Tajemnica Watykanu i mafii

„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Tajemnica Watykanu i mafii
Świat zakładnikiem Netanjahu

Skutecznie przekonał Izraelczyków o ich wyjątkowości Agresywna polityka zagraniczna Beniamina Netanjahu okazuje się kosztowna dla społeczności żydowskich w Europie i USA. Coraz częściej obok wyrazów poparcia dla Palestyńczyków i solidarności z mieszkańcami bombardowanej Strefy Gazy obserwujemy incydenty antysemickie. W dyskusjach internetowych, nawet w Polsce, nietrudno o komentarze, których autorzy sugerują, że „Hitler miał rację”, lub doszukują się odpowiedzialności wszystkich Żydów za działania Izraela. Poza internetem dochodzi do realnych aktów przemocy. W metropolii Toronto w marcu w ciągu kilku dni ostrzelano trzy synagogi. 10 marca francuska policja aresztowała dwóch braci, mających obywatelstwo włoskie i marokańskie, pod zarzutem planowania „morderczego i antysemickiego” ataku, a 23 marca w Londynie podpalono cztery karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzola. Rzeczywistość społeczności żydowskich to dziś przede wszystkim funkcjonowanie w lęku. Według UNESCO 61% nauczycieli w Unii Europejskiej styka się w swoich klasach z kłamstwem oświęcimskim, a co 10. nauczyciel ma z nim do czynienia często. Nawet w europejskiej polityce antysemityzm jest już narzędziem wykorzystywanym wprost. Pomijając błazenady Grzegorza Brauna, jego partia Konfederacja Korony Polskiej protestowała przeciwko Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030, nazywając ją „żydowskim faszyzmem” i przekonując, że antysemityzm to „rdzeń programu supremacji” wprowadzanego przez diasporę żydowską. Izraelczycy dumni z wojny Paliwem dla antysemickich postaw i retoryki jest trwająca nieprzerwanie od dwóch i pół roku intensywna wojna prowadzona przez Izrael na kilku frontach. Jej najnowszą odsłoną jest agresja na Iran i Liban. Wojna w Iranie chwilowo zwolniła, gdy Trump triumfalnie ogłosił zawieszenie broni (choć kilka godzin wcześniej groził zniszczeniem całej cywilizacji w Iranie). Teheran odebrał to pozytywnie, bo przedstawiony przez Trumpa 10-punktowy plan zawieszenia broni w istocie jest zwycięstwem Irańczyków i odpowiada ich potrzebom: od gwarancji zakończenia działań zbrojnych, przez obietnice wnoszenia opłat w wysokości 2 mln dol. od statku przeprawiającego się przez cieśninę Ormuz, aż po zdjęcie sankcji. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt zaznaczyła jednak, że ten plan stanowi jedynie podstawę do negocjacji. Izraelczycy są niezadowoleni z tego, że Trump zdecydował się na zawieszenie broni. W ich oczach to zdrada. Powszechne poparcie obywateli dla agresywnych wojen i głębokie przekonanie, że wszelkie działania ich żołnierzy są uzasadnione, to pokłosie lat wykorzystywania przez Netanjahu wojennej retoryki. A izraelski premier potrafi skutecznie przekonywać rodaków, że funkcjonują w oblężonej twierdzy, którą tylko on jest w stanie obronić. Wielki Brat za oceanem Do realizacji celów w Libanie i w Iranie kluczowe dla Netanjahu jest partnerstwo z Donaldem Trumpem. Lecz osobista sympatia polityków nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie, jak Izraelowi udało się wciągnąć Waszyngton w wojnę, której skutki odczuwa cały świat. Odpowiedzią nie są też popularne w internecie spekulacje dotyczące haków, jakie na Trumpa miał zbierać Mosad za pośrednictwem finansisty pedofila Jeffreya Epsteina. Ten ostatni przez lata utrzymywał bliskie relacje z amerykańskim prezydentem, a jednocześnie finansował izraelskie organizacje, w tym wspierające żydowskie osadnictwo na terytoriach okupowanych. Netanjahu długo budował relacje z wieloma kluczowymi postaciami z bliskiego otoczenia Trumpa. Przyjaźnił się z Charlesem Kushnerem, ojcem Jareda Kushnera, męża najstarszej córki Donalda Trumpa – Ivanki. Charles, prawnik, biznesmen i filantrop wspierający hojnie kampanie prezydenckie Trumpa, został przez Netanjahu w 2007 r. umieszczony na liście, która wyciekła do mediów, a zawierała nazwiska potencjalnych darczyńców. Według Jewish Telegraphic Agency Jared jeszcze jako nastolatek miał użyczyć Netanjahu swojej sypialni, gdy ten zatrzymał się w domu Kushnerów. Być może właśnie ta bliskość sprawiła, że Trump powierzył zięciowi przewodniczenie zespołowi, który w 2020 r. ogłosił plan pokojowy w celu zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat zakładnikiem Netanjahu
Ochronka prawników PiS

Upolitycznieni sędziowie i prokuratorzy działający pod dyktando PiS są bezkarni Sędzia Jakub Iwaniec powinien siedzieć na ławie oskarżonych za liczne przestępstwa, których się dopuścił, ale – jak ustaliła „Gazeta Wyborcza” – wrócił do orzekania w VIII Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. W referacie Iwańca do rozpatrzenia jest 250 spraw, w tym kilka dotyczy pijanych kierowców. Tak więc pisowski sędzia, któremu prokuratura chce postawić zarzut prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości (za co grożą nawet trzy lata więzienia), będzie orzekał w imieniu Rzeczypospolitej o winie innych pijaków za kierownicą. Czegoś takiego nie wymyśliłby nawet mistrz satyry Stanisław Bareja! Pijaństwo, hejt i matactwa Przypomnijmy: według ustaleń prokuratury 11 października 2025 r. Jakub Iwaniec (mając jakieś 2 promile w wydychanym powietrzu) stracił panowanie nad samochodem i uderzył w drzewo. Do wypadku doszło w pobliżu jego domu, prawnikowi nic się nie stało, wycofał samochód na drogę i zaparkował na swojej posesji. Świadkami zdarzenia były dwie kobiety, krewne jego sąsiadki, które o mało nie zostały potrącone. Iwaniec feralnego dnia był na pijackiej imprezie z kolegami. Do domu został odwieziony przez znajomych, ale po jakimś czasie zgłodniał, wsiadł do auta i pojechał do pizzerii. Obsługa lokalu i klienci zeznali, że pan sędzia był mocno wstawiony – chwiał się na nogach i bełkotał. Chciał zamówić piwo, ale mu odmówiono. Prokuratura zebrała solidny materiał dowodowy, m.in. zeznania kilkunastu świadków, protokoły oględzin auta i miejsca zdarzenia, ekspertyzę toksykologiczną i opinie biegłych. 27 października 2025 r. do Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego skierowano wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi. Bez tego nie można postawić zarzutów i skierować aktu oskarżenia do sądu. Sprawa miała zostać rozpoznana dopiero 24 marca br., ale decyzją neosędzi Marii Szczepaniec spadła z wokandy. Kolejny termin wyznaczono na maj. Wcześniej, w czerwcu 2024 r., prokuratura złożyła do IOZ wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi za znieważenie Waldemara Żurka, wówczas sędziego Sądu Okręgowego w Krakowie. Chodzi o wpisy na twitterowym koncie FigoFago, gdzie opisywano Żurka jako „złodzieja”, „gościa bez honoru”, „osła Temidy” i „oszusta podatkowego”. Sprawa jest odpryskiem afery hejterskiej, ale neosędzia Marek Motuk uznał, że prokuratorzy nie udowodnili, że to Iwaniec szkalował Żurka. Mało tego! Motuk stwierdził, że mogło nie dojść do pomówienia Żurka, a prokuratura powinna sprawdzić, czy nienawistne wpisy zawierają prawdę (sic!). Niemal dwa lata na rozpatrzenie w IOZ czeka wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi w sprawie afery hejterskiej. Współpracownik Zbigniewa Ziobry miał działać wspólnie z innymi propisowskimi prawnikami w zorganizowanej grupie przestępczej, której celem było szkalowanie (głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych i portali internetowych) sędziów sprzeciwiających się upolitycznieniu wymiaru sprawiedliwości. W ten sposób chciano nie tylko skompromitować niewygodnych sędziów, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ochronka prawników PiS
Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe

Polacy a Ameryka Trumpa W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z marca 2026 r. zapytano, czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosiłyby o to Stany Zjednoczone. 84,7% badanych odpowiedziało „nie”, 11% było za, a 4,4% nie miało zdania. Natomiast w sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 27-29 marca 2026 r., zadano pytanie: „Czy uważasz Stany Zjednoczone za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski?”. Z tą opinią zgodziło się 40,6% Polaków (9,4% było o tym zdecydowanie przekonanych). Przeciwnego zdania było 54,5% badanych. 4,9% respondentów nie miało zaś w tej sprawie opinii. Co interesujące, w grupie wyborców koalicji rządzącej aż 77% respondentów nie ufa USA. Zupełnie inne stanowisko zajmują wyborcy PiS. Aż 87% uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera. W przypadku sympatyków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 58% nie widzi w USA stabilnego gwaranta bezpieczeństwa, przeciwnego zdania jest 42% respondentów. „Ludzie Prawa i Sprawiedliwości oraz Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie. Nie pozwolę na to. Przydałby się wam, nie tylko dziś, kubeł zimnej wody na głowę”, napisał w lany poniedziałek Donald Tusk. No i internet się zapalił: czy Tusk nie przesadził, czy znów jedzie kijem po klatce z lwem, czy też coś jest na rzeczy. Tusk nie przesadził. Mamy partię wojny. PiS i ośrodek prezydenta Nawrockiego uciekają od tego określenia, wołają, że to nie oni, ale fakty są nieubłagane. PiS i Nawrocki byli gotowi wciągnąć Polskę w wojnę z Iranem. I o tym mówili. Najgłośniej mówił Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, który w niedzielę wielkanocną zachęcał do pomocy Ameryce. Przekonywał w Polsat News, że europejscy sojusznicy z NATO powinni wesprzeć Stany Zjednoczone. Między innymi poprzez ewentualny udział w misji odblokowania zamkniętej przez Iran cieśniny Ormuz. Zdaniem Przydacza część sojuszników zachodnich, „zwłaszcza tych, którzy mają odpowiednią flotę i odpowiedni sprzęt”, powinna „w ramach jakiejś działalności koalicyjnej wesprzeć Amerykanów”, z jednej strony w imię własnego interesu – w tym obniżenia cen energii – z drugiej w imię euroatlantyckiej solidarności. „Ja do tego ich bardzo mocno namawiam”, podkreślał. A to, że atak na Iran był autorskim pomysłem Trumpa i Netanjahu i sojusznicy o tym nie zostali poinformowani? Że Trump raz nawoływał Europę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe

Felietony Przeglądu

Wywiady Przeglądu

Klasyka Przeglądu

Kraj

Członkowie olsztyńskich Pokoleń wolą mówić o umiejętnościach, które wykorzystali w nowych czasach Nie wszyscy chcą dziś chwalić się tamtą działalnością, bo to ani modne, ani korzystne z punktu widzenia politycznego. Nie walczyli z komuną, nie byli dysydentami, nie wkładali kija w szprychy, a chociaż czasami krytycznie oceniali rzeczywistość, wierzyli, że pracują dla Polski. Co ciekawe, wielu potrafiło przystosować się do realiów gospodarki kapitalistycznej. Generacja młodzieży aktywnej – Świetnie sobie poradziłem głównie dzięki temu, że w organizacji młodzieżowej zdobyłem doświadczenie w kontaktach międzyludzkich. Dzisiaj widzę, że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a to podstawowa umiejętność nie tylko w zarządzaniu – podkreśla Stanisław Ciostek, w latach 1982-1984 przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego ZSMP, aktualnie właściciel rodzinnej firmy handlującej stalą. Pochodzi ze wsi, spod Mławy, skąd wyszedł w świat i trafił do technikum mechanicznego, potem do Olsztyna, gdzie studiował geodezję na Akademii Rolniczo-Technicznej. I gdzie spotkał Jana Hoffmana, charyzmatycznego działacza Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Hoffman był dla wielu studentów wzorem i wciągał ich do roboty w ruchu młodzieżowym. Tak było również ze Staszkiem, który jak cień szedł za Jankiem, choć ten drugi niebawem wspiął się na organizacyjne wyżyny, trafiając do stolicy jako wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZSMP. Stamtąd z kolei – na stanowisko naczelnika Szczytna, wówczas odpowiednik burmistrza (zmarł w 1987 r. po odwołaniu z funkcji na skutek wątpliwych zarzutów). Tymczasem Stanisław Ciostek po studiach wrócił w rodzinne strony, przez rok uczył w szkole, później działał w strukturach związku, by w 1984 r. zostać dyrektorem państwowego jeszcze Centrostalu. Choć miał zawód podwójny, mechanika i geodety, sztuki handlu stalą musiał się uczyć od podstaw. Jeździł więc do Huty Sendzimira w Krakowie i Huty Katowice, poznawał tajniki branży, by nie być malowanym szefem firmy. Jego kariera zawodowa skończyła się wraz z transformacją ustrojową, kiedy podwładni zarzucili mu, że za dużo od nich wymagał! Wykorzystał jednak swoje doświadczenie i wraz z żoną założył firmę handlującą metalami. Handlem zajmuje się nadal – w wieku 75 lat. Poza tym spotyka się z przyjaciółmi działającymi dziś w Stowarzyszeniu Miłośników Historii Organizacji Młodzieżowych Pokolenia w Olsztynie. Na dystans i w zbliżeniu Do niedawna przewodniczącym tego stowarzyszenia na Warmii i Mazurach był Jerzy Jabłoński, już 87-letni, ale nadal postawny, co z pewnością jest pokłosiem noszenia munduru w Wojsku Polskim, nazywanym też Ludowym. Jerzy Jabłoński urodził się tuż przed wybuchem II wojny światowej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ochronka prawników PiS

Ochronka prawników PiS

Upolitycznieni sędziowie i prokuratorzy działający pod dyktando PiS są bezkarni Sędzia Jakub Iwaniec powinien siedzieć na ławie oskarżonych za liczne przestępstwa, których się dopuścił, ale – jak ustaliła „Gazeta Wyborcza” – wrócił do orzekania w VIII Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. W referacie Iwańca do rozpatrzenia jest 250 spraw, w tym kilka dotyczy pijanych kierowców. Tak więc pisowski sędzia, któremu prokuratura chce postawić zarzut prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości (za co grożą nawet trzy lata więzienia), będzie orzekał w imieniu Rzeczypospolitej o winie innych pijaków za kierownicą. Czegoś takiego nie wymyśliłby nawet mistrz satyry Stanisław Bareja! Pijaństwo, hejt i matactwa Przypomnijmy: według ustaleń prokuratury 11 października 2025 r. Jakub Iwaniec (mając jakieś 2 promile w wydychanym powietrzu) stracił panowanie nad samochodem i uderzył w drzewo. Do wypadku doszło w pobliżu jego domu, prawnikowi nic się nie stało, wycofał samochód na drogę i zaparkował na swojej posesji. Świadkami zdarzenia były dwie kobiety, krewne jego sąsiadki, które o mało nie zostały potrącone. Iwaniec feralnego dnia był na pijackiej imprezie z kolegami. Do domu został odwieziony przez znajomych, ale po jakimś czasie zgłodniał, wsiadł do auta i pojechał do pizzerii. Obsługa lokalu i klienci zeznali, że pan sędzia był mocno wstawiony – chwiał się na nogach i bełkotał. Chciał zamówić piwo, ale mu odmówiono. Prokuratura zebrała solidny materiał dowodowy, m.in. zeznania kilkunastu świadków, protokoły oględzin auta i miejsca zdarzenia, ekspertyzę toksykologiczną i opinie biegłych. 27 października 2025 r. do Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego skierowano wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi. Bez tego nie można postawić zarzutów i skierować aktu oskarżenia do sądu. Sprawa miała zostać rozpoznana dopiero 24 marca br., ale decyzją neosędzi Marii Szczepaniec spadła z wokandy. Kolejny termin wyznaczono na maj. Wcześniej, w czerwcu 2024 r., prokuratura złożyła do IOZ wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi za znieważenie Waldemara Żurka, wówczas sędziego Sądu Okręgowego w Krakowie. Chodzi o wpisy na twitterowym koncie FigoFago, gdzie opisywano Żurka jako „złodzieja”, „gościa bez honoru”, „osła Temidy” i „oszusta podatkowego”. Sprawa jest odpryskiem afery hejterskiej, ale neosędzia Marek Motuk uznał, że prokuratorzy nie udowodnili, że to Iwaniec szkalował Żurka. Mało tego! Motuk stwierdził, że mogło nie dojść do pomówienia Żurka, a prokuratura powinna sprawdzić, czy nienawistne wpisy zawierają prawdę (sic!). Niemal dwa lata na rozpatrzenie w IOZ czeka wniosek o uchylenie immunitetu Iwańcowi w sprawie afery hejterskiej. Współpracownik Zbigniewa Ziobry miał działać wspólnie z innymi propisowskimi prawnikami w zorganizowanej grupie przestępczej, której celem było szkalowanie (głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych i portali internetowych) sędziów sprzeciwiających się upolitycznieniu wymiaru sprawiedliwości. W ten sposób chciano nie tylko skompromitować niewygodnych sędziów,

  13 kwietnia, 2026
Miliardy za błędy

Miliardy za błędy

Jak Polska przegrywa arbitraże z zagranicznymi inwestorami Na początku kwietnia br. sąd w Brukseli wydał nieprawomocny wyrok w sprawie z powództwa spółki Pfizer Export przeciw Rzeczypospolitej Polskiej i przyznał amerykańskiemu koncernowi ok. 5,6 mld zł. Zobowiązał także Polskę do odbioru ok. 64 mln dawek szczepionki przeciw COVID-19, które i tak muszą zostać zniszczone. Premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański na specjalnie zwołanych konferencjach prasowych poddali surowej krytyce swoich poprzedników, którzy do takiej sytuacji doprowadzili. Przyczyną sporu z Pfizerem była decyzja rządu Mateusza Morawieckiego z 2022 r. o odmowie odbioru i zapłaty za szczepionki. W uzasadnieniu powołano się na siłę wyższą, czyli wojnę w Ukrainie, gwałtowny spadek zakażeń w kraju oraz posiadanie znacznego zapasu szczepionek. W ówczesnej ocenie polskiego rządu odebranie kolejnych i zapłacenie za nie byłoby niecelowe i finansowo nieuzasadnione. Zobowiązania Polski w tej kwestii wynikały z umowy, jaką Komisja Europejska w imieniu państw członkowskich UE zawarła z koncernem. Negocjacje prowadzone były bezpośrednio przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen i prezesa Pfizera Alberta Bourlę. Jak się potem okazało, wymieniali się oni SMS-ami i w prywatnych rozmowach telefonicznych uzgadniali szczegóły kontraktu wartego dziesiątki miliardów. Opisująca sprawę dziennikarka „New York Timesa” Matina Stevis-Gridneff, powołując się na unijne przepisy o dostępie do dokumentów, zażądała wglądu w treść owych SMS-ów. Komisja Europejska odmówiła, twierdząc, że takich wiadomości nie da się odnaleźć lub nie są one dokumentami w rozumieniu prawa. Niezrażona tym redakcja amerykańskiego dziennika poszła do sądu Unii Europejskiej, który 14 maja 2025 r. orzekł, że Komisja złamała unijne zasady przejrzystości, bezprawnie odmawiając dostępu do wspomnianej korespondencji oraz nie dopełniając obowiązku starannej archiwizacji dokumentacji dotyczącej sprawy. W wyroku wskazano winę Komisji Europejskiej – politycznie reprezentowanej przez Ursulę von der Leyen – lecz nie przesądzono o konsekwencjach karnych. PiS w relacjach z Brukselą i Waszyngtonem było nieudolne, a obecna ekipa rządząca… słynie z poddaństwa wobec Komisji Europejskiej. Jeśli zatem wyrok się utrzyma, będziemy musieli zapłacić Amerykanom równowartość prawie 6 mld zł, odebrać szczepionki i na własny koszt je zutylizować. Nie po raz pierwszy okazało się, że nie radzimy sobie w sporach toczących się przed międzynarodowymi sądami arbitrażowymi. Pytanie dlaczego. Holenderska lekcja Gdy w pierwszej połowie lat 90. XX w. Polska masowo podpisywała z państwami zachodnimi umowy o ochronie inwestycji (tzw. BIT – Bilateral Investment Treaties), nikt nie liczył, ile może to nas kosztować. Najważniejsze było przyciągnięcie kapitału. Umowy dwustronne miały świadczyć o tym, że jesteśmy otwarci na biznes, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  13 kwietnia, 2026
Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe

Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe

Polacy a Ameryka Trumpa W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z marca 2026 r. zapytano, czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosiłyby o to Stany Zjednoczone. 84,7% badanych odpowiedziało „nie”, 11% było za, a 4,4% nie miało zdania. Natomiast w sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 27-29 marca 2026 r., zadano pytanie: „Czy uważasz Stany Zjednoczone za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski?”. Z tą opinią zgodziło się 40,6% Polaków (9,4% było o tym zdecydowanie przekonanych). Przeciwnego zdania było 54,5% badanych. 4,9% respondentów nie miało zaś w tej sprawie opinii. Co interesujące, w grupie wyborców koalicji rządzącej aż 77% respondentów nie ufa USA. Zupełnie inne stanowisko zajmują wyborcy PiS. Aż 87% uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera. W przypadku sympatyków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 58% nie widzi w USA stabilnego gwaranta bezpieczeństwa, przeciwnego zdania jest 42% respondentów. „Ludzie Prawa i Sprawiedliwości oraz Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie. Nie pozwolę na to. Przydałby się wam, nie tylko dziś, kubeł zimnej wody na głowę”, napisał w lany poniedziałek Donald Tusk. No i internet się zapalił: czy Tusk nie przesadził, czy znów jedzie kijem po klatce z lwem, czy też coś jest na rzeczy. Tusk nie przesadził. Mamy partię wojny. PiS i ośrodek prezydenta Nawrockiego uciekają od tego określenia, wołają, że to nie oni, ale fakty są nieubłagane. PiS i Nawrocki byli gotowi wciągnąć Polskę w wojnę z Iranem. I o tym mówili. Najgłośniej mówił Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, który w niedzielę wielkanocną zachęcał do pomocy Ameryce. Przekonywał w Polsat News, że europejscy sojusznicy z NATO powinni wesprzeć Stany Zjednoczone. Między innymi poprzez ewentualny udział w misji odblokowania zamkniętej przez Iran cieśniny Ormuz. Zdaniem Przydacza część sojuszników zachodnich, „zwłaszcza tych, którzy mają odpowiednią flotę i odpowiedni sprzęt”, powinna „w ramach jakiejś działalności koalicyjnej wesprzeć Amerykanów”, z jednej strony w imię własnego interesu – w tym obniżenia cen energii – z drugiej w imię euroatlantyckiej solidarności. „Ja do tego ich bardzo mocno namawiam”, podkreślał. A to, że atak na Iran był autorskim pomysłem Trumpa i Netanjahu i sojusznicy o tym nie zostali poinformowani? Że Trump raz nawoływał Europę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

  13 kwietnia, 2026
Wielkanoc pod presją rachunków

Wielkanoc pod presją rachunków

Polacy w święta wydali na jedzenie mniej, ale musieli polować na promocje „Na Wielkanoc czekam na wojenkę cenową – bardziej niż na same święta. Jak nie będzie mocnych promocji w dyskontach, to stół będzie dużo skromniejszy”, napisał w mediach społecznościowych jeden z internautów. Inny przyznał: „70% ludzi liczy, że sklepy »pozabijają« się o klienta przed świętami – ja też. Bez tego nie ma szans zmieścić się w normalnym budżecie”. Ich nadzieje w tym roku się spełniły. Udało się przygotować wielkanocne śniadanie „po taniości”. Jeśli korzystaliśmy z aplikacji popularnych sieci supermarketów, przy odrobinie szczęścia mogliśmy kupić sześć kostek masła za jedyne 11,94 zł (kostka masła Mleczna Dolina kosztowała w promocji 1,99 zł). Do tego pół kilograma białej kiełbasy Skiba za 5,99 zł. Opłacało się brać dwa opakowania – wtedy kilogram wychodził po 11,98 zł. Schab lub szynkę bez kości można było dostać za 6,99 zł za kilogram. By zaoszczędzić, trzeba było brać 2 kg. 10 kg cukru można było trafić za 15 zł! A 2 kg twarogu sernikowego w wiaderkach – za 9,79 zł. Jajka, majonezy, chrzan, napoje itp. to były względnie tanie drobiazgi. Czteroosobowa rodzina mogła wydać na świąteczny stół ok. 200-300 zł. Ale był to wariant oszczędnościowy. Rodziny bardziej zamożne mogły sobie pozwolić na więcej. Około 5-6% badanych deklarowało, że ich świąteczny budżet przekroczył 1,5 tys. zł, więc biesiadowali „na bogato”. Handlowcy zauważyli, że wielu rodaków ruszyło na świąteczne zakupy w ostatniej chwili, tuż przed niedzielą wielkanocną. Z badań wynikało, że zamierzało tak zrobić 29,6% ankietowanych. To dowód, że konsumenci wiedzą, kiedy mogą się spodziewać najlepszych ofert, a na półkach pojawią się świeże świąteczne produkty. Drożej czy taniej? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Wielkanoc w 2026 r. kosztowała nas więcej niż w poprzednich latach. Choć jest to święto religijne, dla większości rodaków to także poważny test domowych budżetów. Dlatego niska cena produktów ma kluczowe znaczenie. Według tegorocznego raportu Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych „koszyk wielkanocny” okazał się średnio o 12,8% droższy niż w roku ubiegłym. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie wzrost ceny gorzkiej czekolady – aż o 80-85% w porównaniu z rokiem 2025. Przełożyło się to na wzrost cen innych słodyczy. Stało się tak z powodu suszy, chorób drzew kakaowca oraz anomalii pogodowych, które w latach 2023-2024 dotknęły część krajów Afryki Zachodniej. Zbiory spadły tam o 30-40%. W efekcie cena tony kakao z 3 tys. dol. podskoczyła do 12 tys. dol.! Przy okazji klienci, nie tylko nad Wisłą, zderzyli się ze „shrinkflacją”, polegającą na tym, że za mniejszą tabliczkę czekolady przyszło płacić więcej. Trafnie zauważył to pewien internauta w mediach społecznościowych: „Najbardziej wkurza mnie, że wszystko wygląda tak samo, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 kwietnia, 2026
Party crashing w Radzyminie

Party crashing w Radzyminie

Chcieli być postrachem jak w amerykańskim filmie „Szybcy i wściekli” W Komisariacie Policji w Radzyminie składają zawiadomienie bracia B., że napadli na nich 33-letni Zenon S. i starszy od niego o trzy lata Marian. Ofiary dobrze znają sprawców. Podczas przesłuchania Kamil B. dyktuje szczegółowo do protokołu, co się zdarzyło: – Muszę zacząć od tego, że jestem z żoną w separacji. Odeszła do innego mężczyzny, potem wróciła. Przed wakacjami 2023 zorientowałem się, że ma romans z moim kolegą Marianem S. Wyprowadziłem się z domu, w moim życiu pojawiła się inna kobieta. 15 lipca pod sklepem w Radzyminie spotkałem Mariana i powiedziałem, co o nim myślę. Ostrzegłem go, że o wszystkim zawiadomię jego dziewczynę. On się odgrażał, że mnie zajebie. Pod nasz dom przyjechał ze swoim kumplem. Mój brat Przemysław dostał gazem i metalową rurą. Kiedy przypadkowo w pobliżu pojawił się radiowóz, uciekli, ale po jakichś 500 m zgasło im auto. Porzucili je, więc mieliśmy okazję zajrzeć do wnętrza wozu – leżały tam dwie kabury na broń. Wkrótce potem nadjechały trzy samochody na ukraińskich blachach, niewątpliwie ściągnięte przez braci S. na pomoc w napaści. Nie mogłem zrozumieć, skąd taka agresja, i tydzień później dzwoniłem ze dwa razy do Mariana, żeby się wytłumaczył, ale on nie odbierał telefonu. To mnie pobili Marian S., wezwany na komisariat jako podejrzany o napaść, przedstawia konflikt z braćmi B. zupełnie inaczej: 15 lipca 2023 r. jechał z byłą żoną Kamila jej samochodem marki Citroën do centrum Radzymina. Nie łączy ich żaden romans, są dobrymi znajomymi, właściwie przyjaciółmi. W pewnej chwili na ulicy pojawił się Jeep braci B. prowadzony w taki sposób, aby ich staranować. – Musieliśmy się zatrzymać, tamci piraci zrobili to samo – zeznaje Marian S. – Kiedy otworzyłem w samochodzie okno, Kamil uderzył mnie w twarz, a Przemek walił kijem bejsbolowym w przednią szybę. Towarzysząca mi kobieta krzyknęła: „Uciekajmy!”. Zdołała uruchomić silnik i odjechaliśmy. Odwiozła mnie do domu. W protokole zapisano, że po 20 minutach Kamil zadzwonił do Mariana S. z propozycją ugodowego spotkania: „Przyjedź, nie będziemy się gonić po mieście, porozmawiamy jak starzy znajomi, możesz wziąć na świadka jakiegoś swojego kolegę”. – Pomyślałem – relacjonuje przesłuchiwany – że to dobra propozycja. Do towarzystwa poprosiłem kolegę Dominika. Pod dom rodziny B. pojechaliśmy pożyczonym samochodem, nie wzięliśmy gazu ani innej broni. Ledwo wysiedli z wozu, doskoczyli do nich Kamil i Przemysław z kijami bejsbolowymi i metalowymi rurami. Okładali Mariana S. ile sił. – Wsadzę ci „rozgrzaną lokówkę w d… będę patrzył, jak się smażysz!”, wykrzykiwał Przemysław. Kiedy ofiary leżały na ziemi, bracia B. wsiedli do samochodu, którym S. przyjechał, i przed jego domem staranowali dwa wozy. Na widok przypadkowo przejeżdżającego radiowozu porzucili zawłaszczony wóz i uciekli. – Bałem się ponownego pobicia – zeznaje Marian S. – Do domu wracałem ukradkiem, polami. Postępowanie w sprawie pobicia zostaje umorzone. Trzy miesiące później, w październiku 2023 r., kobieta mieszkająca obok działki, na której buduje się Marian S., informuje go, że nad ranem kamera na jej podwórku zarejestrowała uciekającego mężczyznę, który usiłował mu podpalić nieruchomość. Niedoszły pogorzelec po obejrzeniu filmu upewnia się, że spłoszony podpalacz to Przemysław B. Są duże zniszczenia na placu budowy: z ogrodzenia zostały zdjęte panele, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 kwietnia, 2026

Świat

„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą,

Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa

Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa

Dzisiaj najbardziej strategicznym produktem na świecie jest słodka woda Rosnące ceny na stacjach paliw spędzają sen z powiek milionom. Niepokoi przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie, w wyniku której niszczone są rafinerie i tankowce, a perspektywa braków w dostawach ropy nie pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Jednak to nie ropa jest dziś najbardziej strategicznym produktem na świecie, lecz woda. Przede wszystkim pitna, ale i ta wykorzystywana do celów gospodarczych. Jej brak może doprowadzić do potężnych turbulencji polityczno-ekonomicznych, znacznie większych niż braki paliwa. Obecnie odsalanie wody morskiej stanowi najważniejsze źródło wody pitnej dla ponad 300 mln ludzi na świecie. Ogromna większość zamieszkuje obszary, które po 28 lutego 2026 r., po agresji Izraela i USA na Iran, stały się celem ataków odwetowych ze strony Teheranu. Są to przede wszystkim Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Izrael. Długa tradycja odsalania Wody mamy dużo. Niestety, głównie tej pochodzącej z oceanów i mórz. 97,5% całkowitej ilości wody na Ziemi stanowią zasoby morskie. Pozostała, niewielka część to rezerwy wody słodkiej. I z roku na rok mamy jej coraz mniej. Historia odsalania wody morskiej sięga czasów jeszcze sprzed naszej ery. Już wtedy mieszkańcy wybrzeża Morza Śródziemnego pozyskiwali wodę pitną w ten sposób. Pierwsza odsalarnia podobna na swój sposób do dzisiejszych powstała na małej wyspie u wybrzeży Tunezji w roku 1560. Z kolei pierwsze patenty na odsalanie wody morskiej metodą destylacji zostały przyznane w Anglii w latach 1675-1683. W XIX w. wiele krajów osiągało już spore sukcesy w procesie odsalania wody morskiej. W tym gronie znalazło się Chile (mające ponad 6,4 tys. km linii brzegowej), gdzie w 1872 r. szwedzki inżynier Charles Wilson opracował pierwszą na świecie instalację odsalania zasilaną energią słoneczną i produkującą 20-25 m sześc. słodkiej wody dziennie. W 1892 r. do państw zamieniających wodę słoną w słodką dołączyła Rosja. Uruchomiono tam pierwszy zakład odsalania oparty na zasadzie wielostopniowego odparowywania wody. W czasie II wojny światowej odsalanie wody było intensywnie rozwijane – głównie metodą destylacji. W latach 50. i 60. eksploatacja ropy na Bliskim Wschodzie wywołała lokalny bum, w ramach którego powstały nowe odsalarnie wody morskiej. Po roku 1958 odsalaniem wody morskiej zajęły się Chiny – kraj, którego coraz większe obszary mierzyły się z deficytem wody. Od tej pory powstaje tam coraz więcej nowoczesnych odsalarni, o coraz większej wydajności, ale chiński rynek odsalania wody jest nadal w fazie rozwoju. Odsalarnie wymagają stałej obecności wyspecjalizowanych fachowców, którzy zajmują się zarówno obsługą, jak i bieżącymi naprawami instalacji. O tym, jak są ważni, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, jeszcze zanim powstała Wielka Sztuczna Rzeka dostarczająca wodę pitną z podziemnych warstw wodonośnych na Saharze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  13 kwietnia, 2026
Świat zakładnikiem Netanjahu

Świat zakładnikiem Netanjahu

Skutecznie przekonał Izraelczyków o ich wyjątkowości Agresywna polityka zagraniczna Beniamina Netanjahu okazuje się kosztowna dla społeczności żydowskich w Europie i USA. Coraz częściej obok wyrazów poparcia dla Palestyńczyków i solidarności z mieszkańcami bombardowanej Strefy Gazy obserwujemy incydenty antysemickie. W dyskusjach internetowych, nawet w Polsce, nietrudno o komentarze, których autorzy sugerują, że „Hitler miał rację”, lub doszukują się odpowiedzialności wszystkich Żydów za działania Izraela. Poza internetem dochodzi do realnych aktów przemocy. W metropolii Toronto w marcu w ciągu kilku dni ostrzelano trzy synagogi. 10 marca francuska policja aresztowała dwóch braci, mających obywatelstwo włoskie i marokańskie, pod zarzutem planowania „morderczego i antysemickiego” ataku, a 23 marca w Londynie podpalono cztery karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzola. Rzeczywistość społeczności żydowskich to dziś przede wszystkim funkcjonowanie w lęku. Według UNESCO 61% nauczycieli w Unii Europejskiej styka się w swoich klasach z kłamstwem oświęcimskim, a co 10. nauczyciel ma z nim do czynienia często. Nawet w europejskiej polityce antysemityzm jest już narzędziem wykorzystywanym wprost. Pomijając błazenady Grzegorza Brauna, jego partia Konfederacja Korony Polskiej protestowała przeciwko Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030, nazywając ją „żydowskim faszyzmem” i przekonując, że antysemityzm to „rdzeń programu supremacji” wprowadzanego przez diasporę żydowską. Izraelczycy dumni z wojny Paliwem dla antysemickich postaw i retoryki jest trwająca nieprzerwanie od dwóch i pół roku intensywna wojna prowadzona przez Izrael na kilku frontach. Jej najnowszą odsłoną jest agresja na Iran i Liban. Wojna w Iranie chwilowo zwolniła, gdy Trump triumfalnie ogłosił zawieszenie broni (choć kilka godzin wcześniej groził zniszczeniem całej cywilizacji w Iranie). Teheran odebrał to pozytywnie, bo przedstawiony przez Trumpa 10-punktowy plan zawieszenia broni w istocie jest zwycięstwem Irańczyków i odpowiada ich potrzebom: od gwarancji zakończenia działań zbrojnych, przez obietnice wnoszenia opłat w wysokości 2 mln dol. od statku przeprawiającego się przez cieśninę Ormuz, aż po zdjęcie sankcji. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt zaznaczyła jednak, że ten plan stanowi jedynie podstawę do negocjacji. Izraelczycy są niezadowoleni z tego, że Trump zdecydował się na zawieszenie broni. W ich oczach to zdrada. Powszechne poparcie obywateli dla agresywnych wojen i głębokie przekonanie, że wszelkie działania ich żołnierzy są uzasadnione, to pokłosie lat wykorzystywania przez Netanjahu wojennej retoryki. A izraelski premier potrafi skutecznie przekonywać rodaków, że funkcjonują w oblężonej twierdzy, którą tylko on jest w stanie obronić. Wielki Brat za oceanem Do realizacji celów w Libanie i w Iranie kluczowe dla Netanjahu jest partnerstwo z Donaldem Trumpem. Lecz osobista sympatia polityków nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie, jak Izraelowi udało się wciągnąć Waszyngton w wojnę, której skutki odczuwa cały świat. Odpowiedzią nie są też popularne w internecie spekulacje dotyczące haków, jakie na Trumpa miał zbierać Mosad za pośrednictwem finansisty pedofila Jeffreya Epsteina. Ten ostatni przez lata utrzymywał bliskie relacje z amerykańskim prezydentem, a jednocześnie finansował izraelskie organizacje, w tym wspierające żydowskie osadnictwo na terytoriach okupowanych. Netanjahu długo budował relacje z wieloma kluczowymi postaciami z bliskiego otoczenia Trumpa. Przyjaźnił się z Charlesem Kushnerem, ojcem Jareda Kushnera, męża najstarszej córki Donalda Trumpa – Ivanki. Charles, prawnik, biznesmen i filantrop wspierający hojnie kampanie prezydenckie Trumpa, został przez Netanjahu w 2007 r. umieszczony na liście, która wyciekła do mediów, a zawierała nazwiska potencjalnych darczyńców. Według Jewish Telegraphic Agency Jared jeszcze jako nastolatek miał użyczyć Netanjahu swojej sypialni, gdy ten zatrzymał się w domu Kushnerów. Być może właśnie ta bliskość sprawiła, że Trump powierzył zięciowi przewodniczenie zespołowi, który w 2020 r. ogłosił plan pokojowy w celu zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego,

  13 kwietnia, 2026
Gdy piasek zniknie z plaż

Gdy piasek zniknie z plaż

Nielegalnym wydobyciem surowca zajmują się gangi i mafie As-Suwajra, miasto w Maroku, ma kilkaset lat. Wiatr znad Atlantyku niesie sól, a po szerokiej plaży spacerują turyści. Ktoś wsiada na wielbłąda, ktoś robi zdjęcia falom. Z daleka wszystko wygląda jak pocztówka. Po zmroku plaża pustoszeje. Znikają przewodnicy i sprzedawcy herbaty. Nocą, jak mówią mieszkańcy, przyjeżdżają ciężarówki. Wjeżdżają na wydmy. Piasek ładowany jest łopatami i koparkami. Nie pojedyncze worki – całe wywrotki. Nad ranem samochody odjeżdżają. Podobne sceny mieszkańcy nagrywali w okolicach Tangeru. W podmiejskim Lesie Dyplomatycznym ciężarówki ładowały piasek w biały dzień. Publikowane w mediach społecznościowych filmy wywołały oburzenie. Przez kilka dni mówiła o nich prasa. Potem zniknęły z nagłówków. Piasek trafia na budowy. W kraju, który szybko się urbanizuje, to surowiec cenniejszy, niż mogłoby się wydawać. Potrzeba go do betonu, z którego rosną nowe osiedla i hotele. Pustynny piasek się nie nadaje – jest zbyt gładki, beton wiąże ten z plaży, ciężki i szorstki. W Maroku mówi się o mafii piaskowej – o siatkach, które wiedzą, gdzie wydobywać piasek i komu go sprzedać. Oficjalnie problem jest pod kontrolą. Plaże jednak stają się coraz węższe. Na północnym wybrzeżu niektóre już przestały istnieć. Linia brzegowa z roku na rok się cofa. Proceder poważnie zagraża równowadze ekologicznej, degraduje też roślinność, naturalną barierę chroniącą wybrzeża przed erozją. Piasek się kończy Świadkiem takiego nielegalnego wydobycia był Abdelkader Abderrahmane, międzynarodowy śledczy ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem (ISS), afrykańskiej organizacji badawczo-doradczej. Nigdy nie myślał o piasku. Przez lata podróżował po Mali, badając handel narkotykami, kiedy jedno jego źródło zwróciło mu uwagę na fakt, że większość marihuany w Mali pochodzi z Maroka, gdzie „kwitnie też handel piaskiem”. Początkowo nie uwierzył. „Myślę, że kiedy mówi się o handlu piaskiem, większość ludzi by nie uwierzyła – ja również. Teraz wierzę”, mówi mediom. Jego zaskoczenie wynikało przede wszystkim z widoku zniszczonej przyrody, a także z bezczelności kierowców ciężarówek. „Nie można nielegalnie wydobywać piasku w biały dzień, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 kwietnia, 2026
Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć

Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć

Stracił rząd dusz, ale zabetonował system Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech. Wykładowca w Centrum Europejskim UW oraz jego były dyrektor. Czy na Węgrach robią wrażenie te taśmowe wizyty zagranicznych polityków? Ich głosy poparcia dla Orbána? – Kiedyś robiły, ale już nie robią. Viktor Orbán stracił rząd dusz. Mówię o tym od września. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej, rosnące poparcie dla opozycyjnej partii Tisza, potwierdzają ostatnie wiece. Równocześnie nie mam złudzeń: Viktor Orbán tak mocno zabetonował system, że nawet gdyby Tisza wygrała, wcale nie musi rządzić skutecznie, bo będzie miała rzucane kłody pod nogi. Widzimy, jak to jest w Polsce, a tam opór byłby dużo większy. Cesarz z Hatvanpuszty Dlaczego Orbán stracił rząd dusz? Co się stało? – 16 lat, non stop, rządzi! I to konstytucyjną większością! Więc? – Obiecywał Eldorado, że Węgry będą kwitnące, MAGA w wersji węgierskiej, i nie dowiózł. Węgry są od dwóch lat na granicy recesji i dzierżą dwa rekordy europejskie. Pierwszy: mają największą inflację, w tym na towary żywnościowe, a tam VAT wynosi 27%, jest najwyższy w Europie. Drugi: mają największą korupcję. Lider Tiszy, Péter Magyar, dotarł do Węgrów z tymi informacjami, pokazał im skalę korupcji. Pojawił się na scenie publicznej dwa lata temu i w ciągu pół roku z jego inicjatywy powstał film „Dynastia”. Każdy może go obejrzeć. Jest poświęcony najstarszej córce Orbána, Ráhel, i jej mężowi Istvánowi Tiborczowi, który ma 40 lat i jest jednym z najbogatszych Węgrów. W 2025 r. jego majątek szacowany był na 151,5 mld forintów, ok. 1,6 mld zł. – Wszystkie największe hotele w Budapeszcie do niego należą, łącznie ze słynnym Hotelem Gellért. To wszystko jest jego własnością. Ten film w 9,5-milionowych Węgrzech ma ponad 4,5 mln wejść. Czyli nikt nie może powiedzieć, że nie wie, o co chodzi. Na początku tego roku pokazano inny film. Jego tytuł to „Csapda”, czyli pułapka, poświęcony szefowi banku centralnego, a tak naprawdę głównemu doradcy gospodarczemu Orbána – Györgyowi Matolcsyemu. Jego syn Ádám z kolegami ze szkoły średniej, bo nawet studiów nie pokończyli, przekręcili 400 mld forintów. To 4 mld polskich złotych, ponad 1 mld dol. Przekręcili i uciekli do Dubaju, tam sobie pokupowali apartamenty. Ten film miał już 1,5 mln wejść. Te filmy odniosły efekt? – W czasie ostatniego święta narodowego 15 marca były dwa wiece. Jeden rządowy – Viktora Orbána, drugi Tiszy – Pétera Magyara. Oba obejrzałem. Magyar zdefiniował premiera jako „Cesarza z Hatvanpuszty”. Hatvanpusztai császár… – Chodzi o stary park na pograniczu Alcsútdoboz, wsi, w której Orbán się urodził. W tym parku stał stary, zrujnowany przez realny socjalizm pałac po Habsburgach. Orbán odnowił go, mocno rozbudował, pobudował stajnie, wypuścił zebry, o czym było głośno. Do tego dodał baseny, jest biblioteka jak watykańska, z freskami na suficie. Ta własność należy niby do ojca Orbána, Győzö, który jeszcze żyje, ale każdy wie, że to własność Klanu i premiera. Z kolei najbogatszym Węgrem jest Lőrinc Mészáros, były inkasent gazowy, a potem sołtys rodzinnej wsi Orbána, Felcsút, położonej kilka kilometrów od Hatvanpuszty. Mówią o nim, że to słup Orbána. Jak Węgrzy zestawią swoją siermiężną codzienność, bo kraj od lat balansuje na granicy recesji, z ostentacją rodziny Orbána, oligarchami i niesamowitym korupcjogennym systemem, to mamy wyjaśnienie, dlaczego Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć. W efekcie wystąpienie Orbána 15 marca br. polegało na tym, że najczęściej używanym terminem w czasie 20-minutowej przemowy było háború – wojna. A wrogiem nie był Magyar, mówca w ogóle go nie wymienił, natomiast wrogami byli kolejno: Kijów, Zełenski, Ukraina, Unia Europejska i Ursula von der Leyen. Putina nie wymienił. – Putin, Rosja – nie ma u niego takich tematów. Wiec Pétera Magyara był trzykrotnie większy. Tłum skandował „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!”, czyli to, co Orbán na tym samym Placu Bohaterów krzyczał w roku 1989. Magyar mocno zaprzeczył głównemu hasłu rządowej propagandy, że Tisza to partia wojny. Mówił: my nie chcemy wojny, my nie jesteśmy partią wojny. Nazwał Orbána zdrajcą, zarzucił mu, że sprzeniewierzył się wszystkim hasłom, które na tym samym placu głosił w 1989 r. Na mównicy, z której Magyar przemawiał, widniało hasło: „Most vagy soha!”, „Teraz albo nigdy!”. To strofy Sándora Petőfiego z 1848 r. Teraz albo nigdy. Albo wygramy, albo Orbán będzie już nam panował dożywotnio. Mnóstwo ludzi chce, żeby był dożywotnio. – System jest tam mocno zabetonowany. Ludzie Orbána są wszędzie, we wszystkich instytucjach. Oni i ich rodziny są beneficjentami obecnego reżimu. Boją się rozliczeń. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, 30-33% głosów Orbán ma pewnych. Ale reszta jest do zdobycia. Kto za Magyarem, kto za Orbánem Właśnie! Kampania wyborcza nie zmieni nastrojów? Orbán ma wszystkie media. – Ale Péter Magyar, jeżdżąc po kraju, to obszedł. Dotarł do ludzi. Orbán popełnił duży r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

  7 kwietnia, 2026
Godot w tropikach

Godot w tropikach

Kubańczycy wiedzą już, że rewolucja ich nie obroni. Zresztą wcale by tego nie chcieli Korespondencja z Hawany – Są ich 2 mln. Siedzą na Florydzie i tylko czekają, żeby tu wrócić. Wielu z nich nie ma pojęcia, jak Kuba wygląda, trudno ich nazwać Kubańczykami. Ale mają swoje romantyczne rodzinne opowieści o raju sprzed rewolucji i taki raj będą chcieli tu sobie zrobić – Nelson nie ma złudzeń. To nie Donald Trump, amerykańskie siły specjalne, nawet nie CIA, stanowią teraz dla jego kraju największe zagrożenie. Od 67 lat władze w Waszyngtonie próbują obalić postrewolucyjny, dawniej komunistyczny, dziś po prostu oligarchiczny, porządek na Kubie. Z wyjątkiem Baracka Obamy i do pewnego stopnia Joego Bidena wszyscy prezydenci USA chcieli zmienić tu reżim: albo metodami siłowymi, jak Kennedy, albo osłabiając kubańskie państwo blokadami gospodarczymi, co było znakiem rozpoznawczym czasów Clintona. Trump jest pierwszym, który jasno daje do zrozumienia, że jest mu obojętne, kto będzie dalej rządził Kubą i jaki zapanuje tu ustrój. Ważne, żeby był to ustrój kierowany przez człowieka mu posłusznego. W ten paradoksalny sposób kontrowersyjny, przemocowy amerykański przywódca może osiągnąć to, co nie udało się jego 11 poprzednikom, i zakończyć panowanie na Kubie weteranów rewolucji 1959 r. Mało tego, jak przytomnie zauważył James Bosworth, analityk zajmujący się Ameryką Łacińską i felietonista portalu World Politics Review, Trump może nawet przekształcić reżim w Hawanie w państwo całkowicie zależne od Stanów Zjednoczonych. I choć na pierwszy rzut oka oznaczałoby to zmianę całkowitą, epokową, rewolucyjną – czasy są takie, że w efekcie na Kubie nie zmieniłoby się nic. Traktory nie zdobędą wiosny Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, że Kuba po 1959 r. utrzymywała się we względnej stabilności wyłącznie dzięki zewnętrznemu wsparciu, nierzadko będącemu wsparciem totalnym. Nie jest przesadą stwierdzenie, że rewolucja braci Castro i Ernesta „Che” Guevary nie utrzymałaby się, gdyby Hawana nie została klientem Związku Radzieckiego. Wszystkie wielkie sukcesy cywilizacyjne – od elektryfikacji i industrializacji po dostęp do edukacji i wykształcenie największej na świecie liczby osób z tytułami naukowymi na 10 tys. mieszkańców – były możliwe dlatego, że Moskwa dostarczała na wyspę ropę naftową, maszyny rolnicze, instruktorów wojskowych. Te ciągniki czy kombajny nadal zresztą na Kubie są, choć coraz rzadziej przyczyniają się do dobrobytu mieszkańców – częściej symbolizują upadek wyspy. Jeżdżąc przez kubański interior, można zobaczyć te pojazdy porzucone na polach, zepsute, pozbawione części zamiennych. Nikt ich już nie produkuje, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  30 marca, 2026

Kultura

AKTUALNOŚCI

Więcej
Aktualne

Znamy program główny XV edycji Cracow Art Week KRAKERS!

Po niedawnym ogłoszeniu Sekcji Laboratorium, organizatorzy Cracow Art Week KRAKERS odsłaniają pełny Program Główny jubileuszowej XV edycji. Wydarzenie potrwa od 23 do 30 kwietnia 2026 roku pod hasłem „Łowcy, zbieracze, praktycy przyszłości”. Ogłoszona właśnie Sekcja Miasto skupia w sobie miejsca uznane w środowisku artystycznym Krakowa: regularnie działające i renomowane galerie, pracownie artystyczne, a także pop-up’y i oddolne inicjatywy. Pełny program jest już dostępny na stronie www.cracowartweek.pl Zanim na dobre wyruszymy w miasto, warto przypomnieć, że uroczystą inauguracją art weeka będzie wernisaż wystawy „NIE-LUDZKIE” w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK. Ekspozycja prac artystki Katarzyny Depty-Garapich otworzy się 23 kwietnia o godzinie 18:00. To opowieść o jedności z naturą jako narzędziu emancypacji, podważająca antropocentryczne spojrzenie na świat. Projekt otrzymał nagrodę specjalną Sekcji Laboratorium, której Mecenasem jest Fundacja Artystyczna Podróż Hestii. Będzie on dostępny dla odwiedzających od wtorku do niedzieli w godzinach 11:00-19:00 w dniach 24 kwietnia - 14 czerwca. Sekcja Miasto to esencja KRAKERSa, wprowadzająca uczestników w krwiobieg lokalnego środowiska twórczego. W tegorocznym, niezwykle bogatym programie znalazło ponad się 60 miejsc. W Art Agenda Nova zobaczymy wystawę „Brikolerzy. Architekci resztek”, skupiającą się na strategii brikolażu, gdzie z ograniczonego zasobu tworzone są nowe, metaforyczne całości. Apteka Janicki Gallery zaprasza na „Człowiek z kamerą - teraz / MetaFILM” - eksperyment tworzony online przez internautów, do którego zaproszono między innymi Wilhelma Sasnala. Przestrzeń MAS - Modular Art Studio zaprezentuje „Tak daleko stąd, tak blisko”: projekt badający dystans między tym, co prywatne i cielesne, a tym, co wspólne i publiczne w mieście. Jak co roku mamy kumulację wydarzeń w dawnym Składzie Solnym pod adresem Na Zjeździe 8. Krzyżują się tam działania wielu środowisk artystycznych: CSW Wiewiórka z wystawą „Pulsujące miejsca” galeria Skład Solny z „Esjotpe” Stanisława Koby oraz cztery niezwykłe pracownie artystyczne. W niezależnej i niekomercyjnej przestrzeni sztuki C u at Sadka, Michael Biber przygotował instalację „Postindustrialne ognisko”, podczas której oświetlenie wystawy powstawać będzie dzięki fizycznemu wysiłkowi widza pedałującego na dynamie. Eksperymentalny kolektyw Bałuckiego 15 przeniesie widza w świat nauki i materii wystawą „Liquidacja”. Galeria OPCJA sprawdzi natomiast, czy codzienne zakupy i fenomen „mystery-boxów” to przejaw współczesnych instynktów łowiecko-zbierackich. Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, czyli współorganizator wydarzenia, przygotował wydarzenia wchodzące w bardzo ciekawy dialog z tegorocznym motywem przewodnim. W budynku dawnego Szpitala Uniwersyteckiego zobaczymy wystawy: „Kolekcje wspomnień”, „Miasto w procesie” oraz plenerowe „Zabiegi na Wesołej”. Tuż obok, w Aptece Designu, powstanie „Izba Pamięci Alternatywnej”. Program UKEN dopełnią: „DECOMPRESSION” w Galerii Podbrzezie , wystawa „DESIGN 1:1” w Muzeum Inżynierii i Techniki oraz „OFF Pokaz 2026” w Kinie Paradox. Projekt Cracow Art Week KRAKERS 2026 współfinansowany jest ze środków Miasta Krakowa. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Jak wpłynie na uczniów zakaz używania telefonów w szkole?

Dr Magdalena Śniegulska, psycholożka, psychoterapeutka, USWPS Odpowiedź na to pytanie to obecnie wróżenie z fusów. Sam ruch oceniam jako swoisty plaster na sumienie, który nie rozwiązuje problemów. W praktyce uczniowie tylko bardziej się kryją z używaniem telefonów. Musimy postawić na partycypację i wspólnie ustalać zasady funkcjonowania szkoły, bo sam zakaz niewiele zmienia. Kluczowa jest edukacja zamiast straszenia. Powinniśmy też zrezygnować z nadużywania słowa uzależnienie – semantyka ma znaczenie. Taki komunikat odbiera młodym poczucie wpływu, sprawia, że mówią: „To wina uzależnienia – nie mogę nic z tym zrobić”. Pamiętajmy, że walka ze smartfonami to nie walka z przyczynami trudności. Telefon to tylko narzędzie, a niepokojące zjawiska, np. przemoc rówieśnicza, istniały mimo braku telefonów. Tymczasem dla wielu uczniów smartfon w szkole to ważne narzędzie, które wspiera w trudnej sytuacji. Dr Maciej Dębski, socjolog, prezes Fundacji Dbam o Mój Z@sięg Wszystko zależy od sposobu wdrożenia zakazu. Badania prowadzone przez fundację pokazują, że bardzo duża część młodych osób w ogóle nie ma problemu z telefonem w szkole. Nieprawdą jest zatem twierdzenie, że urządzenia mobilne wpływają wyłącznie negatywnie na zdrowie psychiczne, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Modelowy trumpista

Cóż by bez niego zrobili Polacy? Zwłaszcza ci kochający Trumpa prawie tak mocno jak Nawrocki. Prawie, bo Batyra w tej miłości nikt nie prześcignie. Choć Piotr Gursztyn („Sieci”) bardzo się stara. Na dwa sposoby. Po pierwsze, tak wychwala globalne zasługi Trumpa, że ambasador Rose dopisał go do listy „Ameryka first, Trump first”. Na czołowe miejsce. A po drugie, Gursztyn rozlicza się z krytykami Trumpa w specyficznym stylu tegoż ambasadora: „antyamerykańska szajba liberalno-lewicowych elit w Polsce”, „antyamerykańskie wzmożenie”, „antyamerykańska fobia” itd. Gursztyn cierpi. Bo na całym świecie tylko Trump nie jest frajerem. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Trochę dyplomacji, dużo polityki

MSZ jest ministerstwem nietypowym, a to dlatego, że w swoje działanie ma wpisaną zmianę. To oczywiste, życie dyplomaty polega na tym, że parę lat pracuje się w centrali, potem parę lat na placówce, potem znów w centrali itd. Nie można więc przyzwyczajać się do stanowiska, bo pełni się daną funkcję może nie chwilowo, ale na pewno nie na zawsze. Owszem, są wyjątki. Agnieszka Wielowieyska zawsze jest dyrektorem jakiegoś departamentu i nie wyjeżdża za granicę. Jest jeszcze inny przykład, z czasów zamierzchłych – Maria Wierna, przed którą pół ministerstwa drżało, była dyrektorem generalnym MSZ w latach 1956-1968. Prawie 12 lat. I tylko minister był od niej ważniejszy, choć nie jest to wcale pewne. A teraz pytanie numer jeden do publiczności: jak długo dyrektorem generalnym będzie Henryka Mościcka-Dendys? Wcześniej była wiceministrem, jednym z sześciu. To pokazuje wagę jej stanowiska… No dobrze, jeżeli jesteśmy przy wiceministrach i ich wielkiej liczbie, zwróćmy uwagę, że są wśród nich równi i równiejsi. I jak to zważyć? Można np. w ten sposób. Otóż Marcin Bosacki jest sekretarzem stanu. I w strukturze MSZ odpowiada za pracę departamentów: Dyplomacji Kulturalnej i Promocji Polski, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 16/2026

Między cieśniną Ormuz a Lwowem Szanuję prof. Widackiego. W felietonach przekazuje wiele cennych spostrzeżeń, które chłonę. Ale zdarzają się i takie, które wywołują u mnie reakcje prawdopodobnie niezamierzone przez autora. W świątecznym wydaniu, pisząc w felietonie o wojnie między prezydentem RP a rządem Donalda Tuska, najwyraźniej stoi po stronie rządu. W moim odczuciu emerytowanego górnika obie strony Konstytucję RP traktują nie jako prawo najwyższe, ale jako narzędzie do sprawowania władzy. Prof. Widacki uważa, że prezydent powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. A ja uważam, że powinien również stanąć rząd Donalda Tuska. W Konstytucji RP w art. 4 zapisano, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Jak można – mając mandat do sprawowania władzy na cztery lata, zaciągać zobowiązanie na lat 45? Zwłaszcza gdy społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone i gdy pieniędzy jest za mało na edukację, służbę zdrowia, kulturę i bezpieczeństwo wewnętrzne. O tak ogromnym zadłużeniu, i na tak długi czas, powinien decydować naród w referendum. Józef Brzozowski Siewcy polexitu Mamy jakieś dyskusje: brzydkie, ładne, jakbyśmy byli arystokratami w Wersalu i porównywali peruczki. Pokutuje traktowanie zwykłych obywateli jak debili i indoktrynowanie ich. Później jedna strona debaty oburza się, że druga lepiej kłamie, niż kłamała poprzednia, więc pozostajemy w sporach estetycznych czy moralnych. Unia powinna być rozpatrywana jako wspólne pole do uprawiania polityki i póki da się tam dogadywać w różnych sprawach, jest potrzebna. Ale nikt nie mówił, że to nadal będzie polityka. Mieliśmy się stać Zachodem i sprawa załatwiona. Tak samo z NATO, a okazuje się, że sojusz również podlega polityce. Łukaszko Walczuk Weźmy takie pozornie niezauważalne drobiazgi jak długa i ciągła praktyka w sprawach techniki. Kiedy już zostaniemy oderwani od wspólnego dostępu do know-how. Można krzyczeć, że coś jest proste jak konstrukcja cepa, jednak wyprodukowanie tego cepa może się okazać zadaniem ponad siły. Możemy się napawać widokiem broni wysoce nowoczesnej, plującej ogniem w zawrotnym tempie. A tu widać, jakie tempo jest wymagane do produkowania odpowiedniej ilości amunicji. A co z bardziej zaawansowaną technologią? Elektryczne auto, choćby Izerę, zrobić łatwo – karoseria, silnik i baterie. Ejże, łatwo? To gdzie ta Izera? Również z tego powodu nie możemy wycofać się z Unii Europejskiej. Nagle może się okazać, że papier toaletowy ponownie będzie rarytasem. Wcześniej to była jeszcze RWPG – braterstwo w biedzie. A dzisiaj? Tadeusz Żyła Neurochirurgia to gra zespołowa Klika lat temu w „Przeglądzie” (32/2022) ukazał się wywiad Beaty Dżon-Ozimek z dr. n. med. Dariuszem Łątką z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu. Dr Łątka z synem Kajetanem, również doktorem nauk medycznych, wdrażali wtedy unikatową, endoskopową metodę leczenia kręgosłupa, w której pacjent prawie natychmiast po operacji wracał do normalnego życia. Metoda ta jest stale udoskonalana. Dzięki temu Oddział i Klinikę Neurologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Opolu opuszcza coraz więcej zdrowych pacjentów, którzy nie mieli już szans na normalne życie. A dzięki publikacji „Przeglądu” również moja żona trafiła do dr. Łątki. W odróżnieniu od wielu innych lekarzy dr Kajetan Łątka nie odmówił naprawy kręgosłupa, który był w tragicznym stanie, z groźbą postępującego paraliżu. Po kilku wizytach i analizie przypadku żony dr Kajetan Łąka zdecydował się na zabieg. Operacja udała się, żona wróciła do pełni sił i odzyskała radość życia. Lekarze z Opola okazali się prawdziwymi specjalistami od beznadziejnych przypadków. Włodzimierz Syzdek, Warszawa O sztuce myślenia do góry nogami Bez rozliczenia przeszłości nie uregulujemy m.in. relacji polsko-ukraińskich. Na Ukrainie fani zbrodniczych dokonań UPA muszą być tego w pełni świadomi. Świadome muszą też być władze RP, które lansują pojednanie między naszymi narodami na potrzeby polityczne. Pojednania nie ma. Misja posła Kowala jest skazana na klęskę. Trudno nie zauważyć, że ukraińscy koledzy tego pana nadal czczą pamięć o tych, którzy odpowiadają za zbrodnie na obywatelach II RP (nie tylko na etnicznych Polakach). Damian Paweł Strączyk Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Więcej
Promocja

Trwały korektor pod oczy – jak wybrać produkt który przetrwa cały dzień?

Artykuł sponsorowany Marzysz o świeżym i wypoczętym spojrzeniu, które przetrwa cały dzień bez poprawek? Kluczem do sukcesu jest odpowiedni dobór trwałego korektora pod oczy. Ten artykuł pomoże Ci znaleźć idealny produkt, dopasowany do Twojego typu cery i potrzeb, a także

Promocja

Jak wygląda proces zakupu nieruchomości w Niemczech u notariusza?

Artykuł sponsorowany W Niemczech rola notariusza nie ogranicza się do jego obecności podczas podpisywania umowy. Urzędnik jest centralnym elementem transakcji – sprawia to, że proces zakupu nieruchomości jest spokojny, ale mało elastyczny. Sprawdź, jak wygląda

Promocja

Rotacja składem – kiedy trener powinien dawać odpocząć liderom?

Artykuł sponsorowany W świecie sportu, gdzie każdy mecz ma znaczenie, decyzje dotyczące rotacji składem mogą być kluczowe dla sukcesu drużyny. Trenerzy często stają przed dylematem: czy dać odpocząć swoim liderom, czy postawić na nich w każdym spotkaniu?

Promocja

Co pokazuje badanie rezonansem magnetycznym kręgosłupa lędźwiowego?

Artykuł sponsorowany Ból w dole pleców to jedna z najczęstszych dolegliwości, z jakimi pacjenci trafiają do lekarza. Czasem pojawia się nagle, innym razem narasta powoli i powraca mimo odpoczynku czy rehabilitacji. Gdy objawy utrzymują się od dłuższego czasu albo zaczynają

Promocja

Co zrobić z kasą fiskalną przy likwidacji firmy? Wyrejestrowanie i formalności

Artykuł sponsorowany Likwidacja firmy wiąże się z szeregiem obowiązków, a kluczowym z nich jest wyrejestrowanie kasy fiskalnej. Proces ten, regulowany przez Ministerstwo Finansów, wymaga precyzyjnego dopełnienia formalności, takich jak odczyt pamięci przez serwisanta, generowanie raportów