Felietony Przeglądu
Pogwarka z nietoperzem
Idę ścieżyną wyślizganą wśród głazów i piarżysk, nade mną ciemność; o tym, że to nie noc na powierzchni, ale dzień, we wnętrzu skał przypomina tylko czasem mijany gaj śnieżnobiałych stalagmitów. Jestem w jednej z największych naturalnych komór podziemnych Mitteleuropy, nazwanej przez odkrywców Rozprávkovým domem, na fali popularności niegdysiejszego przeboju Karela Gotta. Bajkowe są to przestrzenie dekorowane kalcytową szatą naciekową. To już właściwie nie jaskinia, ale góry podziemne, w sali rozleglejszej od pełnowymiarowego boiska piłkarskiego, z wysoko zawieszonym stropem, nie widać ścian ani sufitu. Jeśli kto z powodu klaustrofobii nie miał okazji podziwiać świata podziemnego, tu mógłby się wyzbyć lęków. Stratenská, druga po systemie Demianowskim jaskinia Słowacji, liczy sobie dzisiaj już 26 km korytarzy, z czego wielka część przypada na gigantycznych rozmiarów ciąg sal wymytych przed 4 mln lat przez wody rzeki Hnilec. Odkryto ją dopiero w 1972 r., jest więc w pewnym sensie moją rówieśnicą. Speleolodzy ze Spiskiej Nowej Wsi strzegą jej jak oka w głowie. Przez wiele lat infiltrowałem ich środowisko, aby wreszcie móc skorzystać z zaproszenia do wspólnej eksploracji. Podobno ostatnim Polakiem, który tu się dostał, był przed ćwierćwieczem doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego badający mikrofaunę tutejszych wód podziemnych – skądinąd nie ma ich zbyt wiele oprócz kilku niewielkich jeziorek, w systemie brak aktywnego cieku wodnego. Jaskinia jest sucha, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pożytek z nieszczęścia
Nie wraca się z reguły do lektur szkolnych, czytane za wcześnie nudziły i źle się teraz kojarzą. A jednak wróciłem do „Chłopów” Reymonta, w papierowej wersji nie dałbym rady, słucham, znakomicie czyta Marek Walczak. Zaskoczenie, jaka to wspaniała proza poetycka, gęsta i mięsista. W pełni zasłużona Nagroda Nobla. Jak w roku 1924 zareagował Reymont na wiadomość, że dostał Nobla? Wpadł w rozpacz. Pisał w liście do znajomego: „Okropne! Nagroda Nobla, pieniądze, sława wszechświatowa i człowiek, który bez zmęczenia wielkiego nie potrafi się rozebrać. To istna ironia życia. Urągliwa i prawdziwie szatańska”. Nie pojechał po odbiór nagrody, nie miał siły, umarł za rok. Skąd tonący w długach pisarz miał środki, by pisać czterotomowych „Chłopów”? Reymont, dawny pomocnik kolejarza, jechał pociągiem w drugiej klasie ze znajomym dziennikarzem i jego żoną. Pod Włochami doszło do czołowego zderzenia z innym pociągiem. Był piątek 13 lipca 1900 r. Zginęło pięć osób, a ok. 40 zostało rannych – w tym pisarz. Żona znajomego zginęła. Siła uderzenia zniszczyła wagony, a w lokomotywie eksplodował kocioł parowy. Reymont doznał szoku nerwowego i urazów, ale nie tak poważnych, jak to zadeklarował. W listach do znajomych pisał o dwóch pękniętych żebrach. Wynajął adwokata i zażądał wysokiego odszkodowania od Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Tu już widnieje liczba 12 złamanych żeber. Nie była to prawda, ale tak brzmiało orzeczenie lekarskie ordynatora dr. Jana Rocha Rauma. Lekarz był wielbicielem prozy Reymonta i martwił się, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Internet a demokracja
Dawniej mówiono, że celem polityki jest praca na rzecz dobra wspólnego. Wydawało się to proste, dopóki nie zaczęto dociekać, co jest „dobrem wspólnym”, kto je definiuje, która droga do tego dobra wspólnego jest najlepsza, kto ją wybiera i na koniec realizuje. W demokracji teoretycznie na te wszystkie pytania odpowiadają wyborcy, oddając głosy na tych, którzy ich zdaniem najlepiej to dobro wspólne definiują oraz najlepiej dobierają drogi i metody dochodzenia do tego dobra. Aby wygrać demokratyczne wybory, trzeba było mieć dobry program i umieć wyborców do tego programu przekonać. Uczciwie albo mniej uczciwie, posługując się czasem kłamstwem, czasem tylko demagogią i populizmem. Narzędziem tego przekonywania były media. Dawne wiece zastąpiły gazety, później pojawiło się radio, na koniec telewizja. Ta ostatnia przez kilkadziesiąt lat była najbardziej wpływowym medium. To media, a ściślej politycy za pośrednictwem mediów komunikowali się z późniejszymi wyborcami. Pośrednikiem między politykiem a wyborcą był dziennikarz. Ważnym pośrednikiem. Tak ważnym, że media nazwano nawet czwartą władzą. To głównie od mediów zależało, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Bareja by tego nie wymyślił
Podobno w Polsce każdy powód jest dobry, by świętować. Najchętniej wtedy, gdy trafi się sponsor. Z tym prezydent Nawrocki nie ma problemu. Stoi za nim najbardziej rozbudowana i najdroższa w historii kancelaria. I armia urzędników skrojonych na jego podobieństwo. Poświętował więc, choć świętowanie roku prezydentury to żenada. A pochwały wygłaszane pod adresem jednorocznego jubilata były jak z filmu Barei. Modelowe zakłamywanie rzeczywistości. Nawrocki wyciągnięty z kapelusza Kaczyńskiego wygrał wybory o włos. Poparło go tylko trochę więcej wyborców niż Trzaskowskiego. A prawdziwego wyniku wyborów prawica nie chciała sprawdzać. Przegrany kandydat, który nie liczył się z porażką, i popierający go obóz polityczny nie mieli wystarczającej determinacji, by żądać powtórnego przeliczenia głosów. Trzeba było to zrobić – mimo jazgotu i presji ze strony tych polityków, którzy poparli Nawrockiego. Powtórne liczenie głosów w wyborach amerykańskich staje się już rutyną. Największy wielbiciel Trumpa na świecie nie powinien więc mieć z tym problemu. Chyba że zna ludzi, którzy mają zakulisową wiedzę o wyborach. Prezydent Nawrocki szczyci Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Hiroszima, wymazane ludobójstwo
Piszę te słowa 81 lat od zrzucenia przez Stany Zjednoczone na Hiroszimę pierwszej bomby atomowej. O tej samej porze, kiedy miasto zniknęło z powierzchni ziemi, wraz nim ok. 140 tys. mieszkańców, a kolejni mieli umierać przez następne dekady. Kilka dni później podobny śmiertelny los spotkał Nagasaki. Japonia skapitulowała. Wojna światowa przeszła do historii. Prawda o skali zniszczenia i śmierci była skutecznie, z małymi wyjątkami, kontrolowana przez armię i administrację amerykańską, tuszowana i ukrywana. 85% amerykańskiego społeczeństwa akceptowało i popierało decyzję o użyciu bomby atomowej. Przeciw było 10%. „Chicago Sun” podsumował to zdaniem: „Nie istnieje żadna skala wartości, według której wybuch TNT jest słuszny, a wybuch uranu niesłuszny”. Zapewne prawda o skutkach (w tym o skali umierania na chorobę popromienną), którą można by wyrazić słowami: „Hiroszima, ciszej nad tą trumną”, pozostawałaby w cieniu, gdyby nie historia powstania i publikacji jednej książki. W maju 1946 r. do Japonii dotarł doświadczony, choć dopiero 32-letni amerykański reporter wojenny John Hersey, wydelegowany przez kierownictwo „New Yorkera”. Hersey, autor bestsellerowych książek reportaży wojennych, ocalały podczas wojny z kilku katastrof lotniczych, w samolocie lecącym do Japonii przypadkowo przeczytał nagrodzoną Pulitzerem powieść „Most Sun Luis Rey” Thortnona Wildera, opisującą z perspektywy kilkorga świadków wielką katastrofę w Peru w XVIII w. Ten strukturalny pomysł Hersey postanowił wykorzystać do opowiedzenia tego, co wydarzyło się 6 sierpnia 1945 r. w Hiroszimie. Dzięki niezwykłemu instynktowi reporterskiemu i dobrym kontaktom z wojskiem (jego wcześniejsze, nagradzane reportaże były pochwałą Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Internet a demokracja
Dawniej mówiono, że celem polityki jest praca na rzecz dobra wspólnego. Wydawało się to proste, dopóki nie zaczęto dociekać, co jest „dobrem wspólnym”, kto je definiuje, która droga do tego dobra wspólnego jest najlepsza, kto ją wybiera i na koniec realizuje. W demokracji teoretycznie na te wszystkie pytania odpowiadają wyborcy, oddając głosy na tych, którzy ich zdaniem najlepiej to dobro wspólne definiują oraz najlepiej dobierają drogi i metody dochodzenia do tego dobra. Aby wygrać demokratyczne wybory, trzeba było mieć dobry program i umieć wyborców do tego programu przekonać. Uczciwie albo mniej uczciwie, posługując się czasem kłamstwem, czasem tylko demagogią i populizmem. Narzędziem tego przekonywania były media. Dawne wiece zastąpiły gazety, później pojawiło się radio, na koniec telewizja. Ta ostatnia przez kilkadziesiąt lat była najbardziej wpływowym medium. To media, a ściślej politycy za pośrednictwem mediów komunikowali się z późniejszymi wyborcami. Pośrednikiem między politykiem a wyborcą był dziennikarz. Ważnym pośrednikiem. Tak ważnym, że media nazwano nawet czwartą władzą. To głównie od mediów zależało, które treści wypowiadane przez polityków trafiają do wyborców i z jakim dziennikarskim komentarzem. Stąd każda władza, podobnie jak każda opozycja, chciała mieć wpływ na media, a najlepiej mieć swoje media. W tych warunkach zrodziła się idea mediów publicznych, niezależnych od włądzy. Z realizacją tej idei w różnych państwach, w tym w Polsce, bywało różnie. Do tego doszły media, w tym telewizje komercyjne. Ich właściciele i redakcje miały swoje polityczne sympatie i antypatie oraz swoje interesy, które czasem kazały im podejmować jakieś gry lub wchodzić w układy z siłami politycznymi. Generalnie pluralizm mediów dobrze służył demokracji. W ostatnich dekadach pojawiło się medium nowe, dotąd nieznane, które nie tylko przewróciło do góry nogami medialny porządek, ale pośrednio zachwiało całym systemem politycznym. Tym medium jest internet. Obraz świata, w tym polityki, także poglądy polityczne, kształtują Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tryptyk chłopski. II. Kasprowicz
Na zakopiańskich Krupówkach ogromne plansze informują o setnej rocznicy śmierci Jana Kasprowicza. Do pobliskiego Muzeum Kornela Makuszyńskiego zaprasza wystawa kasprowiczowska, urządzona przez dr Kingę Nędzę-Sikoniowską. Rocznica właśnie minęła: 1 sierpnia. W latach licealnych i studenckich był Kasprowicz mym ukochanym poetą. Zastanawiam się dziś dlaczego. Pierwszy impuls był oczywisty: moje pokolenie odkrywało Młodą Polskę, która nie cieszyła się wtedy uznaniem. Wystawiano już wprawdzie (zakazanego w czasach stalinowskich) Wyspiańskiego, publikowano Staffa (choć głównie późnego) i wydawano Żeromskiego (choć tylko takiego od „doli ludu”), lecz inni pisarze młodopolscy byli skazani na nieistnienie. Właśnie w tych latach zacząłem uświadamiać sobie tę lukę. Szczególny kłopot miały zaś władze oświatowe z Kasprowiczem. Bo niby on nasz, skoro chłop, ale jakże mało postępowy! Chętnie przypominano jego utwory wczesne, naturalistyczne i antyklerykalne, co jednak było robić z ogromem późniejszego dorobku? Wszak była to poezja z gruntu religijna, posługująca się znakami zadomowionymi w tradycji katolickiej, wprawdzie „wadząca się z Bogiem”, lecz stale poszukująca Boga. Nie bardzo dawała się oswoić. Te dwa zagadnienia – Młoda Polska i religia – były wtedy dla mnie ważne. Ale znaczenie miały też czynniki inne, zupełnie już osobiste. Od czwartego roku życia spędzałem wakacje pod Tatrami: w Białym Dunajcu i Poroninie. Te wsie kojarzyły się z Leninem: w pierwszej istniał Dom Lenina, w drugiej – Muzeum Lenina. Mama starała się nie zwracać uwagi na te obiekty, skoro jednak nie sposób było ich nie zauważać, zareagowała kiedyś sarknięciem: „Dlaczego tylko Lenin? Dlaczego nikt nie pamięta, że w Poroninie mieszkał też Kasprowicz?!”. Wtedy to nazwisko usłyszałem po raz pierwszy. Toteż za którymś pobytem powędrowaliśmy z mamą starą drogą poronińską do kasprowiczowskiej Harendy. Z Białego Dunajca było to jednak daleko, pamiętam więc tyle, że strasznie bolały mnie nogi. Niemniej jednak Kasprowicz a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia
To, że z polską ochroną zdrowia jest źle, wydaje się ewidentne. Ale mniej jasna jest przyczyna. Najczęściej mówi się o braku pieniędzy. Z pewnością to racja. W tym kontekście niedawne obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców zakrawa na absurd. Co tu kryć, absurd zgodny z nastawieniem cechującym całą naszą klasę polityczną, która od początku transformacji dba przede wszystkim o interes przedsiębiorców, mając w nosie los pracowników najemnych, choć to oni de facto utrzymują całe państwo (vide system podatkowy). Gdy jednak pominiemy sprawę finasowania, pozostaje pytanie o głębszą przyczynę kłopotów. Moim zdaniem wiąże się ona z polskim zaczadzeniem ideologią wolnorynkową. Towarzyszy nam ono od początku transformacji. Nie potrafimy się z niego otrząsnąć, choć wszystko wskazuje na to, że byłoby to z korzyścią dla ogółu. Teza moja jest następująca: wpuszczenie rozwiązań rynkowych do ochrony zdrowia przyczyniło się do jej fundamentalnych kłopotów. I nie idzie nawet o to, że obok systemu państwowej ochrony zdrowia mamy system prywatnej ochrony zdrowia, ale o to, że ów system państwowy działa jak prywatny. Logika i tu, i tam jest identyczna: walka o pieniądze i nastawienie na zysk. To jest skądinąd sedno neoliberalnej rewolucji, z jaką mamy do czynienia na świecie od początku lat 80. XX w.: spowodować, aby nawet te fragmenty praktyki społecznej, które z zasady nie nadają się do urynkowienia, zostały urynkowione. Dotyczy to przede wszystkim ochrony zdrowia, transportu publicznego i edukacji (jako dziekan wydziału nigdy nie rozumiałem, co to znaczy, że wydział ma wypracować zysk). Wolny rynek sprawdza się tu i ówdzie (np. w handlu), ale nie wszędzie. Z pewnością nie tam, gdzie w grę wchodzą tzw. usługi publiczne. Jak bowiem wycenić ludzkie zdrowie? Jak wprowadzać zasadę rynkowej rywalizacji do świata usług publicznych, które domagają Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Duet Mitera i Żurek
Przypadkiem natrafiłem na Facebooku na rolkę, na której minister sprawiedliwości – prokurator generalny Waldemar Żurek demonstrował dane dotyczące przestępczości drogowej. Pokazywał liczby zabitych przez pijanych kierowców i straszył wysokimi karami. Przekonywał, że prokuratura i wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnej koalicji rozprawią się z przestępcami drogowymi. Sens wypowiedzi ministra Żurka współgrał z demagogicznym i emocjonalnym uzasadnieniem wyroku w sprawie Łukasza Żaka, jakie wygłosił arcypisowski sędzia Mitera. Jestem przekonany, że to uzasadnienie sędziego Mitery, pokazywane przez wszystkie telewizje, spodobało się wielu ludziom. Na tym przecież polega demagogia. Nie wiem tylko, dlaczego minister postanowił przelicytować sędziego. Czy chodziło o to, by pokazać, że nie tylko pisowcy, ale „my też ostro zwalczamy bandytów drogowych”? Minister pokazał liczby wypadków drogowych, w tym ze skutkiem śmiertelnym, liczby osób, które zginęły w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. To wszystko prawda, ale niecała. Trzeba pamiętać, że liczba pojazdów mechanicznych na polskich drogach rośnie lawinowo, tylko w ostatnim 10-leciu wzrosła o 12%. Do tego dodajmy jeżdżące po naszych drogach samochody z obcą rejestracją, a tych jest rocznie z samych tylko Rosji, Białorusi i Ukrainy ponad 3 mln. Liczba samochodów z krajów UE, które jeździły w Polsce, jest nieznana. Rośnie więc liczba pojazdów, a liczba wypadków drogowych na szczęście maleje. W ostatnim 10-leciu zmalała aż o 40%! Maleje też liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W stosunku do 2016 r. zmalała o 45%. W 2025 r. było ich 1660, w 2016 r. aż 3026. W 2025 r. liczba wypadków była o 3% mniejsza niż w 2024. Liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym była aż o 14% mniejsza niż w roku poprzednim. Wedle statystyk policyjnych w 2025 r. uczestnicy ruchu pod wpływem alkoholu spowodowali 1358 wypadków (6,5%), w których zginęło 170 osób (10,2%). W tej liczbie mieszczą się pijani rowerzyści, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pogrom się zbliża
Od napaści słownych do fizycznych ataków droga okazała się nader krótka. Jeszcześmy nie ochłonęli po tym, jak cham zbluzgał w autobusie ukraińskie dziewczynki, a już trzech napakowanych bohaterów pobiło chłopaka i dziewczynę za wschodni akcent. Nawrocki nie odezwał się ani słowem, bo Gromda i wszelkie organizacje patusów obijających sobie ryje w klatkach to jego elektorat, zatem oficjalne stanowisko głowy państwa w kwestii napaści na tle narodowościowym można uznać za milczące przyzwolenie. Nie baczę, co o tym myśli swołocz, staram się wywiedzieć, jak na to spoglądają ludzie z wykształceniem wyższym i poglądami centroprawicowymi, bo i takich mam w kręgu znajomych, a to ich brak sprzeciwu jest decydujący w eskalacjach pogromowych. Agresywna tłuszcza sama z siebie się nie odpali, ogień muszą jej podać tzw. przeciętni obywatele, którzy w stosownym momencie odwrócą wzrok. I rzecz jasna politycy wygrzebujący trupy sprzed lat i nawołujący do wyrównania rachunków krzywd. Że prawie co trzeci Polak jest poplecznikiem jednej z konfederacji, partii jawnie antyukraińskich i skrycie proputinowskich, to też jeszcze do zbiorowej zbrodni nie wystarczy. Języczkiem u wagi nie jest liczba radykałów, ale cicha akceptacja tych, co się ponoć miarkują w emocjach. Zadzwoniłem więc podpytać i ręce mi opadły. Na przykład kolega operator, na co dzień chłopak niegłupi, karmi mnie barwnymi teoriami spiskowymi (choć dominantą barwną jest w nich jednak odcień brunatny). Stwierdził np., że to wszystko Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Czasami czuję ten ciężar
Teatr Telewizji jest największą sceną świata Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem? – Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić. Żeby mieć o czym mówić we wrześniu? – Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska. I co, naprawdę się zmieniło? – Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego. O jakich spektaklach pan mówi? – O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi
Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24. Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny? – Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki. Dlaczego nieprzydatne? – Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie. 366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł. – Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać. Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie? – Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna. Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans? – W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy. Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne. – Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić. Z Apache’ami jest inaczej? – Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Polski kler czyli państwo w państwie
Prof. Tadeusz Bartoś – filozof, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie Czy duchowieństwo w Polsce, oczywiście generalizując, bliższe jest poglądom na swoją wiarę, na naukę Kościoła temu, co myśli społeczeństwo, wierni, i dlatego jest dość odległe od tego, co prezentują ostatni papieże, Franciszek i Leon XIV? – Środowiska, z których pochodzi polskie duchowieństwo, kształtują jego obraz świata. To, co mogłoby uzupełniać ten obraz poprzez wykształcenie teologiczne, do naszego kleru nie dociera. Gdyby czytali konstytucję Gaudium et spes, wiedzieliby, że obok głównej – katolickiej, możliwe są też inne drogi do Boga, że Żydzi, protestanci, ba, nawet ateiści mogą być zbawieni. Kontekst jest taki: katolicy doszli do przekonania, że stracili dominującą pozycję w zachodnim świecie, nie mogli już mówić: jesteśmy centrum świata, a reszta ma do nas dołączyć, bo jak nie, to anatema sit. W pluralistycznej kulturze odgórne narzucanie siebie, dyscyplinowanie, stało się niewykonalne, mogło być już tylko śmieszne. Trzeba było więc zejść z piedestału i wejść w interakcję z tzw. światem. Tego wśród polskiego kleru nie ma. Nadal siedzi on na swoich wyimaginowanych stołkach jedynie słusznej racji i chęci bycia monopolistą prawdy. A całość świata ma za zadanie się słuchać. Czy to wynika z ich wiarołomstwa i nieuznawania tego, co głoszą chociażby wspomniani dwaj papieże? Chcą po prostu, żeby było, jak było? Może więc jednak mówią to, czego wierni chcą słuchać? – Tak, ale w mówieniu o polskim duchowieństwie trzeba uważać, żeby nie przeintelektualizować. Jeśli chcemy je zobaczyć, musimy spojrzeć najpierw na ks. Rydzyka, na ten typ cwaniactwa, choćby biznesowego, bo to jest wzorzec bycia polskiego kleru. Księża nie są tymi, którzy coś uzasadniają, oni mają swoje kościelne interesy do załatwienia. A tacy, którzy głoszą jakieś teorie, zasady wiary, są nieistotni. Ważni są ci, którzy umieją ogarnąć przedsiębiorstwa, jakimi są parafie, biskupstwa itd. A jednocześnie, co jest ważnym elementem, przyciągają dużo ludzi. Z biogramów nominowanych na biskupów wynika, że wielu ma za sobą pobyt w Rzymie. I co, wracają do tego, z czego wyszli, zapominając o watykańskiej edukacji? – Trzeba byłoby na każdą osobę spojrzeć osobno i przyjrzeć się jej karierze biskupiej, zrobionej w wyniku kooptacji. Jeśli jest jakiś młody, podoba nam się, to go pchniemy na studia, później będzie pracował w kurii, a jak się sprawdzi, będzie biskupem pomocniczym, potem diecezjalnym. Czynników wpływających na kościelny awans jest wiele. Opisał to Frédéric Martel w książce „Sodoma”, gdzie pokazuje, jak ważną rolę w polityce kadrowej Watykanu odgrywają przyjaźnie i miłości męskie. Kiedy po Październiku ’56 prymas Wyszyński udał się do Watykanu, w rozmowie z ówczesnym sekretarzem stanu ekipę Gomułki nazywał „narodowymi komunistami”. Czy, parafrazując, można powiedzieć, że w Polsce mamy narodowych, a nie rzymskich katolików? – Można tak powiedzieć. Napięcie między Kościołem lokalnym a globalnym zawsze istnieje. Przymiotnik „narodowy” oznacza różne rzeczy. Katolicyzm nie jest przeciwko patriotyzmowi, a nauki kościelne mówią, trochę trywializując, że koszula bliższa ciału. Przed wojną dominikanin Jacek Woroniecki pisał, że naturalnie bardziej się dba o najbliższych, choćby rodaków, niż o tych, których w życiu się nie widziało. To pod wpływem zdroworozsądkowego arystotelizmu. Natomiast nauki powtarzane przez ostatnich papieży, przeciwko skrajnym nacjonalizmom – bo przecież obowiązuje miłość do wszystkich bliźnich swoich, nawet nieprzyjaciół – w Polsce się nie przebijają. Jan Paweł II wiele zrobił w kwestiach odantysemityzowania katolicyzmu. I co? U nas antysemityzm jest nadal żywy. Winne są także braki w edukacji, nieobecność w szkołach prawdziwej historii polskich Żydów. Jeśli zatem transmisja najnowszych osiągnięć nauki katolickiej jest w Polsce niska, to znaczy, że rządzą jakieś lokalne interesy, również tradycje nacjonalistyczne, co widać w odnoszeniu się do obcokrajowców, teraz Ukraińców. Jeśli co chwilę mamy napady na Ukraińców, a Kościół katolicki milczy, nie robi żadnych gestów, o czymś to świadczy. Dlaczego tak się dzieje? – Może jest tak, jak pan sugeruje, że duchowni nie chcą się narażać swoim ukochanym, umiłowanym wiernym. Byłoby to tchórzostwo (timiditas), przeciwieństwo męstwa (fortitudo), jednej z czterech katolickich cnót kardynalnych. Ja bym powiedział: nie chcą się narażać wiernym sponsorom. – Wtedy mielibyśmy chciwość (avaritia), jeden z siedmiu grzechów głównych, definiowany jako „immoderatus amor habendi” (nieumiarkowana miłość posiadania). Tak że sprawę można ująć fachowym językiem. Są na to paragrafy. Ten mechanizm jest do prześledzenia. Prosta taktyka: jestem proboszczem, zbieram na tacę, mam sponsorów, chcę, a raczej muszę mówić to, co im się spodoba, i co chcą usłyszeć. Nie chcę denerwować ludzi, przychodzą do kościoła, wspierają, czyli jestem w ich kieszeni. Mówiąc językiem kościelnym, muszę zrezygnować z głoszenia Ewangelii. Dlatego apel kardynałów polskich i ukraińskich o pojednanie spotkał się z dość chłodnym przyjęciem wiernych i większości duchowieństwa. – Rzeczywiście apel przeszedł bez echa, nie licząc środowisk narodowych, które wręcz wyrażały dezaprobatę. Kardynałowie Ryś, Nycz czy Krajewski mogą coś napisać, ale nie są w stanie spowodować, by nawet podlegli im proboszczowie wykazywali postawę chrześcijańską. Wielu biskupom, także tym z watykańską edukacją, pewne rzeczy nie przejdą przez gardło, bo nie chcą wychylać się ponad świadomość wiernych. Powiedzmy, że biskup poleca proboszczom w diecezji: w kruchcie każdego kościoła proszę umieścić plakat z napisem: „Każdy Ukrainiec jest twoim bliźnim. Każdy!”. I piękne zdjęcie ukraińskiej rodziny. Ale byłaby jatka, proboszczów na taczkach by wywozili! A może przesadzam? Czy Kościół w Polsce będzie coraz bardziej przybierał kształt Kościoła radiomaryjnego? – Poza pojedynczymi, tzw. oświeconymi enklawami, od niepamiętnych czasów miał ducha radiomaryjnego. Zanim pojawiło się Radio Maryja, on już tam był. Może kiedyś stać się inny? – Różne są scenariusze. Jeśli jakaś struktura społeczna się zmniejsza, to się elitaryzuje. Młodzi nie chodzą do kościoła, starzy nie dają rady. Następuje wymiana pokoleniowa i zostają tacy bardziej świadomi, oświeceni. To może być czynnik jakiejś zmiany. Problem jednak polega na tym, o czym Jacek Woroniecki pisał w jednym z artykułów o sentymentalizmie, fideizmie i irracjonalizmie polskiego katolicyzmu: wiara to czucie, masz wierzyć, przestań ciągle wszystko analizować, bo to jest „niemieckie mędrkowanie”. Katolicyzm p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
Fascynują mnie mitochondria
Polski Nobel za wybitne osiągnięcia w dziedzinie biologii molekularnej i komórkowej Prof. Agnieszka Chacińska – dyrektorka Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN (IMol PAN). Biolożka molekularna, zajmuje się biochemią komórek oraz molekularnymi aspektami biologii komórki, szczególnie biogenezą, transportem i degradacją białek mitochondrialnych oraz ich nieprawidłowym funkcjonowaniem prowadzącym do patologii. Członkini Europejskiej Organizacji Biologii Molekularnej Academia Europea, Niemieckiej Akademii Przyrodników Leopoldina. Polska Akademia Nauk po raz pierwszy przyznała pani za wybitne osiągnięcia naukowe znaczącą nagrodę finansową w wysokości 400 tys. zł, którą nazywa siępolskim Noblem. Na co pójdą te pieniądze? – Są do indywidualnego wykorzystania. W polskiej nauce często słyszy się narzekania na zarobki, więc taka nagroda daje po prostu większe możliwości i pozwala uniknąć presji finansowej. Bardzo się z niej cieszę. Dobrze, że i Polska ma taką nagrodę – na świecie jest bardzo dużo różnych nagród naukowych w różnych kategoriach. Liczę na to, że po tej pierwszej PAN będzie przyznawać regularnie kolejne zaszczytne wyróżnienia wraz z bardzo ładną, specjalnie zaprojektowaną statuetką. Instytut IMol PAN ma charakter międzynarodowy. Czy znajduje to odzwierciedlenie w obsadzie pracowników? – 50% zatrudnionych w PAN nie ma polskich paszportów. W naszej Radzie Naukowej działa m.in. amerykański biolog molekularny polskiego pochodzenia Victor Ambros, który stara się o polskie obywatelstwo. Razem z Garym Ruvkunem był współlaureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny w 2024 r. W 2014 r. był jednym z laureatów Nagrody Wolfa w dziedzinie medycyny. Mamy wśród stuosobowej załogi osoby z ponad 20 krajów, nawet z Indii. Czują się u nas dobrze, robią doktoraty, prowadzą badania i zostają liderami grup. Instytut IMol PAN, dokonując rekrutacji nowej kadry, wybiera najlepszych naukowców na wszystkich poziomach, w tym zwłaszcza na poziomie liderów grup. Nasz rada jest bardzo zaangażowana w ten ostatni proces. Współczesne prace badawcze w biotechnologii są bardzo kosztowne. Początkowo programy te realizowaliście w ramach Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. I były na to pieniądze. – Wraz z koleżanką, a potem wicedyrektorką IMol zdobyłyśmy grant Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze ze środków Unii Europejskiej. Dostałyśmy prawie 40 mln zł na utworzenie programu ReMedy (Regenerative Mechanisms for Health). Teraz w instytucie PAN kontynuujemy prace, przenieśliśmy część aparatury zakupionej z grantu i nadal uzupełniamy nasze wyposażenie. Ale to był początek. Teraz wszystkie badania w instytucie są prowadzone w ramach grantów polskich, głównie z Narodowego Centrum Nauki, i europejskich. Trzeba pamiętać, że subwencje państwowe na takie badania nie są i nie powinny być wystarczające. Granty jako konkursy – o ile procedura selekcji zwycięzców jest prawidłowa – działają dużo lepiej, bo podnoszą poziom nauki. Instytut musi więc zabiegać o finansowanie, zwłaszcza gdy jego celem jest rozszerzanie wiedzy, i na tak wczesnym etapie nie może zaoferować praktycznego, a tym bardziej rynkowego spożytkowania swoich osiągnięć. Ale najcenniejsi w każdym instytucie naukowym są ludzie. Zdarzało się niekiedy, że obficie płynął strumień strukturalnych funduszy z UE, ośrodki akademickie kupowały sporo drogiej aparatury i… stała ona nawet nierozpakowana, bo zabrakło chęci i wiedzy, jak takie cacka właściwie spożytkować. W IMol PAN na czele grup badawczych stoją silne osobowości naukowe, mamy wystarczające oprzyrządowanie oraz mądrych i chętnych do pracy ludzi z całego świata. Instytut ma ambicje wykorzystać najnowsze osiągnięcia nauk biologicznych w praktyce terapeutycznej. Obiektem waszego zainteresowania są mitochondria. – IMol ma szersze zainteresowania naukowe. A mitochondria to obiekt zainteresowań kierowanej przeze mnie grupy naukowej. Śledzimy, co robi „maszyneria komórkowa”, na którą składają się także mitochondria, ważna część komórki, elektrownia całego organizmu, zwłaszcza mięśni i mózgu. Stąd żywe ciało czerpie swoją moc. Choroby, proces starzenia i różne deficyty genetyczne odbierają nam część energii. Można temu przeciwdziałać? – Nie wszystko da się naprawić i wyleczyć. Są wrodzone błędy w naszym kodzie genetycznym, z tym się rodzimy. Można jednak próbować ograniczyć dysfunkcje, opóźnić czy złagodzić symptomy. Nie bardzo jednak radzimy sobie z leczeniem chorób genetycznych. Zmiany w genomie, czyli kompletnej Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kulisy cyfrowych pułapek
Media społecznościowe zaprojektowano tak, by zatrzymać nas na dłużej Anna Borkowska – psycholożka, socjoterapeutka, ekspertka ds. edukacji cyfrowej w Państwowym Instytucie Badawczym NASK Coraz częściej słyszymy, że ludzie nie potrafią odłożyć telefonu, ograniczyć korzystania z mediów społecznościowych czy przestać scrollować. To kwestia słabej woli? – Zdecydowanie nie. To, że trudno nam oderwać się od mediów społecznościowych, nie jest ani przypadkiem, ani dowodem na brak silnej woli. Social media należą do najbardziej angażujących technologii, jakie kiedykolwiek stworzono. Nie są przypadkowym zbiorem atrakcyjnych treści, lecz zaawansowanymi systemami zaprojektowanymi po to, by przyciągać i utrzymywać naszą uwagę. Za tą trudnością stoją osiągnięcia psychologii, neuronauki, kognitywistyki i niezwykle precyzyjnie skonstruowane algorytmy. Platformy wykorzystują naturalne mechanizmy wpisane w ludzką psychikę – potrzebę kontaktu, akceptacji, ciekawość świata, ale również nasz biologiczny system nagrody. Ich celem jest jak najdłuższe utrzymanie naszej uwagi, ponieważ właśnie ona stanowi podstawę modelu biznesowego większości platform. Twórcy serwisów dysponują ogromnymi zasobami danych i doskonale wiedzą, co przyciąga użytkowników. Wykorzystują wiedzę o tym, jak funkcjonuje człowiek, by tworzyć rozwiązania, którym bardzo trudno się oprzeć. Jakie mechanizmy działają na nas najsilniej? – Jednym z najważniejszych jest układ nagrody i związana z nim dopamina – neuroprzekaźnik odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności, satysfakcji i motywację do działania. Kiedy widzimy nowe polubienie, komentarz czy interesujący materiał wideo, nasz mózg otrzymuje niewielką „nagrodę” w postaci wyrzutu dopaminy. Twórcy aplikacji doskonale poznali ten mechanizm i wykorzystują go podobnie jak w automatach do gier. Nie wiemy, co znajdziemy po kolejnym przewinięciu ekranu czy otwarciu aplikacji. A nasz mózg lubi nowość, ekscytację i odrobinę niepewności. Istotne jest to, że nagroda nie pojawia się za każdym razem. Czasem trafiamy na coś bardzo interesującego, a kiedy indziej nie. Właśnie ta zmienność sprawia, że chcemy sprawdzać dalej. Nasz mózg uczy się, że „następnym razem może być ciekawiej”. A nieskończone przewijanie i nieustanne powiadomienia? – To również nie są przypadkowe rozwiązania. Platformy projektuje się tak, by eliminować tzw. punkty oporu – momenty, w których moglibyśmy świadomie zdecydować, że kończymy korzystanie z aplikacji. Dawniej internet przypominał bardziej książkę. Trzeba było przeładować kolejną stronę, co dawało chwilę na zastanowienie. Dziś mamy nieskończone przewijanie. Brakuje naturalnego momentu zatrzymania, więc często nawet nie zauważamy, ile czasu spędziliśmy online. Podobnie działa automatyczne odtwarzanie kolejnych filmów w serwisach takich jak YouTube. Zanim zdążymy podjąć decyzję, materiał już się rozpoczął. Do tego dochodzą powiadomienia push. Dźwięki, wibracje i kolorowe oznaczenia skutecznie odrywają nas od wykonywanego zadania. Co ciekawe, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Hanka podnosi się z każdego upadku
Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026). Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst? – Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”. W jakim znaczeniu? – Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie. „Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę. – Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski. I jak, miłość od pierwszego wejrzenia? – Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu. Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram. – Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia. Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich? – Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka, Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Weto Nawrockiego uderza w 2 mln Polaków
Państwo nie jest od wychowywania ludzi Dr hab. Sebastian Gajewski – podsekretarz stanu w ministerstwie pracy, rodziny i polityki społecznej. doktor habilitowany nauk prawnych, profesor uczelni, radca prawny. Przygotował kilkadziesiąt projektów ustaw zgłaszanych w IX kadencji Sejmu RP przez klub parlamentarny Lewicy, m.in. ustawę wprowadzającą rentę wdowią, zmiany w zasiłku pogrzebowym czy projekt ułatwiający nabywanie emerytury minimalnej przez pracujących na śmieciówkach. Wchodzi w skład władz krajowych Nowej Lewicy. Zaskoczyło pana weto prezydenta Nawrockiego do ustawy o statusie osoby najbliższej? – Należało się tego weta spodziewać. Wskazywały na to wypowiedzi współpracowników prezydenta, a także postawa jego kancelarii w trakcie prac nad projektem ustawy. Reprezentujący prezydenta RP minister Paweł Szefernaker i minister Barbara Socha wzięli udział w posiedzeniu komisji na etapie sejmowym, ale nie przedstawili konkretnych propozycji, nie byli zainteresowani podjęciem realnego dialogu. W Senacie przedstawiciele prezydenta nawet się nie pojawili, a przecież to najlepsze miejsce do poprawiania ustaw. Więc tak, spodziewaliśmy się tego weta. W kampanii wyborczej Karol Nawrocki zapowiadał, że ustawę podpisze. – Owszem, w trakcie kampanii wyborczej deklarował, że jest zainteresowany przyjęciem ustawy o statusie osoby najbliższej. Ponadto w październiku 2025 r. byłem z dużą częścią rządu w Pałacu Prezydenckim, przy okazji posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. Tam prezydent z własnej inicjatywy – bo dyskusja dotyczyła bezpieczeństwa energetycznego Polski, zatem spraw odległych od kwestii związanych ze statusem osoby najbliższej – zadeklarował, że jest zainteresowany podpisaniem, wsparciem takiej ustawy. Przyjmowałem tę deklarację jako dobrą monetę. Jako zachętę do kompromisu? – Powstał projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, bardzo łagodny, uwzględniający różne wrażliwości. W naszej ocenie był to projekt dający to minimum, na które, jak sądziliśmy, zgodzą się i nasi przyjaciele z koalicji, z Polskiego Stronnictwa Ludowego, jak i może zgodzić się pan prezydent. Nie jest tajemnicą, że ten projekt był przedmiotem wspólnej pracy z jednej strony Lewicy, a z drugiej PSL. PSL reprezentowała Urszula Pasławska. Mówiła, że chodziła do Kancelarii Prezydenta i tam wszystko ustalała. – Urszula Pasławska była bardzo zaangażowana w pracę nad ustawą o statusie osoby najbliższej. Usiłowała przekonać Pałac Prezydencki, ażeby tę ustawę prezydent podpisał. To się nie udało. Prawie 2 mln obywateli RP zostało z niczym. – Realnie ok. 2 mln Polek i Polaków żyje w związkach nieformalnych, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie przegap czerniaka
Uważajmy na poparzenia słoneczne Prof. Piotr Rutkowski – kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Od czerwca prof. Piotr Rutkowski zasiada w ścisłym kierownictwie ASCO, komitetu odpowiadającego za globalne działania największego towarzystwa onkologicznego na świecie. To pierwsza taka funkcja powierzona Polakowi. Profesor zajmuje się kompleksową diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów tkanek miękkich, leczeniem operacyjnym mięsaków, diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów skóry – rakiem podstawnokomórkowym, płaskonabłonkowym i czerniakiem. Jaka zmiana na skórze powinna nas zaniepokoić? – Trzeba pamiętać, że nowotwory skóry są częste. Chociaż sam czerniak nie jest tak częsty. Ma różny kolor, może mieć też bardzo różne rozmiary, a jego główną cechą jest to, że się zmienia. Czyli czegoś na skórze nie było, a pojawiło się i rośnie, albo coś było nawet przez długi czas i zaczęło się zmieniać, powiększać. Czerniak jest zmianą asymetryczną, ma nierówne brzegi. Naprawdę należy zwrócić uwagę na przekształcanie się zmiany skórnej, bo czasem pacjenci mówią, że mieli 10 lat jakąś zmianę i zaczęła im rosnąć. Nie należy odkładać wizyty u lekarza. Na skórze przekształcają się różne łagodne zmiany: znamiona albo brodawki czy naczyniaki. Nie jest jednak tak, że jeśli coś się zmienia, to od razu musi to być nowotwór skóry. Niemniej nie powinniśmy tego lekceważyć. W przypadku raków skóry to są często niegojące się ranki. Jeżeli coś nam się nie goi powyżej sześciu tygodni, powinniśmy się tym zainteresować. Czy łatwo wykryć czerniaka, jeżeli jest na bardzo wczesnym etapie? – Dermatolog lub chirurg onkolog jest w stanie wykryć czerniaka za pomocą dermatoskopu lub wideodermatoskopu. Część pacjentów pyta, czy nie lepiej sięgnąć po wideodermatoskop, czyli połączenie dermatoskopu z bardzo dokładnym monitorem, który dodatkowo sam analizuje zmiany skórne. Odpowiadam: nie, wideodermatoskop jest głównie potrzebny do kontroli dużej liczby znamion. W większości wideodermatoskopów można wszystko zeskanować, pozaznaczać, gdzie te zmiany są, i porównywać w czasie, jak się zmieniają. A w przypadku większości chorych wystarczy zwykła dermatoskopia. Jest naprawdę bardzo czułym badaniem, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Misja konsula Herra
Mały konsulat w Opolu łączy działania lokalnych władz i mniejszości niemieckiej Peter Herr – kierownik Konsulatu Republiki Federalnej Niemiec w Opolu (2022-2026). Wcześniej zastępca konsula generalnego i kierownik administracji w Konsulacie Generalnym Niemiec w Doniecku, dyplomata w zespole Ambasady Niemiec w Mińsku, placówek w Krakowie, Wilnie, Rydze, Izmirze. W Opolu znajduje się najmniejszy niemiecki konsulat w Polsce. Ale to tu w trakcie zakończonej właśnie misji konsula Petera Herra na dobre zaistniała nowoczesna kultura niemiecka, miały miejsce polsko-niemieckie wydarzenia miejskie uwspółcześniające wizerunek Niemiec i mniejszości niemieckiej. Opolskie stało się też centrum obchodów 35. rocznicy podpisania Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r. Spotykamy się w 35. rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie. Gratuluję uroczystości, podczas której dobrze brzmieli nawet politycy, a Marlena Dietrich „rozmawiała” na scenie z Czesławem Niemenem swoją wersją piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, do której kupiła prawa autorskie. W jakim punkcie są nasze relacje? – Nasze państwa, dwaj bezpośredni sąsiedzi, mają dziś silną potrzebę wzmocnienia architektury bezpieczeństwa oraz rozszerzenia współpracy gospodarczej. Wynika to z wydarzeń rozgrywających się poza granicami Niemiec i Polski. Obecnie musimy przeznaczyć niebagatelne środki na zapewnienie zdolności obronnych i bezpieczeństwa obywateli oraz dalsze istnienie naszych państw. Oznacza to również konieczność strategicznego dostosowania kierunku działań gospodarczych, tak aby ten proces się rozwijał. Jaką rolę widzi pan teraz dla mniejszości niemieckiej, obecnej także w lokalnych władzach województwa opolskiego? – Dostrzegam zbieżność celów i potrzeb Polaków oraz Niemców, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy partnerami idealnymi – czy to w kontekście obronności, gospodarki, czy kultury. Mniejszość niemiecka jest podmiotem wyjątkowo pasującym do roli budowniczego mostów między obydwoma społeczeństwami obywatelskimi. Poświęciłem wiele czasu, by zachęcać jej członków do realizacji tego celu, staraliśmy się ich pozyskać do uczestnictwa w tym procesie – skorzystać na tym mogą wszystkie zaangażowane strony. Nasze społeczeństwa lepiej się poznają i nawiązują współpracę. Zrealizowaliśmy wiele wspólnych projektów – także tutaj, w Opolu. Brzmi to nieco idealistycznie, bo polska większość jest daleka od realnego kontaktu z niemiecką mniejszością i odwrotnie. Trudno takie relacje nawiązać – myślę o tych częściach Polski, gdzie więcej jest obaw niż doświadczenia ze współmieszkania, bycia sąsiadem. – Moim celem była reforma i modernizacja projektów dla mniejszości. Odnieśliśmy w tym zakresie kilka sukcesów. Wspólnie – mam na myśli moją współpracownicę, „przewodniczkę” i tłumaczkę, panią Sandrę Cierniak – opracowaliśmy kilka podejść projektowych, które okazały się bardzo skuteczne. Zorganizowaliśmy np. razem festiwal uliczny w Opolu, którego wcześniej nie było. Podjęliśmy współpracę ze Stowarzyszeniem Pro Liberis Silesiae z Raszowej, związanym z dwujęzyczną szkołą Montessori, które wykonuje świetną pracę z młodzieżą, a to jest dla mnie priorytetem, bo to młodzi napędzają świat. Opracowaliśmy projekt współpracy z miastem Opole, udało nam się nawiązać dobre kontakty z opolskim magistratem – prezydent Arkadiusz Wiśniewski był w tej kwestii bardzo otwarty i pomocny. Zrobił to dla swojego miasta i jego mieszkańców – Polaków, Niemców, dla wszystkich. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem tych działań. Jakie wydarzenia były owocem tej współpracy? – Zorganizowaliśmy np. na rynku w Opolu święto piwa dla Niemców, Polaków i Czechów – czegoś takiego też nie było, Opole organizowało takie wydarzenie wcześniej jedynie z Czechami. Zacieśniliśmy więzi z partnerskim miastem Ingolstadt – tamtejsi artyści i przedstawiciele kultury uznali nasz festyn uliczny za fantastyczne doświadczenie. Zobaczycie państwo niebawem – mnie już tu nie będzie – widowiskowy tradycyjny Schäfflertanz, b.dzon@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?
Jak przywrócić wiarę w politykę Prof. Lech Szczegóła – socjolog polityki, profesor na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Autor książki „Droga do wojny kulturowej. Ideologia Dobrej Zmiany”. Panie profesorze, wszystkie dane wskazują, że Polska się rozwija, jest coraz bogatsza, goni Europę. Jest wzorem – to są relacje zachodnich Europejczyków odwiedzających nasz kraj – jeśli chodzi o bezpieczeństwo, o czystość. Czy Polacy to zauważają? Daje im to poczucie zadowolenia? – Świadomość dobrej kondycji polskiego systemu gospodarczego istnieje, ale mocniej działają sygnały negatywne. One szybciej się linkują, pojawiają i w mediach, i w codziennych rozmowach. Przeprowadzono kiedyś badanie, co bardziej oddziałuje na psychikę: czy kiedy znajdziemy 100 zł, czy gdy zgubimy 100 zł. Znam to badanie. – Wiadomo więc, o co chodzi. Złe informacje są przez umysł łatwiej przetwarzane i kodowane. Do sukcesów szybko się przyzwyczajamy, traktujemy je jako naturalne, oczywiste. A porażki, zagrożenia… Rozpamiętujemy, ale towarzyszy temu gniew. Emocje. Dlaczego? – Myślę, że są trzy rodzaje przyczyn tej sytuacji – mają one charakter, po pierwsze, polityczny, po drugie, ekonomiczny, po trzecie, kulturowy. Zacznijmy od politycznego. – Sądzę, że prawie 10 mln Polaków wciąż żyje w traumie po wyborach prezydenckich, których wynik był dla wielu szokiem. Ta trauma przekształciła się w długotrwałą frustrację i w pewnego typu depresję. Część zwolenników Koalicji 15 Października żyje jakby w ramach kroniki zapowiedzianej śmierci. Wszystko wskazuje na to, że za półtora roku w Polsce władzę obejmie nieprzewidywalna koalicja trzech formacji prawicowych. Poczucie, że rządowi Tuska nie udało się niczego istotnego zmienić, jest bardzo silnym stresorem. Prowadzi do rozczarowania i braku nadziei. A wiara w przyszłość to najlepsze lekarstwo na takie nastroje. A ta druga strona? – A druga strona, pewnie żywiąc się informacjami innej części systemu medialnego, jest sfrustrowana strasznymi „zbrodniami koalicji 13 grudnia”. I też żyje w stanie niepewności. Jej optymizm został zachwiany ewidentnie słabą formą jej lidera, Jarosława Kaczyńskiego, oraz kłótniami w obozie prawicowym. Sytuacja polityczna jest więc źródłem rozczarowań, bo nie nadeszło żadne tak oczekiwane oczyszczenie ani rozliczenie. Takie poczucie mają zwolennicy Koalicji 15 Października. – Bardzo boli to, że ludzie, którzy powinni być jeżeli nie w więzieniu, to przynajmniej przed sądem, śmieją się w twarz i brylują w mediach. Polityka generalnie stała się walką w błocie. Widzimy – i to chyba jest coś, co jednoczy obie strony – że politycy utracili resztki wiarygodności. Ich obietnice, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Jak protekcjonizm w Unii Europejskiej rozgrywa polską żywność Późną jesienią w zagrodach na Kujawach gęsi białe kołudzkie będą się tłoczyły przy korytach z owsem, nim trafią na stoły w Berlinie, Monachium i Hamburgu. A tysiąc kilometrów stąd, w gmachu Berlaymont przy Rue de la Loi 200 w Brukseli urzędnicy Komisji Europejskiej będą zastanawiali się, czy ptaki te zostaną wpisane do unijnego rejestru Chronionych Oznaczeń Geograficznych (ChOG) jako „polska gęś owsiana” i staną się cenioną marką z unijną pieczęcią, czy też pozostaną zwykłym mięsem drobiowym. Wniosek Warszawy w tej sprawie wpłynął pod koniec 2025 r. 18 czerwca 2026 r. – w ostatnim dniu dopuszczalnym przez prawo unijne, przed ogłoszeniem decyzji KE – Niemcy złożyły formalny sprzeciw wobec tej rejestracji, dowodząc, że nie ma nic nadzwyczajnego w żywieniu gęsi owsem, które – zdaniem Berlina – stosuje się także w innych państwach, a to podważa „wyjątkowy” charakter naszego produktu. Protekcjonizm i czarny PR To nic nowego. Jeśli sektor rolno-spożywczy odpowiada za ok. 8,5% całkowitego eksportu Unii Europejskiej i należy do nielicznych branż, w których wspólnota notuje trwałą nadwyżkę handlową ze światem, żywność od dawna jest poważnym wyzwaniem politycznym. Za każdą toną sera, mięsa czy za hodowanymi w Polsce gęsiami stoją głosy wyborców wiejskich, lobbing koncernów przetwórczych i handlowych oraz budżety państw, które dopłacają do wspólnej polityki rolnej dziesiątki miliardów euro rocznie. A gdy na stole leży coś, co karmi ludzi i zasila PKB, unijne zasady można „rozciągać” i „naginać” – zawsze z uzasadnieniem, że chodzi o bezpieczeństwo konsumentów lub ochronę lokalnych tradycji. W Europie bowiem, w odniesieniu do rynku żywności, protekcjonizm nie jest wyjątkiem od reguły – jest regułą w przebraniu złożonych przepisów prawa. Wszystkie państwa członkowskie nauczyły się chronić własnych producentów bez stawiania barier celnych. Jedne robią to lepiej, drugie gorzej. Czasem wystarczą częstsze kontrole na granicach, sprzeciwy w procedurze oznaczenia geograficznego albo wymóg certyfikatów, których nie ma w rozporządzeniach unijnych. Bardzo skuteczne są komunikaty prasowe, które w mediach zamieniają się w czarny PR. Tak postąpili Czesi, gdy w 2013 r. ogłosili, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Fałszywa pamięć wielkiej klęski
Ryki, race i opowieści o zwycięstwie obrażają pamięć powstania Czy oddaliśmy pamięć o powstaniu warszawskim Bąkiewiczowi, jego kumplom i kibolstwu? Czy pamięć o tych, którzy wówczas zginęli, musi być szargana? Kolejna rocznica wybuchu powstania pokazuje, że jest coraz gorzej. Że zamiast powagi i refleksji, mamy dymiące race i krzyki. A prezydent RP opowiada bajki o zwycięstwie. Tyle z tej wielkiej tragedii chce rozumieć. Powstanie warszawskie! Oczywiście naszym obowiązkiem jest o nim pamiętać, ale i to, byśmy się nie okłamywali. Bo to nie było zwycięstwo, lecz wielka klęska. Tak się złożyło, że urodziłem się na warszawskiej Woli, mieszkałem w kamienicy, w której przed wojną mieszkała babcia z moim tatą. Ocaleli w zasadzie przypadkowo. Pacyfikując Wolę, Niemcy mordowali systematycznie, kamienica po kamienicy. Ale bodaj po trzech dniach doszli do wniosku, że to zbyt wiele kosztuje i lepiej ograniczyć się do rozstrzeliwania mężczyzn. W ten sposób ocalała moja babcia z 10-letnim chłopcem, moim ojcem. Ich wspomnienia słyszałem dziesiątki razy. Że uciekli do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej, że wychodząc, musieli iść po trupach. A potem do Pruszkowa. W naszej kamienicy – teraz to rozumiem – mieszkały w zasadzie same starsze kobiety. Do dziś je pamiętam. Chętnie zapraszały mnie na herbatę i ciasto, byłem jednym z niewielu dzieci w tym domu, więc siłą rzeczy budziłem ciepłe uczucia. Zaproszenia kończyły się podobnie – ja piłem herbatę, a sąsiadki opowiadały o swoich mężach i braciach, których zabili Niemcy. A im teraz przyszło żyć samotnie i w bólu. 30 lat po wojnie wciąż przeżywały tamte dni i cierpiały, czas dla nich się zatrzymał. Mój ojciec, rocznik 1933, w powstaniu zanurzony był całkowicie. Kupował wszystkie książki na ten temat, mieliśmy piękny album z fotografiami, wycinał z gazet i tygodników artykuły. Kiedyś przyszedł po mnie do szkoły. Grałem w piłkę, chciałem zostać dłużej, mówiłem: Tatusiu, tak dobrze
10 sierpnia, 2026
Bo ludzie mówili
Prokuratura nadużyła zaufania społecznego – twierdzą obrońcy oskarżonych w sprawie Iwony Cygan Gdyby wystąpienia adwokatów i repliki prokuratora mogły wywoływać pioruny, powietrze w sali sądowej, gdzie dobiegał końca proces oskarżonych o zabójstwo Iwony Cygan, raz po raz przeszywałyby błyskawice. – Dlaczego śledztwo trwało 28 lat? Bo doszło do zmowy milczenia miejscowych sił porządkowych i obywateli miasteczka – mec. Jan Kuklewicz, obrońca Pawła K., kpiącym tonem cytuje oskarżyciela publicznego. I od razu rozprawia się z powtarzanym dziennikarzom wyjaśnieniem Bogdana Michalca, ówczesnego szefa Archiwum X: – A prawda jest taka, że zmowa milczenia miała służyć wytłumaczeniu, dlaczego dowody zbrodni są, jakie są, czyli żadne. Pokrzywdzono mieszkańców Szczucina, nazywając ich miasteczko siedzibą zbrodni. Ta szczególna omerta to pomysł na wytłumaczenie braków w postępowaniu przygotowawczym. Cena przeszłości Mecenas Kuklewicz przez pięć godzin podważa poszczególne tezy oskarżenia. Przekonuje, że gdyby jego klient naprawdę siał taki postrach w Szczucinie i okolicy, będąc nietykalnym dla wymiaru sprawiedliwości, jak sugerował prokurator, wcześniej nie zostałby zatrzymany i skazany razem z Robertem K. za pobicie dwóch nastolatków za to, że mieli obrażać dziewczynę Pawła K. – Oskarżony płaci olbrzymią cenę swojej przeszłości. Był więcej niż aroganckim człowiekiem. Jako ten, który problemy zwykł załatwiać pięścią, dla określonej koncepcji oskarżenia stał się idealnym motywem. Według prokuratury Renata G. miała wyciągnąć Cyganównę z domu i zaprowadzić ją w ręce oprawców. Jest o tym przekonana także rodzina zamordowanej nastolatki. – Weryfikowaliśmy to od A do Z. Renata G. nie znała głównego oskarżonego. Bilingi z telefonu Iwony wskazują, że tamtej tragicznej nocy ktoś inny do niej dzwonił. Nie można się zgodzić ze stwierdzeniem prokuratora, że jakkolwiek nie ma dowodów, nie znaczy to, że takich zdarzeń nie było. Wyssana z palca jest teoria o ofiarach rzekomej zmowy milczenia. Tadeusz D. nie został utopiony, bo wiedział, kto jest mordercą. On sam kilka miesięcy po zabójstwie dziewczyny zeznał, że „tak gadał po pijaku”. A jego zwłoki wyłowione z Wisły nie miały skrępowanych rąk, jak przekazywano w prokuraturze dziennikarzom. Mec. Jacek Jurczyński, obrońca ojca i syna K., powołując się na swoją 30-letnią praktykę, ocenia mowę prokuratora jako akt desperacji. Świadczy o tym już sam opis zarzutu. W akcie oskarżenia stwierdzono, że Paweł K. doprowadził do zabójstwa w Szczucinie – siedlisku grozy i Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
10 sierpnia, 2026
Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi
Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24. Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny? – Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki. Dlaczego nieprzydatne? – Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie. 366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł. – Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać. Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie? – Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna. Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans? – W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy. Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne. – Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić. Z Apache’ami jest inaczej? – Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
10 sierpnia, 2026
Polski kler czyli państwo w państwie
Prof. Tadeusz Bartoś – filozof, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie Czy duchowieństwo w Polsce, oczywiście generalizując, bliższe jest poglądom na swoją wiarę, na naukę Kościoła temu, co myśli społeczeństwo, wierni, i dlatego jest dość odległe od tego, co prezentują ostatni papieże, Franciszek i Leon XIV? – Środowiska, z których pochodzi polskie duchowieństwo, kształtują jego obraz świata. To, co mogłoby uzupełniać ten obraz poprzez wykształcenie teologiczne, do naszego kleru nie dociera. Gdyby czytali konstytucję Gaudium et spes, wiedzieliby, że obok głównej – katolickiej, możliwe są też inne drogi do Boga, że Żydzi, protestanci, ba, nawet ateiści mogą być zbawieni. Kontekst jest taki: katolicy doszli do przekonania, że stracili dominującą pozycję w zachodnim świecie, nie mogli już mówić: jesteśmy centrum świata, a reszta ma do nas dołączyć, bo jak nie, to anatema sit. W pluralistycznej kulturze odgórne narzucanie siebie, dyscyplinowanie, stało się niewykonalne, mogło być już tylko śmieszne. Trzeba było więc zejść z piedestału i wejść w interakcję z tzw. światem. Tego wśród polskiego kleru nie ma. Nadal siedzi on na swoich wyimaginowanych stołkach jedynie słusznej racji i chęci bycia monopolistą prawdy. A całość świata ma za zadanie się słuchać. Czy to wynika z ich wiarołomstwa i nieuznawania tego, co głoszą chociażby wspomniani dwaj papieże? Chcą po prostu, żeby było, jak było? Może więc jednak mówią to, czego wierni chcą słuchać? – Tak, ale w mówieniu o polskim duchowieństwie trzeba uważać, żeby nie przeintelektualizować. Jeśli chcemy je zobaczyć, musimy spojrzeć najpierw na ks. Rydzyka, na ten typ cwaniactwa, choćby biznesowego, bo to jest wzorzec bycia polskiego kleru. Księża nie są tymi, którzy coś uzasadniają, oni mają swoje kościelne interesy do załatwienia. A tacy, którzy głoszą jakieś teorie, zasady wiary, są nieistotni. Ważni są ci, którzy umieją ogarnąć przedsiębiorstwa, jakimi są parafie, biskupstwa itd. A jednocześnie, co jest ważnym elementem, przyciągają dużo ludzi. Z biogramów nominowanych na biskupów wynika, że wielu ma za sobą pobyt w Rzymie. I co, wracają do tego, z czego wyszli, zapominając o watykańskiej edukacji? – Trzeba byłoby na każdą osobę spojrzeć osobno i przyjrzeć się jej karierze biskupiej, zrobionej w wyniku kooptacji. Jeśli jest jakiś młody, podoba nam się, to go pchniemy na studia, później będzie pracował w kurii, a jak się sprawdzi, będzie biskupem pomocniczym, potem diecezjalnym. Czynników wpływających na kościelny awans jest wiele. Opisał to Frédéric Martel w książce „Sodoma”, gdzie pokazuje, jak ważną rolę w polityce kadrowej Watykanu odgrywają przyjaźnie i miłości męskie. Kiedy po Październiku ’56 prymas Wyszyński udał się do Watykanu, w rozmowie z ówczesnym sekretarzem stanu ekipę Gomułki nazywał „narodowymi komunistami”. Czy, parafrazując, można powiedzieć, że w Polsce mamy narodowych, a nie rzymskich katolików? – Można tak powiedzieć. Napięcie między Kościołem lokalnym a globalnym zawsze istnieje. Przymiotnik „narodowy” oznacza różne rzeczy. Katolicyzm nie jest przeciwko patriotyzmowi, a nauki kościelne mówią, trochę trywializując, że koszula bliższa ciału. Przed wojną dominikanin Jacek Woroniecki pisał, że naturalnie bardziej się dba o najbliższych, choćby rodaków, niż o tych, których w życiu się nie widziało. To pod wpływem zdroworozsądkowego arystotelizmu. Natomiast nauki powtarzane przez ostatnich papieży, przeciwko skrajnym nacjonalizmom – bo przecież obowiązuje miłość do wszystkich bliźnich swoich, nawet nieprzyjaciół – w Polsce się nie przebijają. Jan Paweł II wiele zrobił w kwestiach odantysemityzowania katolicyzmu. I co? U nas antysemityzm jest nadal żywy. Winne są także braki w edukacji, nieobecność w szkołach prawdziwej historii polskich Żydów. Jeśli zatem transmisja najnowszych osiągnięć nauki katolickiej jest w Polsce niska, to znaczy, że rządzą jakieś lokalne interesy, również tradycje nacjonalistyczne, co widać w odnoszeniu się do obcokrajowców, teraz Ukraińców. Jeśli co chwilę mamy napady na Ukraińców, a Kościół katolicki milczy, nie robi żadnych gestów, o czymś to świadczy. Dlaczego tak się dzieje? – Może jest tak, jak pan sugeruje, że duchowni nie chcą się narażać swoim ukochanym, umiłowanym wiernym. Byłoby to tchórzostwo (timiditas), przeciwieństwo męstwa (fortitudo), jednej z czterech katolickich cnót kardynalnych. Ja bym powiedział: nie chcą się narażać wiernym sponsorom. – Wtedy mielibyśmy chciwość (avaritia), jeden z siedmiu grzechów głównych, definiowany jako „immoderatus amor habendi” (nieumiarkowana miłość posiadania). Tak że sprawę można ująć fachowym językiem. Są na to paragrafy. Ten mechanizm jest do prześledzenia. Prosta taktyka: jestem proboszczem, zbieram na tacę, mam sponsorów, chcę, a raczej muszę mówić to, co im się spodoba, i co chcą usłyszeć. Nie chcę denerwować ludzi, przychodzą do kościoła, wspierają, czyli jestem w ich kieszeni. Mówiąc językiem kościelnym, muszę zrezygnować z głoszenia Ewangelii. Dlatego apel kardynałów polskich i ukraińskich o pojednanie spotkał się z dość chłodnym przyjęciem wiernych i większości duchowieństwa. – Rzeczywiście apel przeszedł bez echa, nie licząc środowisk narodowych, które wręcz wyrażały dezaprobatę. Kardynałowie Ryś, Nycz czy Krajewski mogą coś napisać, ale nie są w stanie spowodować, by nawet podlegli im proboszczowie wykazywali postawę chrześcijańską. Wielu biskupom, także tym z watykańską edukacją, pewne rzeczy nie przejdą przez gardło, bo nie chcą wychylać się ponad świadomość wiernych. Powiedzmy, że biskup poleca proboszczom w diecezji: w kruchcie każdego kościoła proszę umieścić plakat z napisem: „Każdy Ukrainiec jest twoim bliźnim. Każdy!”. I piękne zdjęcie ukraińskiej rodziny. Ale byłaby jatka, proboszczów na taczkach by wywozili! A może przesadzam? Czy Kościół w Polsce będzie coraz bardziej przybierał kształt Kościoła radiomaryjnego? – Poza pojedynczymi, tzw. oświeconymi enklawami, od niepamiętnych czasów miał ducha radiomaryjnego. Zanim pojawiło się Radio Maryja, on już tam był. Może kiedyś stać się inny? – Różne są scenariusze. Jeśli jakaś struktura społeczna się zmniejsza, to się elitaryzuje. Młodzi nie chodzą do kościoła, starzy nie dają rady. Następuje wymiana pokoleniowa i zostają tacy bardziej świadomi, oświeceni. To może być czynnik jakiejś zmiany. Problem jednak polega na tym, o czym Jacek Woroniecki pisał w jednym z artykułów o sentymentalizmie, fideizmie i irracjonalizmie polskiego katolicyzmu: wiara to czucie, masz wierzyć, przestań ciągle wszystko analizować, bo to jest „niemieckie mędrkowanie”. Katolicyzm p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
10 sierpnia, 2026
Ignorant, kłamca i tchórz
Błaszczak minister katastrofa „Mamy do czynienia z ludźmi nieodpowiedzialnymi, którzy pozwalają na to, żeby 100 km w głąb naszego terytorium przeleciała rosyjska rakieta, i nie zestrzeliwują tej rakiety”, mówił Mariusz Błaszczak po tym, gdy na polu rzepaku we wsi Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie rozbił się rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Były szef MON zażądał dymisji premiera Donalda Tuska oraz ministrów Władysława Kosiniaka-Kamysza i Marcina Kierwińskiego, którym dostało się także za chaos informacyjny i zbyt późne powiadomienie mieszkańcowi zagrożonych terenów o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Filipiki Mariusza Błaszczaka pokazują, że nie ma on bladego pojęcia o wojsku. To nie premier i minister obrony narodowej decydują o zestrzeliwaniu wrogich rakiet, ale dowódcy wojskowi na podstawie obowiązujących procedur. Gdyby Polska była w stanie wojny, wojsko automatycznie niszczyłoby każdy wykryty obiekt. Ale nie jest i musimy przestrzegać przepisów w czasie pokoju. Mówią one wyraźnie, że trzeba mieć stuprocentową pewność (wizualną) w identyfikacji obiektu, aby np. wykluczyć pomylenie go z maszyną cywilną. A w pobliżu strefy, gdzie leciał pocisk, odbywał się normalny ruch pasażerski. Takiej stuprocentowej pewności wojskowi nie mieli. Zdaniem specjalistów pocisk Ch-101 jest trudno wykrywalny, poruszał się z prędkością ok. 1 tys.km/godz. na bardzo niskiej wysokości. Zgodnie z ustawą o ochronie granicy państwowej decyzję o zniszczeniu pocisku rakietowego podejmuje dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych (jest nim gen. Ireneusz Nowak) w formie rozkazu. „Rozkaz wydaje się adekwatnie do zagrożenia, w granicach określonych w wiążących Rzeczpospolitą Polską ratyfikowanych umowach międzynarodowych, po rozpatrzeniu całokształtu okoliczności konkretnego zdarzenia i wynikającego z niego realnego i poważnego zagrożenia dla życia osób postronnych, w tym możliwych ofiar ataku”, czytamy we wspomnianej ustawie. Gen. Ireneusz Nowak na podjęcie decyzji miał kilkadziesiąt sekund i nawet gdyby było tak, jak twierdził Błaszczak, to nie zdążyłby skontaktować się z Tuskiem i Kosiniakiem-Kamyszem. To, że nie zestrzelono rosyjskiej rakiety, wcale nie oznacza, że wojsko było bierne. Pocisk monitorowano jeszcze na terytorium Ukrainy, poderwano polskie i sojusznicze myśliwce F-16. Jednak pilotom nie udało się zidentyfikować obiektu, bo zniknął im z radarów. Minister dezinformacji Mariusz Błaszczak, który przez sześć lat (2018-2023) był ministrem obrony narodowej, jest wyjątkowo bezczelny w krytyce rządu. Tę bezczelność uznaje zresztą za swój atut, mniemając, że ludzie mają krótką pamięć, a ciemny lud kupi jego niedorzeczne wywody. W listopadzie 2022 r. w Przewodowie spadła ukraińska rakieta, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
10 sierpnia, 2026Świat
Caporalato – system, który zabija Wieczorem 1 czerwca na stacji benzynowej w Amendolarze, niewielkiej miejscowości we włoskiej Kalabrii, zatrzymała się furgonetka z pięcioma migrującymi robotnikami rolnymi. Chwilę później doszło do ataku. Nagrania z monitoringu, opublikowane przez „Corriere della Sera”, pokazują dwóch mężczyzn podchodzących do pojazdu. Wlewają do środka łatwopalną ciecz, zamykają drzwi i podpalają samochód. Uwięzieni wewnątrz ludzie nie mają szans na ucieczkę. Trzech obywateli Afganistanu i jeden Pakistańczyk giną w płomieniach. Piąty mężczyzna przeżywa – udaje mu się wyskoczyć przez okno. W zeznaniu mówi, że wszyscy pracowali bez wynagrodzenia przy zbiorze truskawek. Do ataku miało dojść po tym, jak zażądali wypłaty należnych pieniędzy od osób organizujących im pracę. Śledczy zatrzymali dwóch obywateli Pakistanu. Zostali oni zidentyfikowani jako tzw. caporali – nieformalni pośrednicy kontrolujący rynek pracy migrantów. Premier Giorgia Meloni stwierdziła, że zabójstwa zszokowały Włochy. Dla osób od lat badających system pracy sezonowej w rolnictwie była to jednak kolejna, skrajna odsłona znanego mechanizmu. Fabryka taniej pracy Włoskie caporalato to jeden z najtrwalszych systemów nielegalnego pośrednictwa pracy w Europie Południowej. Opiera się na sieci caporali, pośredników, którzy rekrutują migrantów, organizują im transport, zakwaterowanie i zatrudnienie, za każdą z tych usług pobierając opłaty. W praktyce oznacza to całkowitą kontrolę nad pracownikiem. Według danych związku zawodowego reprezentującego pracowników przemysłu rolno-spożywczego FLAI CGIL w niektórych regionach południowych Włoch jedynie ok. 30% migrantów pracujących w rolnictwie ma formalne umowy. Ale nawet w takich przypadkach część wynagrodzenia wypłacana jest „na czarno”. Reszta pracuje całkowicie poza systemem. Stawki sięgają często 2-3 euro za godzinę. Jednocześnie robotnicy płacą za transport, jedzenie i nocleg – usługi organizowane przez tych samych pośredników, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kto pilnuje granic Europy
Wydarzenia z Ceuty pokazały, jak niebezpiecznie jest oddawać kontrolę nad imigracją Na tym etapie naprawdę trudno uwierzyć, że był to naturalny napływ ludzi. Wystarczy spojrzeć na fakty, nie tylko związane z hiszpańskimi eksklawami w Afryce. Ceuta, kontrolowane przez Madryt miasto-region, od czterech stuleci pozostaje częścią państwa hiszpańskiego, choć formalnie jest regionem autonomicznym, o sporym stopniu samorządności. Najważniejsze jednak, że nie jest objęte tymi samymi regulacjami prawa międzynarodowego co kontynentalna część kraju. Dokładniej: nie należy do strefy Schengen ani do Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że nawet mieszkańcy Ceuty oraz legalnie przebywający tam imigranci muszą każdorazowo przejść kontrolę graniczną i pokazać dokumenty, żeby przedostać się na inne terytorium Unii Europejskiej. W przypadku ewentualnego ataku, nawet będącego elementem wojny hybrydowej, NATO nie miałoby też podstaw do interwencji. Skąd ten zryw? Jeszcze lepszy obraz sytuacji otrzymamy po zestawieniu danych populacyjnych. W Ceucie na co dzień mieszka ok. 82 tys. osób, głównie Hiszpanów, choć wielu z nich jest mieszanego pochodzenia i żyje w marokańsko-hiszpańskich związkach. Sporo jest też hiszpańskich muzułmanów. Jeśli zatem w ciągu 30 godzin na ulicach Ceuty pojawia się 60 tys. nielegalnych imigrantów, miasto jest sparaliżowane. Niemal dwukrotne zwiększenie populacji w ciągu nieco ponad doby doprowadziłoby do załamania wszystkich systemów społecznych, militarnych i infrastrukturalnych. Nie ma więc co się dziwić mediom i lokalnym władzom, które te wydarzenia błyskawicznie nazwały kryzysem. Dalej na ścieżce dowodów liczbowych znajdują się dane Fronteksu, unijnej agencji kontroli zewnętrznych granic UE. Wynika z nich, że przez 12 miesięcy ubiegłego roku na tzw. szlaku zachodniego Morza Śródziemnego – obejmującym Ceutę, Melillę, ale też Gibraltar – odnotowano zaledwie 19,4 tys. przypadków przekroczenia granic bez wymaganych dokumentów. Z jednej strony to wzrost o 19% rok do roku, wynikający najpewniej z uszczelnienia granic na środku Morza Śródziemnego i na Morzu Egejskim czy na szlaku bałkańskim. Z drugiej – i niech to wybrzmi – to mniej niż jedna trzecia całkowitej liczby imigrantów, która pojawiła się w Ceucie w ciągu nieco ponad doby. Nawet gdyby uwierzyć w naturalne przyczyny tego zrywu migracyjnego, byłby on możliwy jedynie wskutek gwałtownej zmiany warunków bytowych po marokańskiej stronie granicy. Tak, w Maroku żyje się gorzej niż w Hiszpanii, państwo jest represyjne i słabiej rozwinięte gospodarczo, ale nierówności istnieją od dekad. W dodatku w Maroku w ostatnich dniach czy tygodniach nie doszło do żadnej katastrofy, która zmusiłaby ludzi do masowej ucieczki. Jedyną zmianą na płaszczyźnie faktów, jaka rzeczywiście zaszła, był wyrok hiszpańskiego Sądu Najwyższego zabraniający natychmiastowego odsyłania za granicę imigrantów, którzy próbowali przedostać się do Hiszpanii drogą morską. Nie oznacza to absolutnie – wbrew temu, co propaguje dzisiaj skrajna prawica – że nagle rząd Pédra Sáncheza zdecydował się przyjąć wszystkich tych ludzi. Przeciwnie, nadal mieliby być odsyłani, ale po przejściu procedury weryfikacyjnej pod kątem prawa do azylu, już na lądzie. A ochrony prawnej większość z nich by nie otrzymała, bo Maroko nie jest w stanie wojny i nie prowadzi działań militarnych przeciwko innym państwom. Z praktycznego punktu widzenia wyrok madryckiego sądu co najwyżej dawał imigrantom kilkanaście dodatkowych godzin w punkcie procesowania ich aplikacji gdzieś w Ceucie. Na hiszpańską część kontynentu i tak by się nie przedostawali. Wreszcie ostatni element tła, czyli poprzedni incydent migracyjny w Ceucie. W 2021 r. władze Maroka wyraźnie manifestowały niezadowolenie z faktu, że Hiszpania zezwoliła na hospitalizację z powodu zachorowania na COVID-19 lidera Frontu Polisario, separatystycznej organizacji walczącej o niepodległość okupowanej przez Maroko Sahary Zachodniej. Hiszpanie przyjęli go do siebie, a w ramach „odwetu” Marokańczycy na chwilę zaprzestali kontroli paszportowych po swojej stronie granicy z Ceutą. Nawet wtedy jednak liczba imigrantów, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
10 sierpnia, 2026
O czym są izraelskie wybory?
W narracjach podczas kampanii wyborczej w Izraelu dominują sprawy wewnętrzne Szósty rząd Beniamina Netanjahu zostanie zapamiętany nie tylko dlatego, że składa się w dużej mierze z partii prawicowych i prowadzi najdłuższą ciągłą wojnę w historii Izraela, do tego na wielu frontach, i przejmuje kontrolę nad kolejnymi terytoriami (oficjalnie jako tymczasowy środek bezpieczeństwa). To także pierwszy od prawie 40 lat moment, gdy Kneset nie rozwiązał się przed planowanym końcem kadencji. Ostatni raz było tak w 1988 r., gdy urzędującym premierem był Icchak Szamir, znany w Polsce przede wszystkim za sprawą kontrowersyjnego wywiadu z 1989 r., podczas którego powiedział, że Polacy antysemityzm „wysysają z mlekiem matki”. Słowa te, powtórzone przez Israela Katza, p.o. ministra spraw zagranicznych, w 2019 r. wywołały kryzys dyplomatyczny. 27 października Izraelczycy pójdą do urn, by wybrać kolejny rząd. Odchodzący blok Likudu, partii religijnych i skrajnej prawicy, ma obecnie ponad 60 miejsc w 120-osobowym parlamencie, ale utrzymanie tego poziomu może okazać się wyzwaniem. Dzisiaj wielu Izraelczyków oczekuje, by w kraju powstała niezależna komisja, która zbadałaby odpowiedzialność rządu za zaniedbania, które pozwoliły Hamasowi na atak 7 października 2023 r. Temat powstania komisji ciągnął się przez całą kadencję. Atak, w którym zginęło 1,2 tys. Izraelczyków, a 251 uprowadzono do Gazy, określany jest jako największe zaniedbanie bezpieczeństwa narodowego w historii Izraela. To o tyle kuriozalne, że kwestia bezpieczeństwa była tematem, dzięki któremu Beniamin Netanjahu wygrał niejedne wybory. Opozycja bardzo szybko podniosła kwestię powołania komisji państwowej, lecz rząd Netanjahu do samego końca opierał się przed wzięciem odpowiedzialności za porażkę, jaką poniósł 7 października, i obarczał nią przede wszystkim służby i wojskowych. Ostatecznie jednak w grudniu 2025 r. parlamentarzysta z Likudu Ariel Kallner zaproponował ustawę, na mocy której miałaby powstać komisja mianowana przez ugrupowania polityczne, ale pomysł odrzuciła opozycja, domagając się uruchomienia śledztwa niezależnego od politycznych nominacji. W połowie lipca Netanjahu poinformował Sąd Najwyższy, że pomimo trwających od grudnia prac, nie uda mu się doprowadzić do głosowania nad ustawą do końca kadencji i zostanie ona ukończona po 27 października. Premier wezwał też sąd do odrzucenia złożonych w ostatnich trzech latach petycji domagających się utworzenia komisji, gdyż – jak podkreślił – zadecydują o tym wyborcy przy urnach. Zdaniem Netanjahu winę za tę opieszałość ponosi przede wszystkim regulamin Knesetu i inne harmonogramy, nietrudno jednak zauważyć, że przecież prace nad innymi kontrowersyjnymi ustawami trwały, a nawet część z nich udawało się przyśpieszyć. Tak było w przypadku ustaw ograniczających uprawnienia prokuratora generalnego do nadzorowania działań rządu. Lapid-Bennett po raz drugi Nadchodzące wybory będą inne od poprzednich także dlatego, że odpowiedzialność rządu za zaniedbania związane z wydarzeniami 7 października będzie najważniejszym motywem kampanii. Można było to zauważyć już w kwietniu, gdy start pod jednym szyldem ogłosiło dwóch byłych premierów, Jair Lapid i Naftali Bennett, którzy zdecydowali się utworzyć wspólną listę wyborczą pod wymowną nazwą BeJachad (Razem). Politycy, którzy tworzyli wspólnie rząd od czerwca 2021 r. do końca 2022 r., podczas konferencji, na której ogłosili fuzję, zapowiedzieli, że kwestia powstania komisji będzie jedną z kluczowych, jeśli uda im się ponownie zbudować rząd. „Po 30 latach nadszedł czas, by pożegnać się z Netanjahu i rozpocząć nowy rozdział”, mówił Naftali Bennett na konferencji w luksusowym hotelu w Herclijji, nawiązując do tego, że Netanjahu po raz pierwszy fotel premiera objął w 1996 r. i jest dzisiaj najdłużej urzędującym premierem Izraela w historii. Bennett, dawny koalicjant Netanjahu, żołnierz, przedsiębiorca i prawicowy polityk, był w 2021 r. pierwszym ortodoksyjnym Żydem, który został premierem Izraela. Stąd jego wizerunek przez lata kojarzył się przede wszystkim z ciemnym garniturem, krawatem i nieodzowną kipą na głowie. Dzisiaj w kampanii uderza w inne tony. Dużo mówi o pracy i naprawianiu, a eksperci od wizerunku ubrali go w dżinsy i T-shirt, zakładając, że w ten sposób lepiej trafi do młodszych wyborców i osób pracujących. W takim stroju w ostatnich Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
Pomoc w umieraniu
Czy Francja legalizuje eutanazję? Korespondencja z Francji Obóz polityczny prezydenta Francji zrealizował właśnie jedną z nielicznych obietnic wyborczych. Jest nią ustawa o tzw. pomocy w umieraniu (aide à mourir), nad którą Francja debatowała od lat. W Polsce ukazało się wiele artykułów poruszających kwestię legalizacji eutanazji i cywilizacji śmierci. Francuska ustawa jednak nie do końca spełnia kryteria klasycznej eutanazji, którą stosuje się np. w Holandii czy Belgii. Sugeruje to także nazwa ustawy, która nie jest zwykłym eufemizmem, lecz tłumaczy kompromis, który narodził się w drodze długich rozważań i negocjacji społecznych. Temat na pewno zasługuje na obiektywne omówienie, by wyeliminować uproszczenia sprowadzające go do „zalegalizowania zabójstwa”. Projekt ustawy dotyczącej pomocy w umieraniu ma wprowadzić możliwość uzyskania przez niektórych pacjentów pomocy w zakończeniu życia w sytuacji ciężkiej, nieuleczalnej choroby, powodującej nieznośne cierpienie. Ustawa opiera się przede wszystkim na zapisie, który przewiduje samodzielne podanie przez pacjenta śmiertelnej substancji. Interwencja lekarza lub pielęgniarki jest przewidziana jedynie wyjątkowo, gdy stan fizyczny chorego uniemożliwia wykonanie tego aktu. W przeciwieństwie do Belgii i Holandii, gdzie eutanazja polega zasadniczo na bezpośrednim podaniu substancji przez lekarza, francuski ustawodawca chciał zachować zasadę, że decydujący akt należy do pacjenta. Długa droga legislacyjna Debata wokół projektu tej ustawy ujawniła głębokie podziały społeczne i polityczne między zwolennikami większej autonomii jednostki a obrońcami zasady nienaruszalności życia. Droga do obecnego jej kształtu zaczyna się od ustawy Leonettiego z 2005 r., zakazującej uporczywej terapii. Mówi ona, że lekarz może przerwać leczenie, które stało się „nieracjonalne” lub nieproporcjonalne, ale zabronione jest celowe spowodowanie śmierci pacjenta. Kolejnym etapem była ustawa Claeysa-Leonettiego z 2016 r., która umożliwiła głęboką i ciągłą sedację (obniżanie świadomości) pacjentów u kresu życia. Był to ważny etap: pacjent mógł zostać utrzymany w stanie nieświadomości aż do naturalnej śmierci, jednak nadal nie była to ani eutanazja, ani wspomagane samobójstwo. Ewolucja legislacji w tym zakresie w Belgii, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
Liga Mistrzów internetu
Amazon, Alibaba i rosyjskie giganty handlu elektronicznego – władza nad ekranem smarfona Handlem internetowym władają dziś imperia, które kontrolują magazyny, dane, płatności i codzienne decyzje miliardów ludzi. Na trzech kontynentach ukształtowały się trzy modele tej władzy: amerykański totalny operator, chiński ekosystem sieciowy i rosyjski duopol zbudowany na gęstej logistyce oraz żelaznej dyscyplinie. Ich historie to opowieść o bogactwie, przemocy i cenie, jaką płaci się za panowanie nad ekranem smartfona. Model Bezosa Historia Amazona zaczęła się w garażu w Bellevue pod Seattle. Były bankier z Wall Street Jeff Bezos w 1994 r. uznał, że internet zrewolucjonizuje handel, i zaczął sprzedawać w sieci… książki. Bo pierwotnie Amazon był księgarnią. Trzy dekady później stał się machiną, która w 2024 r. wygenerowała 637,96 mld dol. przychodów i 59,25 mld dol. zysku netto. Dziś to korporacja, której skala przychodów przewyższa PKB wielu gospodarek europejskich. Jeff Bezos stworzył model, w którym handel, logistyka, chmura obliczeniowa, kanał streamingowy Amazon Prime, a nawet technologie kosmiczne, takie jak Projekt Kuiper (Amazon Leo) – czyli budowa konstelacji satelitów zapewniających dostęp do szerokopasmowego internetu – tworzą zintegrowaną całość. Bezos jest też właścicielem i twórcą prywatnej spółki Blue Origin, która rozwija technologie budowy rakiet, lądowników i wszystkiego, co jest związane z usługami kosmicznymi. Pod tym względem właściciel Amazona rywalizuje z Elonem Muskiem. Jednak to jest margines jego działalności. Tym, nad czym dziś koncentruje się amerykańska spółka, jest utrzymanie dominacji w dziedzinie logistyki. Koncern ma pełną kontrolę nad łańcuchem dostaw — od przyjęcia towaru po dostarczenie go do klienta. Pozwala to na realizację zamówień w jeden dzień – nawet jeśli dostawy odbywają się pomiędzy różnymi kontynentami. Nikt dotychczas nie zbudował porównywalnej sieci magazynów, sortowni i floty w tak wielu państwach jednocześnie. Automatyzacja, robotyka i sztuczna inteligencja nie są w Amazonie ozdobą prezentacji inwestorskich, lecz kręgosłupem firmy, od którego zależy jej przyszłość. Pytanie brzmi: jak długo politycy, pracownicy i sprzedawcy będą gotowi płacić cenę wyznaczoną przez Bezosa? Zwłaszcza że osoby zatrudnione w magazynach koncernu w Europie i Stanach Zjednoczonych od lat skarżą się na tempo pracy, które nie zna ani litości, ani wolnych dni – stąd legenda firmy, która działa bez wytchnienia. Jeff Bezos zbudował kult efektywności, w którym każda sekunda między kliknięciem a dostawą jest mierzona, optymalizowana i przeliczana na dolary. Ta obsesja uczyniła z Amazona wzorzec, którego na razie nikt nie dogonił. Alibaba – smok z Hangzhou Jeśli Amazon jest maszyną, to Alibaba Group jest archipelagiem. W 2024 r. holding z Hangzhou wykazał 941,17 mld juanów przychodów i 71,33 mld juanów zysku netto. To skala wyraźnie mniejsza od amerykańskiego rywala. Alibaba nie jest ściśle zintegrowanym operatorem, lecz holdingiem złożonym z wielu platform handlowych, usługowych i spółek, które tworzą wspólny organizm. Zarabia na pośrednictwie, reklamie i usługach dla sprzedawców. Nie musi być właścicielem każdego magazynu ani każdej ciężarówki. Wystarczy, że sprawnie organizuje rynek, kieruje ruchem i inkasuje opłaty za dostęp do miliardów chińskich konsumentów. Rdzeniem grupy są dwie platformy handlu internetowego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
Francuski work-life balance zagrożony
Czy więcej dni wolnych oznacza dziś nad Sekwaną luksus? Korespondencja z Francji Czy Francuzi pracują za mało? Dla obozu Emmanuela Macrona odpowiedź wydaje się oczywista, jednak związki zawodowe oraz opozycja mają inne zdanie na ten temat. Debata o czasie pracy oraz o dniach wolnych stała się jednym z najważniejszych sporów o przyszłość francuskiego modelu społecznego. 1 maja jest we Francji ważnym świętem. Odwołuje się nie tylko do najważniejszych zdobyczy francuskiego socjalizmu, ale jest też ciekawym zjawiskiem obyczajowym – w trakcie święta obdarowuje się bliskich i znajomych konwaliami. To symboliczny wyraz sympatii oraz życzliwości, który wpisuje się w wiosenny klimat tego święta. Spór o Święto Pracy we Francji coraz mniej dotyczy jednak samej jego symboliki, a coraz bardziej realnych fundamentów gospodarki. Francuski system – oparty na 35-godzinnym tygodniu pracy, dużej liczbie dni wolnych czy takich udogodnieniach jak prawo do bycia offline, rozbudowana ochrona przed zwolnieniem czy wynagradzanie nadgodzin – coraz częściej zderza się z presją globalnych gigantów gospodarczych, którzy w odpowiedzi na te systemowe gratyfikacje przenoszą swoje ośrodki np. do Polski. W tej sytuacji spór o kalendarz świąt okazuje się tylko pretekstem do zadania ważniejszych pytań: czy państwo dobrobytu w XXI w. da się pogodzić z globalnym dyktatem gospodarki liberalnej, czy może Francja będzie zmuszona zrewidować swoje społeczne priorytety? Metro, robota, lulu Francja uchodzi za jeden z krajów o najzdrowszej kulturze pracy. Czy jednak na pewno tak jest? Zwyczaje pracownicze dobrze ilustruje dewiza „Métro, boulot, dodo”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „metro, robota, lulu”. Francuzi wstają zazwyczaj późno, idą do pracy na 9.00-9.30, spożywają długi, dwugodzinny obiad o godz. 12.00, a potem pracują często nawet do 20.30-21.00. Cały rytm dnia podyktowany jest pracą. Nie ma czasu na życie rodzinne, dzieci również spędzają cały dzień w szkole – od 9.00 do 17.00 albo 18.00 – czas ten wydłuża jeszcze przerwa obiadowa. Urlop macierzyński trwa standardowo nieco ponad trzy miesiące. Wszystko po to, aby raz w roku pozwolić sobie na wakacje nad morzem lub na wyspach któregoś z departamentów zamorskich. Według francuskiego prawa pracy każdemu przysługuje pięć tygodni urlopu. Problem w tym, że wszystko jest regulowane, lecz nic nie jest gwarantowane. Praca we francuskich firmach charakteryzuje się specyficznym połączeniem tradycyjnych struktur hierarchicznych z rozbudowanym systemem ochrony pracowników. Mimo rosnącej popularności partycypacyjnych modeli zarządzania (w których pracownicy są w większym stopniu włączani w podejmowanie decyzji), wiele przedsiębiorstw nadal funkcjonuje w wyraźnie pionowej struktury, w której decyzje podejmowane są głównie przez kadrę kierowniczą, a kontrola nad pracownikami jest duża. Wielu pracowników pochodzących z innych krajów zwraca również uwagę na kwestię prezenteizmu, czyli obecności w biurze i przestrzegania nieformalnych norm, niekiedy ważniejszych niż sama wydajność. Charakterystyczne dla francuskiej kultury pracy są także często organizowane spotkania, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
27 lipca, 2026Kultura
Czasami czuję ten ciężar
Teatr Telewizji jest największą sceną świata Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem? – Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić. Żeby mieć o czym mówić we wrześniu? – Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska. I co, naprawdę się zmieniło? – Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego. O jakich spektaklach pan mówi? – O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału,
Hanka podnosi się z każdego upadku
Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026). Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst? – Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”. W jakim znaczeniu? – Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie. „Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę. – Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski. I jak, miłość od pierwszego wejrzenia? – Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu. Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram. – Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia. Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich? – Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka, Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026
Nasza druga strona ciszy
Surrealizm staje się remedium na współczesne lęki. Pomaga rozbroić wewnętrzne napięcia „Gdy już nie będę mogła mówić, będzie o mnie milczał wiatr”*, pisała w wierszu „Obecność” Erna Rosenstein. Taka cisza jednak nie zapadła. Dziś mówią za nią jej obrazy – i to donośnie. Oczy świata sztuki zwróciły się właśnie na Polskę – w wiedeńskim Belwederze otwarto dużą monograficzną wystawę malarstwa artystki (1913-2004), przedstawiając ją jako jeden z najbardziej oryginalnych głosów w europejskiej sztuce powojennej. Świadectwem rangi tego wydarzenia jest fakt, że ekspozycji oddano przestrzeń muzealną aż na pół roku. Miło mi było jako Polakowi włączyć się w międzynarodowy tłum zwiedzających, zachwyconych przywiezionymi z Polski 80 obrazami. Nie opuszczało mnie przy tym pytanie: skąd wzięło się nagłe zainteresowanie znaczącego muzeum europejskiego tą stosunkowo mało znaną artystką? I o czym ono świadczy? Przede wszystkim Erna Rosenstein przestaje być twórczynią mało znaną. W ostatnich latach prezentacje jej dzieł odbyły się w Londynie, Nowym Jorku, Zurychu czy Kassel. Wiedeńska ekspozycja wpisuje się w ten harmonogram, podkreślając zarazem wiedeński ślad w jej biografii. To tutaj artystka uczyła się w latach 30. ubiegłego wieku. Do Wiednia wysłał ją ojciec – sędzia lwowski – w obawie przed wejściem córki do kręgów lewicującej młodzieży oraz grozą narastającej w Polsce niechęci do Żydów. Duża część abstrakcyjnych obrazów ukazanych na wiedeńskiej wystawie rodzi skojarzenia z kwiatami, tkankami czy anatomią ciała. Emanuje z nich zachwyt nad biologicznym fenomenem życia i jego zagadkowością. Odbiorców fascynuje to szczególnie, gdyż wiedzą, że te formy tworzyła kobieta obciążona niewyobrażalną traumą. Najmocniejszym ładunkiem tej twórczości – tym, który przyciąga wielu i w tajemniczy sposób w tych dziełach eksploduje – są jej makabryczne doświadczenia z czasów okupacji. Artystka poznała piekło lwowskiego getta. Po ucieczce stamtąd w 1942 r. rodzice Erny zostali zamordowani w jej obecności w lesie pod Małkinią przez przewodnika, który za opłatę miał zapewnić im schronienie. Dziewczyna uciekła przed przeznaczoną dla niej kuli. Na dodatek musiała później w dramatycznych okolicznościach wyrzec się związku z zamordowanymi rodzicami, a nawet milczeniem osłonić sprawcę, by przed małomiasteczkowym tłumem zataić swoje pochodzenie. „Jak można z takim bagażem żyć dalej, Wystawa „Jenseits der Stille” Wiedeń, Unteres Belvedere (Dolny Belweder) do 10 stycznia 2027 r. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz czy żebrak?
Zabezpieczenie socjalne dla artystów Ustawy o zabezpieczeniu socjalnym dla artystów jeszcze nie ma, ale już zdobyła niemałą sławę z powodu hejtu w sieci. Nawałnicę inwektyw wywołał szef Konfederacji Sławomir Mentzen, mówiąc: „Słuchajcie, artyści. Wielu z was wypowiada się publicznie, z nieukrywanym poczuciem wyższości, w sprawach, o których nie macie zielonego pojęcia. Do tego z pogardą traktujecie ciężko pracujących i finansujących was ludzi, którzy muszą na was płacić, nawet gdy zarabiają mniej od was. Nie macie do tego żadnych podstaw. Jeśli jesteś aktorem, to znaczy, że umiesz ładnie czytać napisany przez kogoś tekst, potrafisz udawać kogoś, kim nie jesteś, i pajacować na scenie tak, żeby publiczności się podobało. Nie jesteś w niczym lepszy od magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników. Wiedzę o prawdziwym świecie masz nawet zwykle mniejszą niż oni. Ładnie czytasz z kartki i tyle”. Kiedy indziej z ust polityka wyrwało się słowo „darmozjady”. Kij został włożony w mrowisko, w środowisku artystycznym kto tylko mógł, wyraził oburzenie. Wysłuchanie publiczne w sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu było kontynuacją dawania odporu słowom polityka, który akurat nie należy do osób często widzianych w teatrze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Przełomy i samotna aktorka
46. Warszawskie Spotkania Teatralne miały kłuć, proponując teatr, który nie pozostawia widza obojętnym Na afiszu znalazło się 16 spektakli, w tym kilka zagranicznych i dwa studenckie. Wszystkim towarzyszyło hasło „Przełomy” sugerujące, że mamy do czynienia z teatrem, który inspiruje zmiany w otaczającym nas świecie. Program WST zawsze budowany był z tego, co proponują teatry, więc siłą rzeczy był lustrzanym odbiciem tego, co widać na scenach. Czerwcowa 46. edycja ukazała teatr silnie zakotwiczony we współczesności, który jednak źródeł bieżących konfliktów i niepokojów poszukuje w przeszłości, często nierozliczonej, nieprzepracowanej i niezrozumianej. Prawie wszystkie spektakle odnosiły się do wydarzeń sprzed lat, tylko jeden, „Pokój”, wybiegał horyzontem czasowym w przyszłość. Wszystkie zarazem, niezależnie od tego, czy ich kanwą były dawne wydarzenia, czy toczyły się w czasie niedookreślonym albo przyszłym, czy to w Argentynie, czy w Niemczech, czy w Polsce, silnie rezonowały ze światem zza okien. Spotkania potwierdziły, że teatr czuje puls współczesności i potrafi nadać temu odczuciu oryginalny rys formalny. Jak tego dokonuje? Po pierwsze, stawia pytanie, kim był i kim jest artysta Jak w „Piramidzie zwierząt” Michała Borczucha (Narodowy Stary Teatr), nawiązującej tytułem do słynnej pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry, instalacji z wypchanych ciał zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Artystkę zainspirowała baśń braci Grimm „Muzykanci z Bremy”, a jej przesłaniem był zakodowany w pracy protest przeciw zabijaniu i towarzyszącej zabijaniu hipokryzji. Zrozumiano ją opacznie. Gwałtowne protesty, które towarzyszyły udostępnieniu tej pracy wraz z zapisem wideo zabijania konia przeznaczonego do wypchania, stały się klinicznym dowodem zakłamania w podejściu do zabijania zwierząt. O tym opowiada spektakl, szerzej ukazujący artystów wyrosłych głównie w kręgu pracowni rzeźby prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP. Borczuch wyraźnie sięga do „Factory 2” Krystiana Lupy, opowieści o nowojorskiej bohemie, wystawianej w tym samym Narodowym Starym Teatrze (2008). Pojawia się w „Piramidzie zwierząt” m.in. Zbigniew Libera, guru sztuki krytycznej, którego zdanie „artysta nie może być odpowiedzialny” mogłoby stanowić podtytuł tego przedstawienia o roli sztuki w świecie współczesnym (czasem ukazywanej też w krzywym zwierciadle, z przekąsem). Przy czym wbrew pozorom spory o granice wolności artystycznej wcale nie ustały, a strofowanie niegrzecznych artystów weszło w krew nie tylko krytykom, ale i politykom. Spektakl należy do najlepszych realizacji Borczucha, najbardziej domyślanych w warstwie wizualnej (wymowna transmisja z podróży pociągiem z Krakowa do Trójmiasta wsysa widza w rytm tej opowieści), precyzyjnie skonstruowanych. Czasem irytujący powolny bieg akcji ma swoje istotne walory – pozwala na dystans i refleksję. Aktorskie dopracowanie rysunku postaci i sytuacji oraz wyraźne oddanie rolom (szczególnie zwraca uwagę otwierający spektakl przeszło półgodzinny monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli Katarzyny Kozyry) dodaje całości smaku. Przy czym wcale nie trzeba głęboko orientować się w hierarchiach i zjawiskach sztuki współczesnej, aby odczuć sugestywnie odtworzony klimat lat 90. i niebudzącą wątpliwości deklarację teatru i reżysera, że szuka pozbawiona wolności karleje, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz, szarlatan, chuligan
Gałczyński, poeta nie z tej ziemi Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”. Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach? – Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć. Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego? – Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty. Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira. – Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki. Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia. – Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców. Manipulowała faktami? – Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”. W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”… – A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą. Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r. Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem. – Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jazz… To jest całe moje życie
Muzykowanie na żywo. Nie same nuty Henryk Miśkiewicz – saksofonista, kompozytor, aranżer, legenda polskiego jazzu, muzyk wszechstronny. Trzykrotny laureat Fryderyka – nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Ojciec perkusisty jazzowego Michała Miśkiewicza i piosenkarki Doroty Miśkiewicz. W czerwcu 2026 r. świętuje 75. urodziny. Jest jazz? – To jest cały czas żywa muzyka. A dixie? – Te początki? Młodzież tego już nie gra. Szkoda, bo to świetna muzyka, pod nóżkę… Ludzie do tego tańczyli. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem. Miałem 12 lat i do Kożuchowa, gdzie mieszkaliśmy, przyjechał zespół Zygmunta Wicharego, który grał dixieland. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jazz. I poczułem: to jest to! A tydzień wcześniej słyszałem Trubadurów. I? – I nic. A tu przyjechał zespół, który grał trudniejszą muzykę. I od razu tak mnie wzięło, że nie mogłem usiedzieć. Na początku miał pan grać na akordeonie. – W Kożuchowie było ognisko muzyczne. Grałem tam na akordeonie, potem na klarnecie. A później mój profesor powiedział, że powinienem iść do szkoły, do Wrocławia, że tam się więcej nauczę. Widział we mnie talent. Dużo zawdzięczam nauczycielom. Bo później ci z Wrocławia mówili, żebym jechał do Warszawy. I tam zdawał. Od najmłodszych lat ciągnęło pana do muzyki. – Jak ojciec szedł grać na wesele – bo co sobotę, niedzielę albo była zabawa, albo wesele – to ja jako 10-latek stawałem w drzwiach i prosiłem: „Tata, weź mnie z sobą!”. Często więc mnie brał i grałem. Umiałem już wtedy grać na akordeonie. Na saksofonie też trochę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Afryka 30 kilometrów od Warszawy
Są festiwale, na które jedzie się dla line-upu. Są też takie, na które wraca się dla ludzi, atmosfery i poczucia, że przez kilka dni świat może działać trochę inaczej. African Beats Festival należy właśnie do tej drugiej kategorii. W dniach 7-9 sierpnia 2026 r. w Kawęczynie pod Warszawą odbędzie się szósta edycja największego w Polsce festiwalu promującego kulturę Afryki. To niezależne wydarzenie, organizowane przez Fundację Perspektywy z Sopotu, od początku miało ambicję większą niż tylko prezentowanie muzyki. Jego twórca, Jakub Malinowski, mówi o African Beats jak o projekcie społecznym, który ma budować otwartość, wrażliwość kulturową i dialog między ludźmi. W czasach, gdy do Europy coraz częściej wracają lęki, podziały i nacjonalistyczne hasła, festiwal w Kawęczynie proponuje coś prostego, ale bardzo potrzebnego: wspólne słuchanie, taniec, rozmowę i spotkanie. Miejsce też ma znaczenie. African Beats odbywa się na terenie Dworku pod Wiechą w podwarszawskiej wsi Kawęczyn, ok. 30 km od stolicy. To zielona, rozległa przestrzeń pośród pól i lasów, z dala od miejskiego hałasu. Festiwal nie przypomina wielkich, anonimowych imprez masowych. Jest rodzinny, bezpieczny i kameralny, choć z roku na rok przyciąga coraz większą publiczność. Właśnie ta bliskość jest jego największą siłą. Artyści, uczestnicy, podróżnicy, prowadzący warsztaty i organizatorzy funkcjonują tu w jednej wspólnej przestrzeni. Program muzyczny edycji 2026 pokazuje Afrykę w wielu odcieniach. Gwiazdą pierwszego, piątkowego wieczoru festiwalu będzie Fatoumata Diawara z Mali, jedna z najważniejszych współczesnych artystek afrykańskich, łącząca tradycję Afryki Zachodniej z bluesem, rockiem, African Beats Festival 2026 Dworek pod Wiechą, Kawęczyn k. Warszawy 7-9 sierpnia Bilety: www.africanbeats.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Powrót do maczugi
Kamil Białaszek za pomocą „Hamleta” demaskuje pokolenie Z Stanisław Wyspiański, projektując inscenizację „Hamleta”, napisał znamienne słowa: „W Polsce zagadką »Hamleta« jest to: co jest w Polsce – do myślenia”. To zdanie stało się kluczem interpretacyjnym dla Andrzeja Żurowskiego, który, uznawszy, że Szekspir jest najbardziej polskim dramaturgiem, głosił, iż w Polsce zagadką Szekspira jest to, co jest w Polsce do myślenia. W ten sposób, rozszerzając tezę Wyspiańskiego, dowodził, jak w kolejnych inscenizacjach, szczególnie w XX w. i dzisiaj, odzwierciedlają się polskie dylematy, rozterki, dążenia. I rzeczywiście, kiedy śledzi się fale zainteresowania polskich reżyserów dziełami Szekspira, nietrudno zauważyć, że przypływy (i odpływy) wzięcia niektórych tytułów mówią coś więcej o świecie społecznym niż sam wzrost zaciekawienia takim czy innym dramatem. I to niezależnie od intencji twórców. 20 lat temu tragedią, która wyszła na czoło inscenizacji szekspirowskich, okazał się „Makbet”, swego rodzaju komentarz zawieruchy dziejowej, jaką była polska transformacja ustrojowa. Rzecz jasna, był to komentarz symboliczny, a nie bezpośredni. Świat w szekspirowskim „Makbecie” bowiem to koszmar absurdu. To świat, w którym z dnia na dzień można się stać nie tylko mordercą, ale i człowiekiem o rozdwojonym języku: oficjalnym, reprezentowanym wobec innych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wolność-obecność: Remigiusz Grzela z Nagrodą im. Karoliny Beylin
Zarząd Oddziału Warszawskiego przyznał w tym roku Nagrodę im. Karoliny Beylin Remigiuszowi Grzeli – jest on piątym zdobywcą tej najmłodszej nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, ustanowionej z myślą o wyróżnianiu wybitnych dziennikarek i dziennikarzy z Warszawy i Mazowsza, szczególnie silnie związanych z regionem, miejscem pracy i aktywności. Uroczystość wręczenia nagrody w warszawskim Domu Dziennikarza zgromadziła licznych przedstawicieli tego zawodu, przyjaciół i wielbicieli talentu znakomitego dziennikarza, mistrza sztuki wywiadu – obecna była m.in. Ewa Błaszczyk, kreująca tytułową rolę w jego monodramie „Oriana Fallaci”, granym od dziewięciu sezonów w Teatrze Studio. Remigiusz Grzela ma na koncie wiele błyskotliwych zbiorów wywiadów i biografii artystów, m.in. Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata czy Barbary Krafftówny. W jego książkach czuje się „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. To istotny rys jego twórczości. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Nie dlatego, że nie ma poglądów – dość zerknąć na jego wpisy w mediach społecznościowych, by znikło najmniejsze podejrzenie, że unika ujawniania swojego stanowiska. Ale też świadomie oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to ujęła w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk. „Przypuszczam, że mianownikiem twórczości Remigiusza Grzeli – powiedział Tomasz Miłkowski, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP w laudacji – swoistym lepiszczem wielu jego zatrudnień i poszukiwań są idee wolności i obecności. To go napędza i otwiera na wciąż nowe, frapujące spotkania. A nam, czytelnikom, niesie satysfakcję”. Gratulacje Remigiuszowi Grzeli złożyli m.in. sekretarz generalny Zarządu Głównego SDRP Andrzej Maślankiewicz i prof. Artur Krajewski, doradca ministry kultury i dziedzictwa narodowego. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejListy od czytelników nr 33/2026
Wojna na prawicy Trudno rywalizować z politycznymi dinozaurami – Kaczyńskim i Tuskiem. To bezcelowe. Oni już wiele namieszali w polskiej polityce, nie potrafiąc załatwić spraw fundamentalnych, jak poprawa funkcjonowania ochrony zdrowia, sytuacji w oświacie i nauce czy problemu mieszkalnictwa. Nie potrafili również uregulować relacji z Ukrainą, która niezbyt szanuje nasz kraj. Potrzebna jest zmiana pokoleniowa, także w kierownictwie Nowej Lewicy. Ludzie ci z pewnością nie przyciągają młodych wyborców (…). Damian Paweł Strączyk Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia Nie zgadzam się z diagnozą prof. Andrzeja Szahaja. Trudno twierdzić, że to „mechanizmy rynkowe zawiodły”, skoro publiczna ochrona zdrowia finansowana przez NFZ nie funkcjonuje na zasadach wolnego rynku. Ceny świadczeń, zasady kontraktowania, limity i sposób finansowania są w ogromnej mierze ustalane administracyjnie przez państwo i urzędników, a nie przez mechanizmy rynkowe. Można dyskutować o wadach obecnego modelu, ale nie przypisujmy ich rynkowi, który w tym obszarze działa jedynie w bardzo ograniczonym zakresie. Nie oznacza to, że rozwiązaniem jest prywatyzacja ochrony zdrowia – to odrębna kwestia. Po prostu warto trafnie nazwać problem: jeśli system jest przede wszystkim centralnie regulowany, to jego niedomagania trudno uznać za dowód porażki wolnego rynku. Iwona Olczyk „Jednak, jak znam życie, żadnych głębokich zmian nie będzie”. Też tak uważam. Dla rządu Donalda Tuska ważniejszy jest wyścig zbrojeń – kto więcej z PKB przeznaczy na bezużyteczny amerykański złom. Dobrze dla nich też jest, że mają PSL w koalicji, i prezydenta Nawrockiego. Mają alibi! Należałoby – moim zdaniem – reformę zdrowia zacząć od likwidacji przywilejów zdrowotnych dla mandarynatu rządowego (klinika rządowa itp.). Gdyby postali trochę w kolejkach jak zwykli ludzie, z pewnością zaczęliby działać na rzecz poprawy ochrony zdrowia. Józef Brzozowski Wojna jako model biznesowy I oto jest odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie – dlaczego od wybuchu „wojny pełnoskalowej” nie ma żadnej, najdrobniejszej wzmianki o toczących się jakichkolwiek próbach zażegnania konfliktu drogą pertraktacji i politycznego wygaszenia konfliktu. Dla nikogo z możnych tego świata wizja pokojowego rozwiązania nie stanowi głównego i pożytecznego celu. Rozkręca się machina zbrojeń, handlu mediami strategicznymi. I manipuluje się naszą świadomością. Wmawia się, że 5% PKB bardziej wystraszy domniemanego agresora niż 2% czy 3%. Wmawia się nam, że zagrożenie rośnie z dnia na dzień w szalonym tempie, jednocześnie informując, że domniemany agresor coraz bardziej słabnie. W informacji z zaatakowanego Kijowa dziennikarz TVN, pokazując jakieś szczątki, mówi: rosyjska rakieta i zaraz szybko dodaje: a może fragmenty zaparkowanego samochodu. A korupcja wojenna jest tematem tabu. Tadeusz Żyła Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czy przywrócenie poboru do wojska staje się koniecznością?
Płk Marek Pietrzak, rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Obecnie nie ma decyzji o przywróceniu obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej – aktualne potrzeby armii zaspokajają formy zawodowe i ochotnicze. Państwo zachowuje jednak taką możliwość prawną, a decyzję podejmuje Prezydent RP na wniosek Rady Ministrów. Siły Zbrojne RP są przygotowane planistycznie do realizacji różnych wariantów. Jeśli sytuacja bezpieczeństwa wymusi rozszerzenie obowiązku szkolenia wojskowego, nie będzie to powrót do dawnej „zetki”, czyli zasadniczej służby wojskowej. Ewentualny pobór przybierze formę nowoczesnego, selektywnego i opartego na kompetencjach systemu budowania rezerw oraz odporności całego państwa. Dr Hab. Filip Ilkowski, politolog, współtwórca dawnej Inicjatywy „Stop Wojnie”, UW Należy stanowczo sprzeciwiać się przywróceniu poboru do wojska. Brak decyzji o powrocie do obowiązkowej służby ze strony polskich władz wynika ze strachu przed oporem społecznym, jaki widzimy np. w Niemczech po zapowiedziach przywrócenia częściowego poboru. Żyjemy w czasach niestabilnych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
VeloBank liderem zwolnień
Na pytanie, co to są tzw. mieszane uczucia, można podać przykład VeloBanku, następcy Getin Noble Banku. Po przejęciu działalności detalicznej Citi Handlowego VeloBank pokazał się Polakom w licznych reklamach. Na bogato. Kampanie telewizyjne, celebryci, billboardy i Magdalena Różczka. Aktorka zaprasza do królestwa nowoczesności, bezpieczeństwa i wygody. To bezpieczeństwo to dla 950 pracowników VeloBanku ponury żart. Mimo obietnic zarządu stracą pracę. Ludzie, którzy całe życie pracowali w Citibanku, trafiają na bruk. Bo właściciele banków muszą zarobić więcej. Jeszcze więcej. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Komu dawał Jabłoński?
„Gnojek robi to tylko dlatego, że jego banda z Solidarnej/Suwerennej Polski teraz ten PiS przejęła”. Któż tak mówi o koledze z partii? Po stylu można poznać, że jest to adwokat z Radomia Paweł Jabłoński. A tym, którego Jabłoński wziął pod obcas, był Michał Woś. Za Jabłońskim, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS, ciągną się oskarżenia NIK i Krajowej Administracji Skarbowej. Co wykryli kontrolerzy KAS? Na 550 stronach raportu o Jabłońskim jest sporo. W ciągu trzech lat MSZ bezprawnie udzieliło 109 dotacji na kwotę 48 mln zł. Jabłoński rozdawał pieniądze wbrew rekomendacjom 24 ekspertów. Zmienił ich decyzje mejlami, które wysyłał jego asystent. Taka chytra sztuczka adwokacka. Chowanie się za plecami człowieka, któremu wydawał polecenia służbowe. Decyzjami Jabłońskiego kasa trafiła do Stowarzyszenia Bezpieczna Lubelszczyzna, do Fundacji Leny Grochowskiej (żony właściciela Arche), do Fundacji „Hagia Marina” i wielu innych. Sprawami zgłoszonymi przez KAS zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Jabłoński nie będzie miał więc daleko. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Sąsiad
Ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar zakończył misję w Warszawie i wraca do Kijowa, by objąć stanowisko wiceministra spraw zagranicznych – poinformowały media. Co ciekawe, wiceszefem ukraińskiego MSZ ma zostać także Wasyl Zwarycz, który był jego poprzednikiem w Warszawie.Dodajmy, że Bodnar już był w swojej karierze wiceministrem. To jest jego półka. Kto może go zastąpić? PAP podała, że albo Iryna Wereszczuk, zastępczyni szefa kancelarii prezydenckiej, była wicepremier, albo wiceszef MSZ Ołeksandr Miszczenko. To oznacza, że Ukraina kieruje do ambasady w Polsce ludzi z bardzo wysokiego poziomu, już politycznego. Czyli, że jesteśmy dla Kijowa jednym z najważniejszych państw. A kogo my kierujemy do Kijowa? Gdy w roku 2015 r. PiS zdobyło władzę, jedną z pierwszych decyzji było zablokowanie Marcina Wojciechowskiego, który miał zostać ambasadorem w Kijowie. Wojciechowski przez dwa lata był rzecznikiem MSZ, ale wcześniej pracował w „Gazecie Wyborczej”. I to go w oczach prawicy pogrążało: że bez doświadczenia dyplomatycznego, bez umocowania politycznego, no i z „Gazety Wyborczej”. PiS przez rok zastanawiało się więc, co z kijowską placówką, i ostatecznie wysłało na nią Jana Piekło, katolickiego dziennikarza, byłego dyrektora wykonawczego PAUCI (Poland-America-Ukraine Cooperation Initiative). Bez doświadczenia w pracy rządowej i dyplomatycznej. O! Jaki wtedy podniósł się szum! „Jan Piekło w Kijowie. Radość banderowców, smutek ich ofiar – pisał ks. Isakowicz-Zaleski. – Nowy ambasador od lat stara się w swoich publikacjach i wywiadach przedstawiać UPA jako »organizację narodowowyzwoleńczą«. Co więcej, usprawiedliwia jej gloryfikację, która obecnie na Ukrainie jest odgórnie wprowadzana przez prezydenta Petra Poroszenkę i parlament w Kijowie. Dla przykładu, rok temu w wywiadzie dla »Dziennika Polskiego« Jan Piekło powiedział: »Nie widzę nic złego w tym, że Ukraina chce uczcić ludzi, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejJaki fluid do twarzy dla cery dojrzałej i czy warto zapłacić więcej? Sprawdź przed zakupem!
Artykuł sponsorowany W przypadku cery dojrzałej dobrze dobrany fluid do twarzy staje się inwestycją w zaawansowane składniki przeciwstarzeniowe i lekką, elastyczną formułę, która nie tworzy efektu maski. Cocolita podpowiada, który produkt wybrać i jak go nakładać krok po kroku, aby
Płytki odpadają z krawędzi tarasu – przyczyna i trwałe rozwiązanie
Artykuł sponsorowany Niszczejący taras po zimie potrafi spędzić sen z powiek, zwłaszcza gdy dostrzegasz odspajające się kafelki przy zewnętrznej strefie. Najczęściej usterki pojawiają się właśnie na brzegach, gdzie okładzina jest najbardziej narażona na szkodliwe działanie
Jak wybrać buty męskie, które pasują do każdej okazji i stylu
Artykuł sponsorowany Otwórz szafę i policz: ile par butów tam stoi, a ile z nich realnie zakładasz w ciągu miesiąca? U większości mężczyzn po trzydziestce odpowiedź brzmi podobnie – kilka par czeka na okazję, która nigdy nie nadchodzi, bo w praktyce
Jak powstaje dom z modułów produkowanych w hali?
Artykuł sponsorowany Jeszcze kilkanaście lat temu budowa domu kojarzyła się z wielomiesięcznym placem budowy, zależnością od pogody i kolejnymi terminami, które przesuwały się z tygodnia na tydzień. Dziś coraz częściej najważniejsza część inwestycji odbywa się
Dozymetr osobisty – nie tylko dla Obrony Cywilnej!
Artykuł sponsorowany Dozymetr osobisty kojarzy się głównie ze służbami, wojskiem i działaniami Obrony Cywilnej. Obrona Cywilna to system chroniący ludność przed skutkami wojny, katastrof, awarii i innych poważnych zagrożeń. Obejmuje między innymi ostrzeganie, ewakuację, ratownictwo,














