie produkuje się dziś więcej ropy, niż wynosi zapotrzebowanie na nią. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency, IEA) szacuje, że w tym roku podaż przewyższy popyt o prawie 4 mln baryłek dziennie. Innymi słowy, świat tonie w ropie. Największym koncernem wydobywczym jest państwowa spółka Arabii Saudyjskiej – Saudi Aramco, która w 2025 r. pompowała średnio ponad 11,5 mln baryłek ropy dziennie. Zysk netto firmy wyniósł zawrotne 157,5 mld dol., co Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Najbardziej antytrumpowski głos w Europie
Aż 81% Hiszpanów postrzega Donalda Trumpa negatywnie Gdy większość europejskich przywódców waży każde słowo pod adresem Donalda Trumpa, premier Hiszpanii mówi wprost. Kryzys w Wenezueli, wojna w Gazie i spory o NATO stały się dla Pedra Sáncheza okazją do zbudowania wyrazistej, antytrumpowskiej polityki zagranicznej – ryzykownej, ale popularnej w kraju i dobrze słyszalnej na globalnym Południu. Wenezuela – europejski test Hiszpania zajmuje wyjątkowe miejsce w kryzysie wenezuelskim. Wynika to nie tylko z liczebności i aktywności diaspory, lecz także z ambicji lewicowego rządu, by współtworzyć europejski front sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa. Jak ujął to sam Pedro Sánchez, decyzje Waszyngtonu „nie są neutralne” i „mają realne konsekwencje dla stabilności całych regionów”. Krótko po amerykańskich bombardowaniach Caracas premier Hiszpanii znacząco zwiększył aktywność dyplomatyczną. „To naruszenie prawa międzynarodowego i bardzo niebezpieczny precedens”, mówił, ostrzegając, że działania USA „popychają Amerykę Łacińską w stronę niepewności i eskalacji”. Podczas paryskiego spotkania z przywódcami państw wspierających Ukrainę dodał, że świat „zbyt dobrze pamięta konsekwencje interwencji usprawiedliwianych interesami strategicznymi”. Sánchez wielokrotnie podkreślał, że wobec Wenezueli, Ukrainy i Strefy Gazy stosuje tę samą argumentację, wprost porównując te konflikty: „Bronimy porządku międzynarodowego opartego na zasadach, a nie na prawie dżungli”. Hiszpania razem z Brazylią, Meksykiem, Urugwajem, Chile i Kolumbią wyraziła „głębokie zaniepokojenie i sprzeciw” wobec naruszeń prawa międzynarodowego. Konserwatywny dziennik „La Razón” wytyka, że amerykański zamach w Wenezueli został wykorzystany przez rząd Sáncheza do „politycznej operacji w Pałacu Moncloa” i że hiszpańska polityka zagraniczna staje się narzędziem odwracania uwagi od problemów wewnętrznych. Jednak Sánchez nie jest jedyną osobą, która wykorzystuje politykę zagraniczną do budowania swojego wizerunku. Prawica posłużyła się kwestią Wenezueli, aby wskazać rzekome powiązania „sanchizmu” z „chavizmem”. Opozycja w Hiszpanii, przede wszystkim Partia Ludowa (PP) i Vox, podkreślała swoje bliskie kontakty z opozycją wenezuelską. Lider PP Alberto Núñez Feijóo zarzucał rządowi Sáncheza „wyrzeczenie się dyplomatycznych atutów i moralnego przywództwa wobec reżimu Madura” oraz brak skuteczności w doprowadzeniu do realnej zmiany władz w Caracas. Inni, na czele z byłym premierem José Maríą Aznarem, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026
Początki końców
Dla Donalda Trumpa obalenie reżimu na Kubie byłoby proste i bardzo korzystne Jedno z najczęściej przytaczanych w historii brytyjskiej polityki powiedzeń głosi, że każde działanie w dyplomacji jest tak naprawdę prowadzone na użytek wewnętrzny. Jeśli pod tym kątem spojrzeć na ostatnie posunięcia Donalda Trumpa, w tym aresztowanie Nicolása Madura w Caracas czy groźby aneksji Grenlandii kierowane pod adresem duńskich władz – trudno je uznać za coś innego niż odwracanie uwagi od problemów w kraju. Jeśli na chwilę wyłączyć szum generowany przez interwencję w Wenezueli, szantaż wobec innych latynoskich przywódców czy pełne wykrzykników wpisy w mediach społecznościowych dotyczące potencjalnego obalenia reżimu w Iranie, można dostrzec, że sytuacja Trumpa, a przede wszystkim Partii Republikańskiej, daleka jest od idealnej. Co tuszuje Trump? Za 10 miesięcy odbędą się wybory połówkowe, w których do wygrania będą wszystkie mandaty w Izbie Reprezentantów i w 35 okręgach senackich, a poparcie dla działań prezydenta jest rekordowo niskie i według niektórych badań oscyluje wokół 36%. Kolejni deputowani do Kongresu rezygnują z walki o reelekcję, w tym politycy o statusie prawicowych celebrytów, jak Elise Stefanik czy Marjorie Taylor Greene. Bezrobocie sięga 4,7%, a liczba nowych miejsc pracy poza rolnictwem jest najniższa – biorąc pod uwagę lata bez recesji – od 2003 r. Gospodarka odnotowuje wzrost, ale pompują go inwestycje w infrastrukturę związaną ze sztuczną inteligencją i – w mniejszym stopniu – prywatne wydatki obywateli na opiekę zdrowotną. Rosną nierówności społeczne, koszty życia, ceny podstawowych produktów żywnościowych. Nawet ze spadku cen benzyny nie można cieszyć się w USA w sposób oczywisty, bo sektor naftowy zatrudnia bezpośrednio 2 mln osób, a jeśli liczyć wszystkie miejsca pracy w firmach zależnych od koncernów wydobywczych, liczba ta skacze do 10 mln. Przy baryłce ropy wycenianej teraz na światowych rynkach na nieco ponad 61 dol. oznacza to kryzys i prawdopodobną redukcję zatrudnienia w całym sektorze. Do tego dochodzą wciąż niewyjaśniona afera Epsteina, tumult społeczny wywołany zamordowaniem przez agenta ICE w Minneapolis 37-letniej Renee Good oraz konflikty pomiędzy influencerami spod znaku MAGA. Pod każdym względem większości Amerykanów żyje się dzisiaj gorzej niż rok temu – i to bez perspektyw na szybką poprawę. Recepta Trumpa na te bolączki? Więcej awanturnictwa w polityce zagranicznej. Grenlandia, wobec której „nie wyklucza użycia siły”, nawet jeśli doprowadziłoby to w praktyce do całkowitego rozkładu Sojuszu Północnoatlantyckiego, Meksyk, który nazywa „narkopaństwem”, a tamtejszej pani prezydent, Claudii Sheinbaum, radzi „patrzeć się za siebie”. Do tego dochodzi Kolumbia, Kanada i sporo innych miejsc. Nie mówiąc już o Wenezueli – ośmielony sukcesem operacji Delta Force Donald Trump tytułuje się teraz jej „pełniącym obowiązki prezydentem”. Smutna prawda jest jednak taka, że z wyborczego punktu widzenia triumf w starciu z osobistą ochroną Nicolása Madura niewiele waży. Wenezuela ma może znaczenie strategiczne, może też za kilka lat przynieść olbrzymie przychody z wydobycia tamtejszej ropy, a przy inteligentnym wsparciu transformacji demokratycznej – na co jednak się nie zanosi – być może zmniejszy się liczba nielegalnych imigrantów próbujących przedostać się do USA. Tyle że wyborcy w kraju nie są specjalnie zachwyceni takim obrotem spraw. Według sondażu Ipsos dla radia NPR z 8 stycznia zaledwie 33% wszystkich respondentów popiera akcję w Caracas, a 34% pozostaje krytycznych Aż 72% uważa, że operacja ta skończy się zbyt dużym zaangażowaniem USA w wewnętrzne sprawy Wenezueli. O akcji komandosów dobrze się opowiadało w czasie konferencji prasowej w Mar-a-Lago, ale losu wyborów to raczej nie odwróci. Kolejne klocki domina Co innego Kuba, ochoczo wymieniana przez Trumpa i sekretarza stanu Marca Rubia jako potencjalny kolejny składnik amerykańskiej hegemonii na półkuli zachodniej. Ona ma ogromne symboliczne znaczenie dla amerykańskiego elektoratu. Bez względu na to, czy do interwencji w jakiejś formie by doszło, już teraz łatwo sobie wyobrazić glorię i chwałę Trumpa, stojącego w Mar-a-Lago przed dziennikarzami i mówiącego do kamer telewizyjnych, że udało mu się to, czego nie osiągnęli Kennedy, Nixon, Carter, Reagan, Bush, Clinton czy Obama – że obalił komunistyczny reżim na Kubie. Jak słusznie zauważył James Bosworth, analityk ds. Ameryki Łacińskiej w firmie doradczej Hxagon, los Kuby pod każdym względem zależy teraz od Białego Domu. Co nie oznacza, że do interwencji zbrojnej czy innej próby obalenia reżimu na pewno dojdzie. Wręcz przeciwnie – w tej chwili jest to mało prawdopodobne, choć nie znaczy, że się nie wydarzy. Bosworth cytuje popularne ostatnio, zwłaszcza w USA, rynki predykcyjne, które prawdopodobieństwo, że prezydent Miguel Díaz-Canel pozostanie u władzy przynajmniej do końca 2026 r., oceniają na 50-65%. Na początku stycznia Agencja Reutera, powołując się na źródła z CIA, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 stycznia, 2026Kultura
Moje pokolenie wybiera skrajności
Każdy reżyser po cichu marzy, że będzie miał protesty przed spektaklem Kamil Białaszek – znany także jako raper Koza, reżyser głośnych spektakli „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” (Teatr Polski w Poznaniu), „Skowyt” na podstawie poematu Allena Ginsberga oraz „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” na podstawie niedokończonego dramatu Bolesława Leśmiana (Teatr Żydowski w Warszawie). W grudniu 2025 r. w Teatrze Narodowym odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Niewyczerpany żart” według powieści Davida Fostera Wallace’a. Student V roku reżyserii na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Kim był Koza? – W Raszynie wszyscy żyliśmy polskim rapem, ponieważ opisywał problemy i doświadczenia ludzi z naszej warstwy społecznej. Z kulturą hip-hopową utożsamiam się od dzieciństwa, więc robienie tej muzyki było naturalną konsekwencją. Dochodziła do tego chęć zaimponowania środowisku, którego szacunek budziło jedynie popełnianie przestępstw, pieniądze i właśnie muzyka. Robienie rapu jest też łatwe, bo nie potrzeba wielkich nakładów finansowych. Wystarczy w swoim pokoju postawić na stosie książek laptop i mikrofon. Tak nagrywałem pierwsze kawałki. Oczywiście wpływało to na jakość, ale wtedy w rapie chodziło o autentyczność przekazu. Teraz już o to nie chodzi. A o co chodzi? Już kilka lat temu mówiłeś: „Całe środowisko (hip-hopowe – przyp. AW) przespało informację, że ludzie są równi” („Gazeta Wyborcza”, 7 lutego 2020 r.), a do tego, że chcesz to środowisko „skonsternować” i „zdenerwować”. – W środowisku hip-hopowym uderzało mnie zamknięcie głów, czyli awersja do wszystkiego, co nowe i różne, do idei, które większość społeczeństwa już wtedy przyjęła, jak tę, że kobiety mają takie samo prawo do życia seksualnego jak mężczyźni i nie trzeba ich za to przezywać. Transformacja w polskim hip-hopie nastąpiła w ostatnich latach, bo kiedy tylko środowisko zostało posypane pieniędzmi przez wytwórnie, raperzy chętnie zaczęli reprezentować bardziej liberalne wartości i mówić: „OK, super, tak, ja mega szanuję gejów” albo: „Ty, kobieto, teraz masz prawo wyrażać siebie i w ogóle jestem raperem feministą”. Wcześniej za takie poglądy byłem atakowany. Lubiłem i umiałem robić tę muzykę, ale denerwowała mnie cała otoczka i dlatego raper Koza stał się swego rodzaju komentarzem polskiego hip-hopu, próbującym zmienić tę kulturę od środka. To samo chcę robić w teatrze. Jak chcesz zmieniać teatr od środka? – Uważam, że musimy odejść od prymatu teatru pomnikowego, żeby z teatru nie zrobiła nam się opera, czyli relikt, którego ludzie doświadczają tylko dla samego faktu, że jest reliktem. W erze netfliksowej istnieje duże niebezpieczeństwo, że ludzie przestaną chodzić do teatru albo że będą chodzić tylko na komedie, dla rozluźnienia atmosferki w domu, lub właśnie na archaiczne sztuki, by skonfrontować się z tym pomnikiem. Naprawdę uważasz, że w Polsce, ojczyźnie jednego z najlepszych i najciekawszych teatrów europejskich, istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie będą chodzić tylko na komedie? – Zgadzam się z tym, że mamy jedną z bogatszych kultur teatralnych w Europie. Myślę jednak, że z perspektywy konsumpcyjnej widza istnieje niebezpieczeństwo, że teatr zostanie sprowadzony do dwóch kategorii – komedii oraz archaicznego przedstawiania dramatów. Ja chcę być alternatywną propozycją, która będzie łączyć elementy współczesne i elementy komedii, by pozwolić widzom się zluzować i pośmiać, z elementami teatru tzw. namysłu, i dać im szansę na analizę literatury. Czy to z chęci bycia „alternatywną propozycją” narodził się pomysł zrobienia rapowo epopei narodowej? – W każdym spektaklu staram się wychodzić od tekstu. Zadaję sobie pytanie, co ten tekst we mnie wywołuje, do jakich myśli mnie prowadzi, po co w ogóle jest i dlaczego ktoś inny miałby go doświadczyć. „Pan Tadeusz” to matryca patriotyzmu, więc reżyserując spektakl, myślałem o patriotyzmie, o tym, jak go czuję, czy jestem patriotą. Twój „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” dzieje się na blokowisku, jest w nim dużo wulgaryzmów, jest beka z „Ojcze nasz”, a symbole narodowe ukazane są w sposób daleki od reguł szkolnych apeli z okazji 11 Listopada. Nie baliście się w Poznaniu protestów kółek różańcowych pod teatrem? – Proszę cię… Całe środowisko chce mieć kółka różańcowe i protesty. Każdy reżyser po cichu marzy o tym, że będzie miał jakieś protesty przed spektaklem, bo jeśli sztuka jest opresjonowana i cenzurowana, to znaczy, że jest dobra i powiedziała coś, czego mówić nie wolno. Zatem głównym motywem „Nowego PANA TADEUSZA…” był patriotyzm. A skąd pomysł na formę? – Forma poukładała się sama. W Akademii Teatralnej nauczyli mnie, że na scenie może wydarzyć się wszystko, nawet rzeczy najbardziej szalone i odjechane, jeżeli tylko mają silne uzasadnienie w literaturze. Wziąłem więc literaturę, a potem podstawiłem pod nią swoje pomysły. To, że forma „Nowego PANA TADEUSZA…” jest tak patologiczna, przykra i absurdalna, wynika z mojego doświadczenia. Nie zmyślałem. Polska, którą pokazałeś, jest daleka od wizji kraju z klubu G20. To Polska, w której na leżaku przed namiotem na blokowisku siedzi się i pije wódkę w dresie. Są bluzgi, burdy, ksenofobia, rasizm, a silniejszy wykorzystuje słabszego. Czy taka jest Polska w trzeciej dekadzie XXI w.? – Są różne Polski. Z perspektywy Warszawy wszystko wygląda inaczej, ale
Tao światła i koloru
Stefan Gierowski: ciekawość podglądania nieskończonej przestrzeni W awangardowym centrum światowej kultury, 30-milionowym Szanghaju, wielkim wydarzeniem artystycznym stała się prezentacja obrazów Polaka, Stefana Gierowskiego (1925-2022). Jej kurator, uznany brytyjski ekspert, były dyrektor londyńskiego Instytutu Sztuki Współczesnej Philip Dodd, twórczość naszego abstrakcjonisty określa wręcz mianem objawienia. Co powoduje, że w miejscu będącym syntezą nowoczesności naszej cywilizacji popularyzatorzy sztuki zwrócili oczy (i to nie po raz pierwszy) akurat na tego polskiego malarza i jego abstrakcyjne dzieła? Odpowiedzi na to pytanie mogłem szukać bez kosztownej podróży do Szanghaju – w Warszawie. W salach Fundacji Stefana Gierowskiego przy Placu Dąbrowskiego trwa właśnie duża, przeglądowa wystawa prac tego autora, zorganizowana w 100-lecie jego urodzin. Jej tytułem stało się wyznanie artysty: „Malowanie jest radością”. Faktycznie – tę radość czuje się od wejścia. Przestronne pomieszczenia galerii fundacji mającej siedzibę w starej kamienicy w samym sercu miasta wypełnia nadspodziewanie dobra energia. Wnosi ją nie tylko urzekająca, pogodna kolorystyka wielu obrazów. Większe znaczenie zdaje się mieć doskonała harmonia kompozycji, geometria obrazowanych kształtów i niezwykłość ich prostoty. Zadziwiające, że przy swojej abstrakcyjności wywołują wrażenie nie przypadkowych, lecz głęboko przemyślanych – wymownych i intrygujących. Klasyk abstrakcji O Gierowskim mówią, że stał się „klasykiem abstrakcji”. Poświęcił jej nie tylko większość swojej twórczości, ale również, jako profesor ASP, wiele rozważań teoretycznych. Podkreślał w nich, że w malarstwie wcale nie wszystko, co niefiguratywne, może zostać uznane za abstrakcję. Być nią może wyłącznie uwidocznienie ściśle obmyślonego obrazu, ukształtowanego w mózgu człowieka i mającego konkretne znaczenie. Abstrakcją jest tylko „wyjątkowy sposób spojrzenia, zrozumienia i pokazania tego, co w rzeczywistości wydaje się nieosiągalne. A jednak”. Wyklucza to, jak rozumiem, Malowanie jest radością! 100. rocznica urodzin Stefana Gierowskiego Galeria sztuki – Fundacja Stefana Gierowskiego Warszawa, Pl. Dąbrowskiego 8 w nawiązaniu do wystawy That’s How the Light Gets in. The Art of Stefan Gierowski Fosun Foundation w Szanghaju do 25 stycznia Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wybierałam wolność
Moja droga była skomplikowana. Może przez wielką samotność na starcie życia Maria Pakulnis – aktorka filmowa, teatralna i radiowa, laureatka Nagrody im. Stefana Treugutta za wybitną kreację aktorską w Teatrze Telewizji. Po latach nieobecności wróciłaś do Teatru Telewizji poruszającą rolą pani Alving w „Upiorach” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz. Twój powrót przyniósł ci nagrodę – wyróżnienie specjalne za wybitne osiągnięcie aktorskie. Jak to przyjęłaś? – Nie spodziewałam się jakiegokolwiek wyróżnienia. Zresztą rzadko w życiu otrzymywałam takie nagrody. I nigdy nie miałam rozbuchanego ego, żeby oczekiwać czegokolwiek w długiej i skomplikowanej pracy pod każdym względem. Pod względem drogi, którą często podążałam nie z własnego wyboru. A czasami musiałam sama podjąć decyzję, żeby zrezygnować z różnych rzeczy. Zachowywałaś się jak pani Alving z „Upiorów”? – Wybierałam wolność i szacunek. Wybierałam szacunek do siebie. Kierowałam się prawdą, cokolwiek robiłam. Najgłębszą prawdą i rzeczowym podejściem, na tyle, na ile potrafiłam podejść do każdej roli. Miałam szczęście, ale człowiek obiera jakąś drogę. Ktoś rzuca do ciebie tę nitkę i albo ją złapiesz, albo nie, albo ją odrzucisz. Albo wybierzesz drogę łatwą, bo jesteś pokorny, albo hamujesz w sobie to, żeby nie pokazać, że myślisz inaczej, czego innego oczekujesz. Nawiązujesz do książki „Moja nitka”, wydanej parę lat temu opowieści o drodze, którą przeszłaś. – Moja droga była bardzo skomplikowana. Może przez wielką samotność na samym starcie życia. Ale nie mam pretensji do niczego, do losu, do tego, co przeżyłam, co musiałam przeżyć, i nie ubrałam tego w rolę ofiary. Nie. Po prostu jestem w pełni świadoma mojej drogi, błędów i innych rzeczy, które stały się w moim życiu. Tak musiało być, żeby odnaleźć siebie w świecie dorosłych, potem w świecie pracy, w świecie teatru, w świecie filmu i w świecie tej magii, w której nigdy nie zamierzałam być, bo nie śmiałam w ten sposób myśleć o mojej przyszłości. Drogę aktorską zaczynałaś w Słupsku. – Jestem szczęśliwa, że właściwie los skierował mnie tam na początek drogi. Epizod Słupska wydarzył się na chwilę przed wybuchem stanu wojennego. Pamiętamy, jak wtedy to wyglądało, w jakim momencie naszego życia byliśmy. W wielkiej niewiadomej. W momencie, kiedy młody człowiek kończy studia, jeszcze takie jak ja, jest pełen wiary, pasji i nadziei, że stanie się coś ważnego. My, świeżo po warszawskiej szkole teatralnej, chcieliśmy po prostu pracować. Marek Grzesiński całej naszej grupie kończącej studia zaproponował wtedy wyjazd, bo Maciej Prus przekazywał mu teatr w Słupsku. Pracowaliście razem zaledwie rok. – W takim krótkim czasie, zaledwie jednego sezonu, powstało dużo wspaniałych rzeczy. Ale już po paru miesiącach wiedziałam, że trzeba będzie szybko wracać do Warszawy. Na szczęście miałam możliwość powrotu. Zaraz po studiach dostałaś propozycję angażu w Teatrze Współczesnym, ale nie skorzystałaś. – Głupot w moim życiu narobiłam strasznie dużo, ale odrzucenie tej propozycji było jedną z największych. Dlaczego wtedy zrezygnowałaś? – Dlatego że jeszcze w szkole z całą grupą umówiłam się, że wyjeżdżamy i robimy teatr z Grzesińskim. Po dyplomie ze „Snu nocy letniej” złożyliśmy sobie przysięgę, że tak się stanie. W tym momencie przyszła propozycja z Teatru Współczesnego. I ja, nieświadoma tego, co robię, powiedziałam, że nie mogę jej przyjąć, bo nie złamię danego słowa. Szaleństwo, które chyba tylko ja mogłam popełnić. Od razu miała czekać mnie premiera z Zosią Mrozowską, przed oczyma pojawiły mi się spektakle, które proponowali mi Maciej Englert i Maciej Prus, który widział mnie w dyplomach w szkole teatralnej, a ja zrobiłam coś najgorszego, co można zrobić. Wybrałam teatr w jakimś sensie studencki. Potem zrozumiałam w pełni, co znaczy dla młodego aktora praca z mistrzami, od których można się sto razy więcej nauczyć. Ale wtedy wybrałam Słupsk. Tymczasem czekał na ciebie etat we Współczesnym. – Nie wiem, co kierowało Maciejem Englertem, ale dał mi znać, że mogę wrócić po jednym sezonie, że mam miejsce w tym teatrze i on mnie rozumie, bo kiedyś postąpił podobnie. Więc wróciłam. Axer akurat odchodził. A odchodził „Upiorami” Ibsena. Odchodziła też Joasia Szczepkowska, która miała grać Reginę, nieślubną córkę kapitana Alvinga. Dostałam propozycję od Axera, żeby wziąć za nią zastępstwo. To była jedna z najlepszych lekcji analizy materiału do grania. Axer zrobił mi szkolenie totalne. Poprowadził mnie tak, że dałam radę. Taka krótka przygoda wejścia w trudny spektakl spowodowała, że szybko zostałam zaakceptowana w zespole. To było dla mnie bardzo ważne, bo do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mogę mieć siły w przekazie. Co mogę zrobić, jakie rzeczy mogę zrobić, jak różnorodne rzeczy mogę zrobić. Ostatnio powiedział mi wybitny aktor mojego pokolenia, że właściwie to żal, że nie studiowałam w Filmówce. Wkrótce grałaś w filmach rolę za rolą. – I zaniepokoiłam tym samego Zygmunta Kałużyńskiego. Kiedy mnie zobaczył w Gdańsku, bo mi kazano przyjechać na festiwal, spojrzał na mnie swoim groźnym okiem, a myśmy wszyscy się go bali potwornie, i powiedział: „No i co ja mam teraz z panią zrobić?”. Myślałam, że zemdleję. Nogi się pode mną ugięły: „Chryste Panie, po co ja tutaj przyjechałam?”. A przyjechałam jak stałam, w tym, co miałam. Wtedy nie było tam blichtru festiwalu filmowego. Było skromnie i normalnie, biednie, ale wspaniale, bo wspaniałe rzeczy w tym czasie wybitni reżyserzy robili, mając na karku cenzurę, ale wszyscy chcieli pracować i tworzyć. Na tym festiwalu (1986) pokazano kilka filmów, w których zagrałam, i dzięki temu zostałam laureatką nagrody za rolę drugoplanową, bo się okazało, że liczy się nie tylko król, ale i dwór, czasami nawet bardziej. Ale wracając do „Upiorów”: to było duże przeżycie, tym bardziej że znalazłam się w jednej garderobie z Haliną Mikołajską, która wtedy wróciła do teatru po kilku latach nękania przez służbę bezpieczeństwa. Teatr był dla nas punktem wolności, jedynym miejscem, gdzie się nie bałam, gdzie wierzyłam, że jeżeli jestem w grupie tak wspaniałych ludzi, to doczekam dnia, kiedy wszystko zacznie wyglądać inaczej. Na każdym przedstawieniu pojawiał się Erwin Axer, siadał w fotelu, a ja przysłuchiwałam się ich rozmowom. Nie śmiałam jeszcze tak bezpośrednio się odnosić do tego, o czym mówili, ale ocierałam się o wspaniałych ludzi i to było cudowne. Po czterdziestu paru latach wróciłaś do „Upiorów”. – Okazało się, że będę pracować z człowiekiem, z którym debiutowaliśmy razem w Teatrze Telewizji. I tym razem Zbyszek Dzięgiel stał się moim dobrym duchem. Pierwszy raz zetknęłam się ze sposobem pracy Anny Augustynowicz – dla mnie to była nowość. Szalenie mi się spodobała jej asceza i dążenie do zupełnie innego grania niż u Axera. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia, trzymania na wodzy emocji, które eksplodowały w mojej głowie. Ważny był tylko problem, który noszę w środku. Liczył się tekst i tylko na tym można było się oprzeć. Okazało się, że spektakl musimy zrobić bardzo szybko. Trzeba było opanować ogromny tekst i jeszcze na tyle,
Dylematy harnasia
Marek Perepeczko – aktor słabo wykorzystany Podobno o mały włos Marek Perepeczko nie zostałby Janosikiem. Agnieszka, z którą Marek dzielił się wszystkimi swoimi wątpliwościami związanymi z rolą, jako chyba jedyna wiedziała (oprócz ekipy), co naprawdę działo się na planie. Większość publicznych wspomnień z czasów kręcenia serialu ma najczęściej charakter zabawnych dykteryjek, a oprócz Agnieszki tylko Witold Pyrkosz, komediowy Pyzdra w „Janosiku”, zdawkowo ujawnił, że Marek Perepeczko popadł już na początku zdjęć w konflikt z reżyserem Jerzym Passendorferem. Nieporozumienia musiały być naprawdę poważne, skoro Passendorfer, który miał opinię ugodowego i wyrozumiałego reżysera, chciał pozbyć się Perepeczki z serialu. „Na początku były jakieś problemy – wspominał Witold Pyrkosz. – Chyba po trzech odcinkach pojawił się między nim i reżyserem poważny konflikt. Nie wchodziłem w to, bo mnie to mało interesowało, ale ponoć Passendorfer był bliski tego, żeby z Marka zrezygnować. W końcu się na to nie zdobył. Na szczęście dla Marka Perepeczki i dla filmu też. W „Janosiku” Marek trzymał się trochę z boku od naszej grupy, czyli ode mnie, Bogusza Bilewskiego i Jerzego Cnoty. Po zakończeniu serialu moje kontakty z nim były okazjonalne, ale zawsze sympatyczne (…)”. Czego dotyczył spór filmowo-serialowego harnasia z reżyserem? Wszystko zaczęło się od kiepskiego scenariusza stworzonego przez krakowskiego prozaika Tadeusza Kwiatkowskiego; co do tego ekipa się zgadzała. Scenariusz poszedł bardziej w kierunku folklorystycznej opowieści o słynnym zbójniku, a aktorzy mieli posługiwać się wyłącznie góralską gwarą. Passendorfer chciał stworzyć atrakcyjne widowisko dla szerokiej widowni, trochę rubaszną przygodową opowieść w stylu płaszcza i szpady, z potyczkami, gonitwami i walką na szable. Reżyser na planie na bieżąco ratował scenariusz, zmieniając większość dialogów i dopasowując wyobraźnię scenarzysty do możliwości kamery filmowej. W rezultacie wiele scen planowanych było ad hoc, tuż przed zdjęciami, reżyser nie trzymał się jednej spójnej wizji, a opowieści wyraźnie brakowało tempa. (…) Marek walczył o swoją wizję bohatera, a koncepcyjna dezorganizacja na planie z pewnością mu w tym nie pomagała. Zaproszony przez Perepa Marek Mokrowiecki gościł przez kilka dni na planie serialu. Występował akurat na Scenie Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, uprawiał wspinaczkę, więc wyprawa przez zieloną granicę na drugą stronę Tatr nie była dla niego wyzwaniem: najpierw pociągiem do Starego Smokowca, potem kolejką do Szczyrby i hej, dalej przez góry. – Pamiętam, że strasznie się kłócili z Passendorferem – opowiada Mokry. – Marek widział Janosika bardziej jako ludowego herosa. Moim zdaniem reżyser nie wykorzystał w pełni umiejętności i potencjału Marka. Mokrowiecki ma rację. Widzowie pewnie nie dostrzegli niektórych niuansów, ale trudno zobaczyć np. Marka tańczącego „zbójnickiego”, mimo jego dużych zdolności tanecznych. Perepeczko nie chciał bohatera prymitywnego, cieszącego się jedynie jadłem i dziewkami, ale postrzegał Janosika bardziej poetycko, jako postać odrębną, wrażliwą, a jednocześnie imponującą nadzwyczajną siłą i licznymi umiejętnościami. Tymczasem raziły go przygotowywane naprędce sceny walki, które biły po oczach uproszczeniami i brakiem tempa. „Podstawowymi wyróżnikami estetycznymi w takim filmie są ruch i rytm – mówił Perepeczko. – Tak jak w balecie. Wymaga to precyzyjnego opracowania dramaturgicznego każdej historii, każdej bójki, każdego starcia. Ze swojej strony robiłem, co mogłem. Ściągnąłem nawet grupę kaskaderów, którzy umożliwili mi rozgrywanie dynamicznych pojedynków na serio. Ale tymi naszymi próbami niezbyt się interesowano w ekipie. Stwierdzam to nie bez żalu, gdyż w „Janosika” zainwestowałem dwa lata życia. I sława tego filmu przylgnęła do mnie”. Inteligentny aktor na planie filmowym wszędzie jest problemem, bo to reżyser ma zawsze rację. Tylko u Wajdy było inaczej. Zarówno scenarzysta, jak i reżyser od początku widzieli Marka Perepeczkę jako tytułowego bohatera. Już jednak w trakcie zdjęć próbnych pojawiły się pierwsze zgrzyty, bo kierownictwo produkcji kręciło nosem, że za przystojny i nie potrafi posługiwać się góralską gwarą. Z gwary jednak szybko zrezygnował sam reżyser, bo uznał, że byłaby niezrozumiała dla większości widzów; zdecydowano się na stylizację językową z góralską artykulacją i charakterystycznymi, ogólnie zrozumiałymi zwrotami. Do decyzji Passendorfera przyczyniła się także opinia filmowego Kwiczoła. „Bilewski zaproponował, żeby gwara góralska, którą mówią zbójnicy, nie była prawdziwa, bo wtedy nikt by nas nie rozumiał poza góralami, tylko żeby to była taka niby-gwara – wspominał Witold Pyrkosz. – Trochę baliśmy się, jak na to zareagują prawdziwi górale, ale po premierze telewizyjnej okazało się, że to kaleczenie gwary wybaczono nam bez problemów. Poza tym po filmie górale czuli się wreszcie docenieni, a Tatry rozsławione”. Narastające napięcia na Fragmenty książki Marka Szymańskiego Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki, Rebis, Poznań 2025 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
O teatrze w czasach komercji
O teatrze w czasach komercji Dlaczego łatwo godzimy się na cięcia w kulturze Michał Borczuch – reżyser teatralny, twórca takich spektakli jak „Apokalipsa”, „Zew Cthulhu”, „Kino moralnego niepokoju”, „Mieszkanie na Uranie” i „Nagle, ostatniego lata” w Nowym Teatrze w Warszawie, „Moja walka” i „Czarodziejska góra” w TR Warszawa, „Paradiso” i „Wszystko o mojej matce” w Łaźni Nowej w Krakowie, „Lulu”, „Werter”, „Brand. Miasto. Wybrani” i „Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie czy „Ulisses” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pracował też w teatrach w Niemczech, Szwajcarii, na Litwie oraz w Słowenii. Laureat Paszportu „Polityki” (2017). Wykłada w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. 15 listopada 2025 r. w Starym Teatrze odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Piramida zwierząt”. Skąd pomysł na spektakl „Piramida zwierząt”? – Gdy byłem uczniem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Kluzy w Krakowie, w 1993 r. rozmawialiśmy o pracy Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Mówiliśmy o procesie jej powstania i kontrowersjach, jakie wywołała. Był to dla mnie moment zetknięcia się ze sztuką, która fascynuje i przeraża, bo odsłania coś niepokojącego o świecie. Wróciło to do mnie dwa lata temu. Jako człowiek już zawodowo ustabilizowany przypomniałem sobie emocje i refleksje nastolatka, co wywołało we mnie pytanie o to, czy wciąż istnieje jakiś obraz sztuki, który mnie porusza. Spektakl wyrasta więc z bardzo osobistej i ważnej dla mnie historii. „Nazywam się Kasia i zajmuję się sztuką. Po co jest sztuka? Sztuka jest po nic, ale nie mogę się jej oprzeć”, mówi Katarzyna Kozyra (grana przez Małgorzatę Zawadzką) w twoim spektaklu. Po co jest sztuka? – „Piramida zwierząt” wróciła do mnie w momencie, gdy zacząłem mieć poczucie, że nie mogę znaleźć swojego miejsca w polskim teatrze. Teatry realizują plany, myślą hasłami, tematami i spełniają funkcję rozwiązywania problemów, a ja się w tym nie potrafię odnaleźć. Spytałem siebie, po co robię teatr, i doszedłem do wniosku, że po nic, bo to po prostu potrzeba opowiedzenia czegoś, a w gruncie rzeczy zostawienia jakiegoś śladu. Może więc „po co?” jest złym pytaniem? W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o spaniu. „Ale umiem leżeć na fotelu i umiem też tak leżeć, że wszyscy myślą, że po prostu siedzę na krześle. A ja leżę – mówi Paweł Althamer (Mikołaj Kubacki). – Więc dużo tak leżę na krześle. Ale w łóżku nie umiem za długo leżeć”. Niby rozmowa o niczym, więc po nic, ale może właśnie takie rozmowy są ważne i potrzebne, a my chyba już ich dziś nie prowadzimy. – Od kilku lat mam wrażenie, że dyrektorzy i dyrektorki teatrów, które kiedyś były otwarte na awangardę i eksperymenty, oczekują ode mnie czegoś bardzo konkretnego – nośnego tytułu, który się sprzeda. Czasem podczas rozmów z nimi zauważam, że rozmawiamy nie o sztuce, tylko o oczekiwaniach, których ja nie potrafię spełnić, ponieważ nie potrafię zrobić spektaklu na zamówienie. Pytanie, po co jest sztuka, jest niepotrzebne, jednak ludzie wokół nas ciągle je zadają. Spróbuj więc im odpowiedzieć, po co potrzebna jest sztuka, skoro – cytując Doktorka ze spektaklu (Michał Badeński) – „ludziom bezrobotnym nie jest potrzebna”, „dzieci nie karmi”, „pracy nie daje”, „nie zarabia pieniędzy, trzeba w nią tylko więcej i więcej wkładać”? – Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać. Sztuka jest taką nibyreligią. Artur Żmijewski (Krzysztof Zawadzki) mówi w „Piramidzie zwierząt”: „Wydaje mi się, że (…) sztuka krytyczna została zastąpiona przez rynek, po prostu została sprzedana, na rzecz dekoracji, która wypełniła praktycznie całą przestrzeń”. – Dziś mówi się o tym,
Miazga. Polska według Wojciecha Smarzowskiego
Polska to drzazgi, wióry i odpady sprasowane na twardą płytę. To paździerz. Takie przekonanie podtrzymuje każdym kolejnym filmem reżyser Wojciech Smarzowski (rocznik 1963). I w każdym przedkłada dowody na to. Mówi się, że jest narodowym sumieniem. Już, już wydaje się, że ten, że następny film oglądany przez miliony wreszcie poruszy społeczeństwo. A tu – nic. Paździerz jest odporny. Smarzowski nie stosuje podziału na prostego człowieka i warszawską elitę. Umoczony jest każdy – na własną miarę. Przez ekran biegnie parada odrażających typów – tu nikomu nie da się współczuć. Ot, biznesmen, taki, który już zarobił, ale zdradza większe ambicje. Na razie, zadłużony po uszy, wchodzi w kolejne inwestycje, rozdymając mydlaną bańkę, którą jest cały jego interes. W lokalnej hodowli świń zatrudnia Ukraińców, oczywiście za mniejsze pieniądze niż te, które trzeba by zapłacić Polakom. Ci wyzywają go ostatnimi słowy, bo nie mają pracy, a już na pewno godziwej płacy. A gdy Ukraińcy się buntują, bo nie dostają wypłaty na czas – co tam, zatrudni się Pakistańczyków, którzy będą harować za grosze. No ale najważniejsze, by stroszyć piórka. Lokalny krezus, ojciec panny młodej, już przed kościołem odczuwa nieprzeparty przymus chwalenia się bogactwem, świeci nim w oczy, wymusza zazdrość sąsiadów. Choć sam najlepiej wie, że całe to bogactwo stoi na kredycie i przekręcie. Ale tej chwili satysfakcji nie umie sobie odmówić. A i tak plotkują, że interes mu nie idzie. Że nawet kiełbasę na wesele kupił taniej, bo woniała i była już zielonkawa. Jeszcze nie wiedzą, że gorszy okaże się bigos – weselnicy doznają skutkiem spożycia gromadnego rozwolnienia. Aż szambo wybije. Poza tym rewers tych przechwałek jest taki, że wszyscy szarpią go o pieniądze. Należne, lecz niewypłacone. Albo bezczelnie żądają łapówki. Ciągnie od niego nawet własna żona. Skoro taki bogaty, to można uszczknąć. Rządzi zasada: tu chapnąć, tam oszukać. Jesteśmy na weselu. Pan młody interesuje się samochodem, który dostaje w prezencie ślubnym, a nie panną młodą. O nowym wozie potrafi powiedzieć wszystko – panna młoda jest mu obojętna. Ostatecznie teść wcisnął mu córkę w ciąży za ten wóz. Taki teść potrafi wykombinować całą piramidę kłamstw i oszustw, że nawet sam zaczyna się gubić. To go bynajmniej nie zniechęca. Po prostu w przekrętach czuje się jak ryba w wodzie. Zresztą wszyscy wokół niego to zgraja przekrętasów. Wygra ten, kto szybciej i sprytniej oszuka innego oszusta. Tymczasem to auto dla zięcia okazuje się ukradzione w Hamburgu. I właściciel lokalnej szklarni przegrał, bo kombinator od samochodu był z wyższej ligi, działał na skalę międzynarodową. A on jest sprytny na miarę Podkarpacia. To na dole, bo co wyżej – słychać w tle: z radia, z telewizji. Afery korupcyjne wybuchają a to w futbolu, a to przy produkcji oleju opałowego. A weźmy taką projektowaną trasę autostrady. Warto wcześniej wiedzieć, którędy będzie ona biegła i gdzie w trakcie wykupu ziemia będzie najdroższa. Policja, CBA? Samochody kupowane przez policję także są z ustawionego przetargu. Ci, którzy nie doją publicznych pieniędzy, albo nie mają dojść, albo to frajerzy i nieudacznicy. Ostatecznie nawet dzieciaki w turnieju podwórkowej piłki nożnej próbują przekupić przeciwnika. Łapówka miewa i bardziej wyrafinowane formy. Ordynator szpitala za przymknięcie oka na wykroczenia drogowe odwdzięczy się stworzeniem rzekomemu pacjentowi całej historii choroby. A gdyby znaleźli się niewygodni świadkowie takiego czy innego przewału, to nie pożyją długo – stawka jest zbyt wysoka. Tradycja jest tu długa i bogata. Ot, bieszczadzki PGR – toż to jedna wielka malwersacja. Przekręcają albo cukier, albo talony na traktory. Wiadomo, co państwowe, to jest do wyszarpnięcia. Tylko trzeba szarpać umiejętnie, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Teatr powinien dawać odpowiedzi
Chcę przemycać na scenę postulaty oświeceniowe Mateusz Pakuła – dramatopisarz i reżyser, laureat Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego Napisał pan ok. 30 oryginalnych utworów dramatycznych. – Wydaje mi się, że nawet więcej, ale kilka nie trafiło nigdy na scenę. Do tego piję, bo konkursów dramaturgicznych jest coraz więcej. Sam pan wielokrotnie bywał ich laureatem. Co roku powstaje w Polsce 500-600 nowych dramatów konkursowych. – A w szkołach teatralnych drugie tyle na zajęciach dramaturgicznych. Ich część, nawet znaczniejsza, nigdy do teatru nie trafia. – Moim zdaniem to nie szkodzi. Nie wszystkie te sztuki muszą trafiać na scenę. Część może funkcjonować jako propozycja literacka. Jestem orędownikiem traktowania dramatu jako literatury, która nie musi realizować się na scenie. Konkuruje z tym pogląd, że dramat żyje dopiero na scenie, a w czytaniu to takie nie wiadomo co. Też uważam, że to literatura. Choć nie jest to lektura popytna. – Bardzo niepopytna i myślę, że wszystko zaczyna się w szkole i od edukacji. Od tego, jak w ogóle uczy się czytania czegokolwiek. A jak się uczy czytania dramatu i poezji, to w ogóle dramat w polskiej edukacji. Nomen omen. – Z tym czytaniem i dramatem jako literaturą nie wszystko jest takie oczywiste. Najwięcej się nauczyłem i największym moim zyskiem na początku drogi dramatopisarskiej były zajęcia w szkole teatralnej, w ramach których napisałem jeden z pierwszych tekstów. Zrealizowało go czworo moich kolegów, powstały cztery naprawdę różne spektakle. To rzadka przygoda. – Bardzo rzadka. Szkoła teatralna faktycznie pozwala na takie eksperymenty, a to nauka, której się nie dostanie nigdzie indziej. Był to dla mnie ogromny zysk – faktycznie zobaczyć, co działa i co nie działa na scenie albo co sobie mogą reżyser czy reżyserka wyciągnąć, podbić i wyinterpretować. Kiedy działa język, a kiedy bardziej charyzma aktora. Pan ma niezłą praktykę podwójnego spojrzenia na własne utwory: jako autor i reżyser. Jak pan ze sobą rozmawia? Czy reżyser strofuje autora? – Odetchnąłem z ulgą, kiedy zacząłem być reżyserem własnych tekstów. Bo przez wiele lat tylko Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Filharmoniczne nowalijki
Testowanie koncertowej sali i publiczności Nowe kierownictwo Filharmonii Narodowej, czołowej polskiej instytucji muzycznej, wprowadza ciekawe i oryginalne obyczaje oraz style kształtowania programu koncertowego. Od dziesięcioleci posługiwano się schematem koncertu, w którym obowiązywał podział na trzy części. Najpierw grano niedługą uwerturę, czyli coś na rozgrzewkę, potem „danie główne” – koncert instrumentalny ze znanym i oczekiwanym solistą wirtuozem. Po tym występie przewidzianych było kilka bisów. Wreszcie, po przerwie, następowała duża forma, czyli symfonia. W ten sposób można było zapełnić cały artystyczny sezon, melomani zaś mogli co tydzień spodziewać się tylko tego, że Mozart zastąpi Beethovena, Chopin Brahmsa, Lutosławski Bartóka itd. Od września 2025 r. dyrektorem naczelnym FN jest Zofia Zembrzuska, a dyrektorem artystycznym, już drugi sezon, dyrygent Krzysztof Urbański. To oni sprawili, że szablony stopniowo są zastępowane bardziej swobodnymi, a mniej schematycznymi treściami. Pierwszym krokiem był umieszczony w internecie poradnik dla początkujących słuchaczy „Pierwsza wizyta w Filharmonii”. W przełamaniu obaw przed natrafieniem na bariery w odbiorze mają pomóc specjalne, nieco krótsze, obudowane spotkaniami i Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Maria Pakulnis o prawdzie nie tylko w teatrze
Laureatka nagrody Treugutta W klimatycznej galerii Janusza Golika na warszawskiej Saskiej Kępie Maria Pakulnis spotkała się z Klubem Krytyki Teatralnej SDRP/polską sekcją AICT. Spotkanie odbyło się z okazji wręczenia artystce nagrody specjalnej im. Stefana Treugutta za rolę pani Alving w „Upiorach” Henryka Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz w Teatrze Telewizji. Nagroda Treugutta już od lat premiuje osiągnięcia w teatrze małego ekranu, a zwłaszcza te, jak podkreślał Tomasz Miłkowski, prezes polskiej sekcji AICT, które wytyczają nowe ścieżki poszukiwań artystycznych. Laudację wygłosił członek Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jubileusz Klubu Księgarza
To miejsce dla wszystkich, którzy współtworzą książki – wydawców, drukarzy, księgarzy i bibliotekarzy i autorów. Kiedy stalinizm na dobre zaczął upadać i czuło się polityczną odwilż w środowisku księgarzy i literatów, zrodziła się idea powstania w Warszawie Klubu Księgarza. Z poparciem ówczesnych władz, które przydzieliły mu lokal przy Rynku Starego Miasta, Klub rozpoczął działalność 13 grudnia 1955 r. Data miała prawdopodobnie związek z przedwojennym świętem księgarzy, obchodzonym właśnie tego dnia. Akurat minęło więc 70 lat od tego wydarzenia i rocznica zgromadziła liczne grono współpracowników, przyjaciół i bywalców Klubu. Choć w nazwie przywołani są księgarze, tak naprawdę jest to klub wszystkich, którzy współtworzą książki – wydawców, drukarzy, księgarzy i bibliotekarzy. I oczywiście autorów. W historii Klubu przewinęły się ich setki, zarówno wielkich literatów, jak i tych, którzy Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejCzym się różni kibic od kibola?
Dr hab. Mirosław Pęczak, kulturoznawca, dziennikarz, UW Kibic, kibol – to pojęcia umowne i nacechowane, odnoszące się do szeroko rozumianej subkultury kibicowskiej, która przez dekady wykształciła własną specyfikę. Współczesne środowiska kibolskie wyewoluowały z publiczności stadionowej w struktury w dużej mierze autonomiczne. W wielu przypadkach przejęły realną kontrolę nad klubami, mają wpływy finansowe i organizacyjne, a niekiedy funkcjonują w obrębie przestępczości zorganizowanej, spełniając kryteria gangu. Charakterystyczny jest też ich ideologiczny profil: nacjonalistyczny, faszyzujący, czasem otwarcie nazistowski, wyraźnie antydemokratyczny. Towarzyszy temu wizja społeczeństwa hierarchicznego, z podporządkowaniem kobiet mężczyznom. W Polsce dochodzi jeszcze czynnik kościelny – odwoływanie się do autorytetu Kościoła, co w połączeniu z retoryką patriotyczną tworzy pozór konserwatyzmu. Jest to jednak konserwatyzm skrajny i niebezpieczny. Grzegorz Lato, król strzelców Mistrzostw Świata 1974, rozegrał 100 meczy w reprezentacji Polski Kibic jest z drużyną na dobre i na złe. Zawsze. Przychodzi na stadion i wspiera swoją drużynę, budując piękny klimat. Nigdy w sposób wulgarny, bo na boisku musi być kultura. Szczególnie że na mecze przychodzą też całe rodziny. Kibolskie przyśpiewki nie nadają się tymczasem dla nikogo, tym bardziej kilkuletnie dzieci nie powinny słuchać tak niecenzuralnych słów. Do tego dochodzi kwestia niesławnych ustawek. To nie ma nic wspólnego ze sportem, a tym bardziej ze wspieraniem konkretnej drużyny. Sport powinien łączyć, a nie być pretekstem do jakichkolwiek przejawów agresji. Henryk Budzyński, obecnie sporadyczny kibic Pogoni Szczecin i FC Barcelony, przewodniczący Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych Kibice i kibole bywają postrzegani jako ta sama grupa ludzi, ponieważ łączy ich miłość do sportu i własnych zawodników. Różnica między nimi jest jednak zasadnicza. Kibic nigdy nie przekracza określonych granic. Działa zgodnie z dobrymi obyczajami i prawem. Kibol natomiast granice te regularnie narusza i nierzadko łamie prawo. Kibic szanuje drużynę przeciwną oraz jej sympatyków, okazując im elementarny respekt. O kibolu nie można powiedzieć tego samego, ponieważ jego postawę cechuje nieprzyjazny stosunek, zarówno do rywali, jak i do ich kibiców. Kibic nie uczestniczy w ustawkach z fanami innych drużyn, podczas gdy kibol właśnie w nich bierze udział, o czym wielokrotnie informowały media. Dla kibica impreza sportowa jest okazją do wspólnego, przyjemnego spędzenia czasu i do zabawy. Dla kibola staje się natomiast pretekstem do wyładowania frustracji, manifestowania wrogości wobec innych ludzi, a niekiedy agresji. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Listy od czytelników nr 04/2026
Ja też tak to widziałem Jestem po lekturze książki Andrzeja Karpińskiego „Jak ja to widziałem” i w pełni zgadzam się z sugestiami Pana Profesora dotyczącymi negatywnej (może nie w całości) oceny okresu transformacji po 1989 r. Należę do pokolenia 60+ i wychowałem się oraz wykształciłem w Polsce Ludowej, z czego jestem podobnie jak Pan Profesor dumny. Po ukończeniu studiów pracowałem dla dobra kraju i naszej gospodarki w dużym kombinacie energetycznym. Fakt, że doczekaliśmy czasów, gdy liczy się głównie kasa, nie jest wcale pozytywny, wręcz przeciwnie – sprawdza się powiedzenie: „Pieniądze szczęścia nie dają”. Znam wiele osób, w tym z bliskiego otoczenia, które w pogoni za kasą i karierą zatraciły rozum. Wiele z nich niestety straciło albo zdrowie, albo rodziny, a w niektórych przypadkach nawet życie. A ci, którzy w pogoni za pieniędzmi jeszcze funkcjonują, czy są szczęśliwi? Wątpię. Najważniejszym dobrem, przynajmniej dla mnie, jest zdrowa i szczęśliwa rodzina. Czyż nie jest pięknie pobawić się z zadowolonymi i szczęśliwymi wnukami? Wielu bogatych zapewne oddałoby duże pieniądze, aby mieć szczęśliwą rodzinę. Myślę, że Pan Profesor powinien czuć się spełniony. A życie zawodowe jest tylko częścią naszej ziemskiej egzystencji. Okres transformacji również przeżyłem boleśnie, gdy na naszych oczach restrukturyzowano (czytaj: likwidowano) kolejne zakłady przemysłowe. Niestety, po 1989 r. mamy rządy zarządzające Polską, a nie działające w interesie Polski, w którym to przypadku planowa polityka gospodarcza powinna być jednym z nadrzędnych celów. Weźmy pod uwagę np. potęgę gospodarczą – Chiny, gdzie polityka planowa jest sukcesywnie i konsekwentnie realizowana, niezależnie od tego, kto jest u władzy. Myślę, że historia pozytywnie oceni zdobycze PRL, ale niestety nie nastąpi to zapewne szybko. Panie Profesorze, może Pan chodzić z podniesioną głową, czego nie da się powiedzieć o „elitach” politycznych po roku 1989. Witold Misztela, stały czytelnik Kartka na nowy rok W notatniku w zapisie mojej pierwszej „tygodniowej kartki życia” w nowym roku zaznaczyłem, że rozpoczynam go z dużym pesymizmem, żeby nie powiedzieć z obawą, czy zapiszę kolejne kartki bez wiadomości o wojnie na świecie. Przeżyłem 80 lat w ojczyźnie bez wojny. Chociaż pewne podobne stany były wprowadzane w kraju i na świecie. Wprowadzano je, aby powstrzymać próby radykalnego rozwiązania sporów społeczno-politycznych. W sposób prawnie uzasadniony lub bezprawnie. Historia potwierdza, że nauka poszła w las. (…) W mojej ocenie w naszym kraju wypaczono prawie wszystko: PRL uznano za komunę, z lewicą, która zniszczyła kraj; Solidarność była inicjatywą klasy robotniczej i kierunkiem przemian społecznych, które jednak pogrzebały klasę robotniczą; pojęcia sprawiedliwość i prawo zostały wykorzystane przez partię; „szacunek dla historii Polski” – obecnie preferowany przez IPN. Przed wyborami pretendenci do rządzenia podnosili hasła likwidacji tej bardzo kosztownej instytucji, ciągle wspieranej przy braku środków na służbę zdrowia i oświatę (…). Szanuję urząd Prezydenta RP – oceniam, że każdy, nawet pełniący ten urząd, powinien go szanować. Według mnie krzyki prezydenta na zlocie kibiców na Jasnej Górze były nie na miejscu. Chwalił się on, ile to już stanowisk państwowych zajmował, wykorzystując formę powitań z instytucji państwowych do innych celów. (…) W mojej opinii dziś dopełnia się procedura i działanie twórców sprawiedliwości i prawa w naszym kraju na azylu węgierskim. Zbigniew Olszewski, sierota po PRL Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa Nareszcie ktoś to wyartykułował: „Frustracja i rozczarowanie dotyczą nie tego, że czujemy się biedni, ale tego, że inni mają lepiej”. Dlatego im więcej Trzaskowski pokazywał, że świetnie rządzi Warszawą, która rozwija się wspaniale, tym chętniej jego przeciwnicy głosowali na Nawrockiego. Istnieje z pewnością psychologia zazdrości. Anna Zawadzka Wojna w rzymskim metrze Po raz pierwszy od lat pojechałam ostatnio do Mediolanu. Dotąd wydawało mi się, że w Berlinie i innych niemieckich miastach zrobiło się nieciekawie, ale to, co zobaczyłam w stolicy Lombardii, naprawdę mnie przeraziło. To miasto zostało właściwie przejęte przez gangi. Strach poruszać się tam w biały dzień, a normalne niegdyś wieczorne wyjścia to już niemal sport ekstremalny. (…) Nie mam pojęcia, jak można było dopuścić do czegoś takiego w Europie, w cywilizowanych krajach, w takich pięknych miastach. Włos się jeży na głowie. I do tego ta omerta mainstreamu, omijającego jak najszerszym łukiem istotę rzeczy. Jakieś gangi, jacyś tajemniczy kieszonkowcy, jakieś – jak to się zgrabnie ujmuje w niemieckich mediach – „grupy agresywnych młodych mężczyzn”, których nagle jakimś cudem namnożyło się w europejskich metropoliach… Nie wiadomo kto, nie wiadomo co, nie wiadomo skąd, co to za jedni, skąd ich tylu, jak to się stało, że tu się znaleźli. Czy to był jakiś desant, czy może Europejczycy nagle rozmiłowali się nadmiernie w złodziejstwie, napadach, gwałtach, wymachiwaniu nożami i maczetami? Tysiąc pytań, żadnych sensownych odpowiedzi. Niby człowiek widzi na własne oczy, ale boi się nazwać rzecz po imieniu, by nie dostać od razu po głowie pałką poprawności politycznej. Eva-Maria Golos Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Po co nam Szwajcaria?
Marek Prawda został wyznaczony na ambasadora RP w Szwajcarii. Piszemy „wyznaczony”, gdyż szanse na to, że prezydent Nawrocki mianuje go ambasadorem, są niewielkie. Byłoby wyjątkowym wyczynem, gdyby udało się to załatwić… Nawrocki ma przynajmniej dwa powody, by Markowi Prawdzie misję zagraniczną utrudnić. Po pierwsze, bywał on w karierze w miejscach, które Nawrocki wskazywał jako wrogie. Bo Marek Prawda to nabór Geremka. Do MSZ przyszedł w roku 1992, z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Wyjechał zresztą natychmiast do ambasady RP w Niemczech (fuj!). Potem był ambasadorem w Szwecji, w Niemczech (no proszę…), w Unii Europejskiej (jeszcze gorzej), a później, w latach 2016-2021 (i to już zdrada największa!), dyrektorem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Służył tej Unii – tak rozumuje prawica – która była przeciwko Polsce Kaczyńskiego. Więc wróg, czyż nie? Po drugie, był też członkiem Konferencji Ambasadorów, jednoczącej byłych dyplomatów, krytykujących politykę PiS. A to przecież i dla Dudy, i dla Nawrockiego akt wrogości. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o Konferencję Ambasadorów, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
17 ORGANIZACJI MŁODZIEŻOWYCH Z MAZOWSZA OTRZYMAŁO 165 TYSIĘCY ZŁOTYCH NA WŁASNE PROJEKTY
Organizacje studenckie, uczniowskie koła naukowe i młodzieżowa rada z województwa mazowieckiego otrzymały granty o łącznej wartości 165 tysięcy złotych w ramach Rządowego Programu Fundusz Młodzieżowy. Młodzi już realizują swoje inicjatywy, które mają zwiększyć zaangażowanie młodzieży w życiu publicznym i promować świadomość obywatelską. Operatorem funduszu regrantingowego jest Our Future Foundation – organizacja skupiająca studentów i absolwentów najlepszych zagranicznych uniwersytetów, która za cel stawia sobie walkę z nierównościami w dostępie do edukacji młodych Polaków z mniejszych ośrodków. W ramach III edycji programu Mini Granty Fundacja Our Future Foundation przyznała dofinansowanie aż 17 organizacjom, łącznie na kwotę 165 000 zł. Wśród beneficjentów znalazły się m.in.: Samorząd Uczniowski Zespołu Szkół Zawodowych w Nasielsku im. Mikołaja Kopernika, Młodzieżowa Rada Dzielnicy Ursus m.st. Warszawy, Koło Lingwistyczno-Translatoryczne Polskiego Języka Migowego Uniwersytetu Warszawskiego, Koło Turystyczne Powiatowego Zespołu Szkół Ponadpodstawowych im. Jerzego Siwińskiego w Legionowie czy Studenckie Koło Naukowe Financial Markets Club Akademii Leona Koźmińskiego. Jednym z dofinansowanych projektów była inicjatywa Interlicealnego Koła Astronautyczno-Rakietowego IKAR w V LO im. Księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie, które otrzymało prawie 6 000 zł na zaprojektowanie i budowę edukacyjnych modeli rakiet oraz przybliżenie tematyki astronautyki rówieśnikom poprzez pokazy i prezentacje startów własnych konstrukcji. „Wiele młodych osób ma innowacyjne pomysły na projekty społeczne, ale brakuje im środków na ich realizację. Zależy nam na wspieraniu właśnie tych liderów, którzy chcą zmieniać swoje otoczenie. Widzimy ogromny potencjał w organizacjach studenckich i młodzieżowych radach – to one dają młodym pierwszą platformę do zaangażowania społecznego. Mini Granty pomagają rozwiązać problem zdobycia finansowania i dają impuls do rozpoczęcia działań” - mówi Kamil Tomkowicz, Prezes Zarządu Our Future Foundation. Oprócz wsparcia finansowego beneficjenci programu Mini Granty otrzymali również wsparcie merytoryczne. Zaplanowano cykl praktycznych szkoleń z zakresu planowania, realizacji i rozliczania projektów społecznych, a także serię materiałów edukacyjnych, które stanowią kompleksowe wsparcie dla młodych liderów. Ich celem jest promowanie odpowiedzialnego i zrównoważonego zaangażowania społecznego, z uwzględnieniem dobrostanu psychicznego oraz przeciwdziałania wypaleniu na wczesnym etapie aktywności społecznej. Our Future Foundation (OFF) to organizacja skupiająca ponad 500 studentów i absolwentów najlepszych zagranicznych i polskich uniwersytetów, która za cel stawia sobie budowanie polskiego kapitału ludzkiego w kraju i za granicą. Działania fundacji opierają się przede wszystkim na poszerzaniu horyzontów edukacyjnych, programach mentoringowych wspierających osoby na początku ścieżki kariery oraz tworzeniu przestrzeni do dzielenia się wiedzą i nawiązywania relacji pomiędzy wybitnie uzdolnionymi młodymi Polakami. Od 2019 roku Fundacja pomogła ponad 300 podopiecznym w aplikacji i podjęciu studiów na najlepszych światowych uniwersytetach, takich jak Harvard, Cambridge, Oxford i Yale. Dotychczas w inicjatywach fundacji uczestniczyło już ponad 28 000 młodych Polaków. Program Mini Granty realizowany jest w ramach Rządowego Programu Fundusz Młodzieżowy na lata 2022 – 2033, którego operatorem krajowym jest Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Brednie w „Fakcie”
Głupiej się nie dało? Springerowski „Fakt” w notce o wprowadzeniu stanu wojennego podpisanej przez jakiegoś anonima (MW) ogłosił, że „Rosjanie wcale nie chcieli wchodzić”. Springerowski nieuk powołał się na słowa ówczesnego szefa KGB Jurija Andropowa. I na gen. Mirosława Milewskiego, którego obwołał sekretarzem generalnym KC PZPR. Choć takiej funkcji nigdy nie było. Jaka gazetka, takie informacje i takie autorytety. Może „Fakt” dla odmiany napisze o tym, na czym musi się znać. Czyli o Niemczech. Na przykład o planach wobec Polski, jakie NRD-owcy mieli w 1980 i 1981 r. Co wtedy chcieli zrobić? Którędy mieli wkroczyć do Polski? Ile było dywizji, czołgów itd. Dla ułatwienia pracy podpowiadamy, że nawet nie trzeba umieć czytać. Wszystko jest na mapach. Są strzałki, są wykresy. Wystarczy na tekst: „Niemcy wcale nie chcieli wchodzić”. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejDlaczego dobrze zorganizowane miejsce do pracy i nauki przy komputerze ma dziś ogromne znaczenie?
Artykuł sponsorowany Komputer przestał być dodatkiem do życia. Dla wielu osób to główne narzędzie pracy, nauki, komunikacji i rozwoju. Tymczasem wciąż zbyt często traktujemy przestrzeń wokół niego przypadkowo. A to właśnie sposób, w jaki zorganizowane jest
Rynek kryptowalut w 2026
Artykuł sponsorowany Publikowane prognozy finansowe są fantastycznym źródłem wiedzy dla początkujących, ale również doświadczonych inwestorów. Udostępniane dane ułatwiają bowiem zdobycie odpowiedniej orientacji w złożonym świecie finansów, pomagając jednocześnie w budowaniu osobistego planu działania na nadchodzące
Kiedy rusztowania aluminiowe są najlepszym wyborem na budowie?
Artykuł sponsorowany Rusztowania stanowią jeden z kluczowych elementów zaplecza technicznego na każdej budowie, niezależnie od jej skali i charakteru. Od ich jakości, stabilności i funkcjonalności zależy nie tylko komfort pracy, ale przede wszystkim bezpieczeństwo pracowników oraz tempo realizacji robót. W ostatnich
Dlaczego nowoczesne zakłady potrzebują systemów do zarządzania produkcją?
Artykuł sponsorowany W dynamicznie zmieniającym się przemyśle coraz częściej stawia się na optymalizację procesów, redukcję odpadów i cyfryzację działań. W tym kontekście kluczowe staje się wdrożenie kompleksowego oprogramowania do zarządzania procesami produkcyjnymi — takiego jak Accevo.
Podróż do USA – spełnienie marzeń, które warto zaplanować z profesjonalnym wsparciem
Artykuł sponsorowany Wyjazd do Stanów Zjednoczonych od lat pozostaje jednym z najczęściej realizowanych marzeń podróżniczych Polaków. USA fascynują swoją różnorodnością – od nowoczesnych metropolii, przez zapierające dech w piersiach parki narodowe, aż po bogactwo kulturowe i ogromne możliwości rozwoju













