Felietony Przeglądu
Bezczelna obrona złodziei
Zbyt mocno nadmuchany balon może pęknąć. Z wielkim hukiem. Tak jak na Węgrzech. Idol polskiej prawicy przegrał z kretesem. Orbán tak sobie zbudował Fidesz, że obsadzając się w roli wodza absolutnego, mógł zrobić wszystko. I mając większość konstytucyjną – robił wszystko, by władzy raz zdobytej nie oddać. Mogło mu się udać. Gdyby nie ten ostatni bezpiecznik demokracji, czyli wolne wybory. Mimo manipulacji na wielką skalę i gigantycznej przewagi w środkach wydanych na kampanię, gdy w finale ok. 80% Węgrów stanęło z kartką za kotarą – mogło zrobić wszystko. I zrobili. Pogonili Orbána. Przede wszystkim za to, jak im się teraz marnie żyje, czyli za złą sytuację gospodarczą. W przeciwieństwie do tego, jak się żyje oligarchom, biurokracji partyjnej i krewnym Orbána. Spadały płace realne i konsumpcja, a rosło na ogromną skalę złodziejstwo. Taki system może trwać tylko wtedy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
19 kwietnia 1943, getto warszawskie
„Lista ta, nazywana przeze mnie londyńską, spisana została w listopadzie 1943 przez przywódców ŻOB-u ocalałych z powstania kwietniowego i przesłana do polskich władz państwowych na emigracji. Listę przytaczam zgodnie z oryginałem z zachowaniem wszystkich pomyłek”, pisze Hanka Grupińska, autorka książki „Odczytanie Listy. Opowieści o warszawskich powstańcach Żydowskiej Organizacji Bojowej”. Lista poległych w obronie getta warszawskiego zawiera przynależność organizacyjną opisaną następującymi oznaczeniami: Sz – Haszomer Hacair, D – Dror, A – Akiba, G – Gordonja, B – Bund, PP – Poalej Syjon Prawica, PL – Poalej Syjon Lewica, HH – Hanoar Hacijoni, L – Lewica. Anielewicz Mordchaj /Sz/, Altman Tosia /Sz/, Aleksandrowicz Jakób /Sz/, Asz Eliezer /HH/, Arsztajn Zachariasz /D/, Altenberg Estera /D/, Alterman Szlomo /D/, Arbuz Chaim /Sz/, Bresler Szmul /Sz/, Błones Mejlach /Sz/, Berman Franka /L/, Baum Mosze /HH/, Błones Icchak /HH/, Brojde Berl /D/, Biegelman Menachem /D/, Blausztajn Icchak /D/, Bartmesser Nute /D/, Baran Dwora /D/, Błones Jurek /B/, Błones Guta /B/, Błones Lusiek /B/, Brylantsztejn Stasiek /B/, Brzezińska Zocha /L/, Blank Marek /G/, Baczyński Szloma /Sz/, Chadasz Icchak /Sz/, Chmielnicki Nachum /B/, Cukier Nesia /D/, Cygler Mosze /D/, Chrzanowicz Icchak /D/, Cebularz Tosia /L/, Libeskind Dolek /A/, Drenger Szymek /A/, Drajer Abram /D/, Drezner Abram /D/, Dobuchno Szaul /D/, Dawidowicz Tauba /B/, Duński Sewek /B/, Dembiński Icchak /L/, Dembińska Dorka /L/, Diamant Abram /PL/, Elek /Sz/, Edelsztejn Cwi /D/, Erlichman Sujka /G/, Einsdorf Miriam /Sz/, Eiger Abram /B/, Fajner Abram /B/, Finkelsztejn Majorek /D/, Fass Józef /L/, Frenkiel Toba /Sz/, Farber Józef /Sz/, Finkelsztejn Motek /D/, Furmanowicz Pesia /D/, Folman Marek /D/, Futerman Ignac /B/, Finkelsztajn Cyla /D/, Frydrych Zalman /B/, Fajgenblat Jakób, Blum Abram [Abrasza] /B/, Finkelsztejn Abram /D/, Fidelzajd Symcha /PP/, Fidelzajd Pola /PP/, Goldsztejn Izaak /B/, Granatsztejn Sara /D/, Gutrajman Kuba /L/, Gold Wulf /L/, Grauman Chana /Sz/, Guterman /D/, Grynbaum Icchak /D/, Gutsztat Cypora /D/, Gutman Henoch /D/, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wielki książę Grzegorz Braun
Konfederacja Korony Polskiej wybiera się do Wilna na organizowaną przez Związek Polaków na Litwie Paradę Polskości, która ma się odbyć 2 maja. W przeddzień w wileńskim Klasztorze Franciszkanów miało się jeszcze odbyć spotkanie z Grzegorzem Braunem. Miało, bo po interwencji władz duchownych franciszkanie wymówili Braunowi gościnę. Korona szuka więc innej sali na to wiekopomne wydarzenie. W końcu hasłem spotkania jest „Korona wspiera Polaków na Litwie”. Tego dnia od południa członkowie i sympatycy Konfederacji Korony Polskiej będą się zjeżdżać do Wilna, spacerować po Starym Mieście, posilać w licznych tam restauracjach, a później, już syci jadła, pomaszerują na wspomniane spotkanie z wodzem po strawę duchową. Na razie nie wiadomo, gdzie ono się odbędzie. Ubogaceni jego przebiegiem, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Warszawa w Budapeszcie
Dwa dobre dni w Krakowie, jeden zimny, drugi bardziej łaskawy. Mieszkamy w Szarej Kamienicy przy Rynku, tuż obok Kościoła Mariackiego. Właścicielką kamienicy, gdzie znajduje się elegancka restauracja i ma siedzibę wiele firm, jest Krystyna A. Mieszka w Sztokholmie, ale część czasu spędza w Krakowie, doglądając swojej nieruchomości. Mówi, że to ogromnie stresujące zajęcie, ale myślę, że jeśli to dramat, to jednak luksusowy. Krystyna ma pokoje gościnne, więc nas ugościła. Nigdy nie myślałem, że będę mieszkał na krakowskim Rynku. Wernisaż w pięknym Pałacu Sztuki na Placu Szczepańskim. Trójka artystów, w tym Danusia Jaworska, też ze Sztokholmu, ma domek w pobliskiej Lanckoronie. Tytuł wystawy zaczerpnięty z mojego wiersza „Co po mnie zostanie”. Krótki wiersz, jak krótkie jest życie. Wojtek Ornat stworzył niezwykłe wydawnictwo, specjalizuje się w tematyce żydowskiej, ale wydaje wiele innych książek, też czysto literackich. Opublikowałem u niego tomik poetycki „Epoka wymierania”. Austeria ma w dorobku ponad 300 tytułów oraz księgarnię na Sycylii, w Syrakuzach, a od niedawna w muzeum Polin. Wydawnictwo ma siedzibę w dawnej synagodze przy Szerokiej, ładny placyk na starym Kazimierzu. W liczącym klika wieków zabytkowym budynku, który jest własnością Ornata, mieszczą się oprócz wydawnictwa księgarnia i piękna restauracja. Naszedłem wydawcę bez uprzedzenia, czego teraz broń boże się nie robi. Nie miałem wyjścia. Ma przecież wydać eseje mojego ojca. Wojtek to cudowny człowiek, ale nie odbiera telefonów. Za to, jak widać, przyjmuje niezapowiedziane wizyty. Bardzo serdeczne spotkanie i obiad. Niewesołe jednak rozmowy o świecie, który zwariował. Księgarnia Wojtka w Syrakuzach ma kłopoty. Włosi są tradycyjnie lewicowi, a lewica na całym świecie potępia Izrael, co już przybiera formy antysemickie, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Opisy przyrody
W zbiorze esejów, a raczej wykładów literaturoznawczych Jamesa Wooda, wydanym niedawno przez Ossolineum w przekładzie Magdy Heydel i jej studentek, autor tłumaczy żarliwie tytułową kwestię „Jak działa literatura”. Czyni to z perspektywy analitycznej, teoretycznej, nie jest to na szczęście podręcznik dla początkujących pisarzy, choć chwilami Woodowi trudno ukryć, że uważa książki za mądrzejsze od ich autorów, ba – wnikliwą lekturę zdaje się mieć za umiejętność rzędu wyższego niż władanie piórem. Przypominają mi się warsztaty translatorskie z udziałem Magdy, w których miałem uczestniczyć jako autor powieści branej na warsztat przez tłumaczy, ale już na pierwszym spotkaniu z młodzieżą akademicką nie byłem w stanie odpowiedzieć na jej dociekliwe pytania, np. komu narrator opowiada swoją historię. Kiedy tłumaczyłem, że nigdym się nad tym nie zastanawiał, bo pisząc, kieruję się intuicją, nie byli nasyceni. Ja nawet nie wiedziałem, co mam zamiar napisać, pisałem, żeby się dowiedzieć, co też takiego się wydarzy w świecie moich bohaterów. Uznaliśmy zatem polubownie, że autor jest trzeciorzędnym kontekstem dzieła literackiego i spokojnie można bez jego udziału w zajęciach się obejść. Cała nauka o literaturze stoi na fundamentalnym, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
O języku na siłę
Mówienie o populizmie właściwie przestało już być zarzutem, skoro wszyscy się zgodzili, że trzeba mówić do targetu i że to od niego zależy, jak. Rzecz w tym, do jakiego targetu. Większość odbiorców, których można uznać za przyszłych wyborców, no, w każdym razie duża część, jak się zdaje, woli, jak do niej mówić twardo i mocno, i najlepiej nie po francusku. Słowo elity nadal brzmi niesympatycznie, i to niemal dla wszystkich, zazwyczaj nawet wymaga dość specjalnej artykulacji. Kiedy twardego języka używa ktoś z wysokim cenzusem, to nawet lepiej, poza tym jego rubaszna swojskość może imponować i zarazem niedowartościowanych dowartościowywać. Postrzega się go jako walącego prawdę prosto z mostu (prawda jest prosta), dostaje on też premię za to, co internet nazywa „niegryzieniem się w język”, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon
Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć. Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata. Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami. Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pikująca Szozda
Przez Wiedeń nie godzi się przejeżdżać, w Wiedniu należy się zatrzymać. Antek początkowo marudzi, każe przysiąc, że „nie będzie żadnego zwiedzania”, tylko od razu na sznycel, ale drogę do sznycla wyznaczamy tak zmyślnie, żeby wiodła obok Muzeum Leopoldów, gdzie wielkie banery zachęcają do odwiedzenia wystawy Gustave’a Courbeta. Antek staje jak wryty przed wielkoformatowym „Pochodzeniem świata”, patrzy z niedowierzaniem to na mnie, to na obraz i choć nie jest wychowywany w pruderii, a rodziców paradujących po domu na golasa widywał nierzadko, zdaje się skonsternowany, ale i zaintrygowany bujnie owłosioną waginą. Próbuje dać odpowiednie rzeczy słowo w obecności wujostwa, zachęcam go, żeby się nie bał, odzywa się więc: „Czy to jest ce-i-pe-a?”. Odpowiadam, że w rzeczy samej, jeśli chce, może zobaczyć oryginał, jeśli zgodzi się na niedługie zwiedzanko. „To jeden z najsłynniejszych obrazów w dziejach”, dopowiadam, potem tłumaczę pokrótce, jak zmienił się świat, od kiedy kolejni czcigodni właściciele tego płótna, najpierw Goncourt, potem Lacan, nawet w prywatnych kolekcjach zamawiali u artystów specjalne kamuflaże (Lacanowi André Masson wypichcił surrealną, nowoczesną karykaturę aktu, ale Goncourt trzymał wizerunek owłosionej waginy pod przykrywką przedstawiającą kościółek w zimowej szacie – to dopiero psychoanalityczny szpryngiel). „Realista i buntownik” – takim tytułem kuratorzy opatrzyli wielką, monograficzną ekspozycję francuskiego malarza, przy czym wabią skandalem, rzeczonym buntem, ale w muzeum widzimy nade wszystko realistyczne obrazy syna swojej epoki: landszafty, sceny z polowań, mariny (te najlepsze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kiedy Święczkowski straci immunitet?
Najpierw zawetował SAFE, a teraz robi cyrk z sędziami Trybunału Konstytucyjnego. O co tu chodzi? Nawet tak słaba ekipa w Kancelarii Prezydenta, jaką mu skompletowało PiS, musi rozumieć, że nie zbuduje tym pozycji Nawrockiego. Dlaczego więc strzela te samobóje? Kto faktycznie decyduje o co ważniejszych krokach prezydenta? Czyja ręka trzyma sznur, który Nawrocki ma na szyi? Po problemach z Andrzejem Dudą, poprzednim wynalazkiem, Kaczyński prawdopodobnie znalazł skuteczniejsze i bezpieczniejsze dla siebie rozwiązanie. Zobaczył, że z Nawrockim może wszystko, więc będzie z tego korzystał. Tak też jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego. Dla PiS to Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wybudować grób
„Wybudować grób. To się tylko tak mówi”. „Było, jak mówię. Zawadził o laskę”. „Przyszedł pan fasoli kupić? Do mnie?”. Z różnych powieści Wiesława Myśliwskiego przypominam sobie te pierwsze zdania. „Gdy mam pierwsze zdanie – mówił – mam książkę, choć jeszcze niczego o niej nie wiem”. Dowiadywał się w trakcie pisania. „Z przywłaszczenia sobie chłopskiego losu wzięła się moja twórczość”, powiedział po napisaniu „Kamienia na kamieniu”. Wieś Myśliwskiego to nie tylko przenikliwie przedstawiona rzeczywistość – to także wielka metafora. Chłopski los. W dramacie „Drzewo” stary Duda siedzi „wysoko na konarze, przywarty do pnia”: nie pozwala ściąć domowego drzewa, nie chce na wsi nowych porządków. Tymczasem wieś Myśliwskiego tkwi w codziennym bytowaniu, w odwiecznym rytmie czynności gospodarskich – takich właśnie jak łuskanie fasoli. Ale też żyje w cieniu „końca wsi”, „kresu kultury chłopskiej”. Czy również kresu dotychczasowych form życia? Ten świat, osadzony w konkretnym czasie i miejscu, a przy tym pełen reminiscencji, zapewnia trwałość także naszemu światu. Zatrzymuje go jak na starej fotografii. Proza, pozornie prosta, utrzymana w nurcie mowy potocznej, więc stroniąca od ornamentyki, jest jednak gęsta od znaczeń, a w odbiorze okazuje się niełatwa, a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Masowa organizacja powojennego wyżu
Moja generacja stworzyła ZSMP, teraz młodzi niech budują swoją Polskę Dr Krzysztof Janik – w latach 1965-1976 działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, od 1976 do 1986 r. był aktywistą Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w latach 1981-1986 zasiadał w zarządzie głównym jako sekretarz i zastępca przewodniczącego. Czy powstanie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej to pokłosie myślenia wielu członków ekipy Gierka, które wyrastało z czasów funkcjonowania jednej organizacji, ZMP, jako realizacji polityki jedności narodu? – Na pewno było wtedy sporo doktryny ideologicznej. Obowiązywał wówczas pogląd, że oto Polska – podobnie jak inne kraje obozu – weszła w etap budowy rozwiniętego socjalizmu. Nikt za bardzo nie wiedział, co to takiego, generalnie uznawano, że przemiany społeczne, ekonomiczne i polityczne zaszły tak daleko, że stały się nieodwracalne. Dotyczyło to także świadomości społecznej. Wierzono, że istnieje powszechna akceptacja polityki PZPR, a w ślad za tym nastąpiła unifikacja wyznawanej hierarchii wartości. To zjawisko – tak naprawdę nieistniejące i dziś wiemy, że niemożliwe do osiągnięcia – nazywano jednością ideowo-moralną narodu. Na tym tle rozpatrywać można postępującą unifikację ruchu młodzieżowego. Wszędzie dodawano słówko „socjalistyczny”. Tak powstały Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, Związek Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej, Socjalistyczny Związek Młodzieży Wojskowej czy Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej. Ale trzeba pamiętać, że młodzież na ogół traktowała to jako niezbędny element scenograficzny. Nie zmieniano programów działania, nie zwiększano w nich dawki ideologii. Ot, taki obowiązkowy rytuał, cena za swobodę działania. Przyznasz, że dość niska. Dla wielu nie był to jednak mało znaczący rytuał. – Nie ma co ukrywać, że byli tacy; że niektórzy z nas – i było ich niemiało – wierzyli w te ideały. Tysiące z nas było świadkami awansu społecznego rodziców, wielu od dziadków wiedziało, jak wyglądała przedwojenna Polska. Ten socjalizm, szczególnie gierkowski, przemawiał do wyobraźni, a do tego wedle deklarowanych przez władze reguł projektowaliśmy własną przyszłość i kroiliśmy własne aspiracje. Żyliśmy także mitem Związku Młodzieży Polskiej, o który pytasz. Masowy awans ze wsi do miasta, wielkie budowy socjalizmu, na których stała polska gospodarka w owym czasie – tak, to działało na wyobraźnię. Nie chcieliśmy być gorsi od pokolenia naszych rodziców. Zwłaszcza że polityka Edwarda Gierka przypominała trochę minione lata. Te wielkie budowy socjalizmu – Huta Katowice, fabryka samochodów, nowe kopalnie, elektrownie, program budowy mieszkań – wszędzie byli potrzebni młodzi, chętni do roboty, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach
Scenariusz i aktor – to punkt wyjścia do tworzenia opowieści. Reszta to budowanie atmosfery Jan Holoubek (ur. w 1978 r.) – absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Jako reżyser debiutował dokumentem „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy debiut reżyserski „Sprawa Tomka Komendy” (2020); obraz ten przyniósł mu nagrodę na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zasłynął jako reżyser głośnych seriali: „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025). W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą im. Stefana Treugutta polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej. Jan Holoubek o kręceniu filmów Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata. Jan Holoubek, Cezary Łazarewicz, Między światłem a cieniem, Agora, Warszawa 2025 Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji, za spektakl „Biedermann i podpalacze”. Zaskoczyło to pana? – Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja, człowiek właściwie niezwiązany z teatrem, raczej uciekający od teatru i unikający go, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło. Pisano, że to właściwie pański debiut w Teatrze Telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się pan otrzaskał z warsztatem telewizyjnego teatru. – Traktuję „Biedermanna…” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię. Dlaczego sięgnął pan po tekst Maxa Frischa, opowieść metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swojego domu? – Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że sam ten tekst znalazłem; dostałem trzy teksty do wyboru. W przypadku pozostałych nie byłem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tajemnica Watykanu i mafii
„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Żyję muzyką, myślę dźwiękami
Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku 90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru. Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica. Architekt czy Bóg? Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej? – Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami. Z kim konkretnie pan rozmawia? – Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki. Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”. Światowa kariera Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie, b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nowoczesne przeszczepy są już dostępne
Polska transplantologia w światowej czołówce Prof. dr hab. n. med. Michał Grąt – transplantolog, specjalizuje się w operacjach wątroby oraz chirurgii onkologicznej, pełni funkcję prorektora ds. umiędzynarodowienia, promocji i rozwoju Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz kierownika Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Jest też konsultantem krajowym w dziedzinie transplantologii klinicznej i członkiem Krajowej Rady Transplantacyjnej przy Ministrze Zdrowia. Od kiedy wiadomo, że nawet niewielki kawałek wątroby potrafi się regenerować? – O tym, że wątroba ludzka ma zdolność do regeneracji, wiedziano od dawna, świadczy o tym choćby mit o Prometeuszu. Chirurgia długo jednak nie wykorzystywała tej właściwości wątroby z uwagi na ryzyko powikłań pooperacyjnych i masywnych krwotoków. Dopiero wprowadzenie nowoczesnych technik chirurgii wątroby i dróg żółciowych zmieniło coś w tej kwestii. Wątroba jest narządem niezbędnym do życia, ale nawet ok. 20% masy tego organu daje nadzieję na powrót do zdrowia. Czyli wystarczy jedna piąta miąższu w dobrym stanie, aby nastąpił odpowiedni proces regeneracji. Nowo-czesne metody operacyjne zaczęto stosować w ostatnich dekadach XX w., a ryzyko powikłań znacznie ograniczono w ostatnich 20-30 latach. To oznaczało przełom. Jednak dla niemałej części chorych to operacja przeszczepienia wątroby jest jedyną szansą na przeżycie. Klinika Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM to wiodący ośrodek w Polsce i Europie. W 2025 r. wykonano tu 371 transplantacji wątroby od dawców zmarłych i 15 od dawców żywych. Dorobek ogromny, ale skąd ta dysproporcja? – Zdecydowana większość przeszczepień wątroby u dorosłych to transplantacje narządów od zmarłych dawców. W przypadku dzieci sytuacja jest inna. Dzięki współpracy naszej kliniki z Centrum Zdrowia Dziecka przeszczepienia fragmentów wątroby pobranych od żywego dawcy stanowią około połowy wszystkich transplantacji tego narządu. To ważne z uwagi na niezwykle trudną sytuację dzieci znajdujących się na liście oczekujących na przeszczepienie wątroby od dawcy zmarłego. Przeszczepianie fragmentu wątroby od żywego dawcy ma też konkretne zalety – można dokładnie zaplanować operację, umiejscowić ją w szerokim planie leczenia, a jakość przeszczepianego narządu jest idealna. Z drugiej strony należy pamiętać o narażeniu dawcy, zdrowego człowieka, na ciężki zabieg obarczony ryzykiem powikłań. W 2024 r. rozpoczęliśmy w klinice program przeszczepiania fragmentów wątroby pobranych od żywych dawców także dorosłym biorcom. Wcześniej takie przeszczepienia wykonywano w Polsce wyłącznie u dzieci, dla dorosłych chorych były niedostępne. Udało się to zmienić, a program dynamicznie się rozwija. Będziemy dążyć do tego, aby liczba takich operacji wzrastała. Kilka lat temu w naszej medycynie transplantacyjnej była zapaść. Czy kryzys został już pokonany? – Największe ograniczenie w trans-plantologii stanowi niewystarczająca liczba dostępnych do przeszczepienia narządów, dlatego każdy narząd jest bezcenny. Wiele zależy od szerokiej społecznej akceptacji idei transplantacji. Gdy na skutek różnych kontrowersji pojawiających się w Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
WŁADZA MUSI CZUĆ NASZ ODDECH
PAWEŁ SĘKOWSKI: W 2021 r. kadencję rzecznika praw obywatelskich kończy Adam Bodnar. A pani zostaje w Biurze RPO… HANNA MACHIŃSKA: Pozostałam w Biurze pod kierownictwem Marcina Wiącka. Tak jak wszyscy inni. Zostali zastępcy rzecznika – Stanisław Trociuk i Maciej Taborowski. I dalej chodziłam na manifestacje, gdzie trzeba było natychmiast być, gdy coś ważnego się działo. Taką sytuacją były opresyjne działania policji 11 listopada 2022 r. i zatrzymania małej grupki ludzi w formie kotła policyjnego, z udziałem blisko 200 policjantów w pełnym rynsztunku. O tym warto powiedzieć. Był wieczór, dramatyczna sytuacja. To było właściwe miejsce do działania dla rzecznika Praw Obywatelskich. Widzę, że jest grupa, która stoi otoczona trzy razy od siebie liczniejszym kordonem policji. Pytam, o co tu chodzi. Ci otoczeni trzymali białe róże. Jeden z nich miał jakiś transparent, neutralny, z jakimś hasłem na temat, o ile pamiętam, patriotyzmu. Dlaczego więc oni są zatrzymani? To byli działacze ruchu Obywateli RP i sympatycy. Zaczęłam negocjować ich wypuszczenie. Napisałam SMS-a do rzecznika Wiącka, który mam do dzisiaj w telefonie, że jestem w tej chwili na miejscu i negocjuję wypuszczenie okrążonych przez policję ludzi. Jadę z nimi na komendę, jest ze mną mecenas Radosław Baszuk. Wśród tych osób zatrzymanych byli profesorowie belwederscy traktowani jak przestępcy. Policjanci byli wyraźnie zdezorientowani i w końcu w mojej obecności zaczęli się zwracać w formie: „Panie profesorze, niech pan będzie uprzejmy podejść”. Decyzja o tym kotle była podejmowana w komendzie stołecznej, ale np. o tym, że funkcjonariuszka ma stać przy sedesie w czasie czynności fizjologicznych zatrzymanej osoby, nie decydowała już komenda stołeczna. Napisałam więc do Wiącka, że my musimy podjąć interwencję. Uważałam, że należy wspierać ludzi, żądając od władzy przestrzegania ich praw. Naszym obowiązkiem powinna być obecność, wtedy kiedy prawa ludzi są zagrożone. Nasza obecność wpływała mitygująco na władzę. Taką postawę reprezentował Adam Bodnar, który uważał, że nasz głos, nasze działanie muszą być widoczne i skuteczne. Nie można chować głowy w piasek. Warto przypomnieć sytuację związaną z przeszukaniem w kancelarii mecenasa Giertycha, w wyniku czego znalazł się on w szpitalu. To właśnie Adam Bodnar natychmiast zareagował i skierował mnie do szpitala, co miało znaczenie z punktu widzenia ochrony praw Romana Giertycha. Byłam bowiem świadkiem drastycznego naruszenia prawa przez prokuratorkę. W sprawach kryzysu praworządności to właśnie rzecznik Bodnar stał się takim wzorcem, uznanym przez najwybitniejszych prawników polskich i międzynarodowych. Każdy rzecznik ma inny styl, ale to na czas rzeczników Bodnara i Wiącka przypadły drastyczne zmiany dotyczące ochrony praw człowieka i rządów prawa. Głos rzecznika jest ważny i musi brzmieć donośnie. Rzecznik ma wiele instrumentów prawnych, dzięki którym ludzie mogą mieć poczucie dodatkowej ochrony. W sprawie marszu niepodległości było wiadomo, że nasza obecność jest konieczna. JAN ORDYŃSKI: I co Wiącek na to? MACHIŃSKA: To już historia. Wiadomo, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć
Stracił rząd dusz, ale zabetonował system Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech. Wykładowca w Centrum Europejskim UW oraz jego były dyrektor. Czy na Węgrach robią wrażenie te taśmowe wizyty zagranicznych polityków? Ich głosy poparcia dla Orbána? – Kiedyś robiły, ale już nie robią. Viktor Orbán stracił rząd dusz. Mówię o tym od września. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej, rosnące poparcie dla opozycyjnej partii Tisza, potwierdzają ostatnie wiece. Równocześnie nie mam złudzeń: Viktor Orbán tak mocno zabetonował system, że nawet gdyby Tisza wygrała, wcale nie musi rządzić skutecznie, bo będzie miała rzucane kłody pod nogi. Widzimy, jak to jest w Polsce, a tam opór byłby dużo większy. Cesarz z Hatvanpuszty Dlaczego Orbán stracił rząd dusz? Co się stało? – 16 lat, non stop, rządzi! I to konstytucyjną większością! Więc? – Obiecywał Eldorado, że Węgry będą kwitnące, MAGA w wersji węgierskiej, i nie dowiózł. Węgry są od dwóch lat na granicy recesji i dzierżą dwa rekordy europejskie. Pierwszy: mają największą inflację, w tym na towary żywnościowe, a tam VAT wynosi 27%, jest najwyższy w Europie. Drugi: mają największą korupcję. Lider Tiszy, Péter Magyar, dotarł do Węgrów z tymi informacjami, pokazał im skalę korupcji. Pojawił się na scenie publicznej dwa lata temu i w ciągu pół roku z jego inicjatywy powstał film „Dynastia”. Każdy może go obejrzeć. Jest poświęcony najstarszej córce Orbána, Ráhel, i jej mężowi Istvánowi Tiborczowi, który ma 40 lat i jest jednym z najbogatszych Węgrów. W 2025 r. jego majątek szacowany był na 151,5 mld forintów, ok. 1,6 mld zł. – Wszystkie największe hotele w Budapeszcie do niego należą, łącznie ze słynnym Hotelem Gellért. To wszystko jest jego własnością. Ten film w 9,5-milionowych Węgrzech ma ponad 4,5 mln wejść. Czyli nikt nie może powiedzieć, że nie wie, o co chodzi. Na początku tego roku pokazano inny film. Jego tytuł to „Csapda”, czyli pułapka, poświęcony szefowi banku centralnego, a tak naprawdę głównemu doradcy gospodarczemu Orbána – Györgyowi Matolcsyemu. Jego syn Ádám z kolegami ze szkoły średniej, bo nawet studiów nie pokończyli, przekręcili 400 mld forintów. To 4 mld polskich złotych, ponad 1 mld dol. Przekręcili i uciekli do Dubaju, tam sobie pokupowali apartamenty. Ten film miał już 1,5 mln wejść. Te filmy odniosły efekt? – W czasie ostatniego święta narodowego 15 marca były dwa wiece. Jeden rządowy – Viktora Orbána, drugi Tiszy – Pétera Magyara. Oba obejrzałem. Magyar zdefiniował premiera jako „Cesarza z Hatvanpuszty”. Hatvanpusztai császár… – Chodzi o stary park na pograniczu Alcsútdoboz, wsi, w której Orbán się urodził. W tym parku stał stary, zrujnowany przez realny socjalizm pałac po Habsburgach. Orbán odnowił go, mocno rozbudował, pobudował stajnie, wypuścił zebry, o czym było głośno. Do tego dodał baseny, jest biblioteka jak watykańska, z freskami na suficie. Ta własność należy niby do ojca Orbána, Győzö, który jeszcze żyje, ale każdy wie, że to własność Klanu i premiera. Z kolei najbogatszym Węgrem jest Lőrinc Mészáros, były inkasent gazowy, a potem sołtys rodzinnej wsi Orbána, Felcsút, położonej kilka kilometrów od Hatvanpuszty. Mówią o nim, że to słup Orbána. Jak Węgrzy zestawią swoją siermiężną codzienność, bo kraj od lat balansuje na granicy recesji, z ostentacją rodziny Orbána, oligarchami i niesamowitym korupcjogennym systemem, to mamy wyjaśnienie, dlaczego Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć. W efekcie wystąpienie Orbána 15 marca br. polegało na tym, że najczęściej używanym terminem w czasie 20-minutowej przemowy było háború – wojna. A wrogiem nie był Magyar, mówca w ogóle go nie wymienił, natomiast wrogami byli kolejno: Kijów, Zełenski, Ukraina, Unia Europejska i Ursula von der Leyen. Putina nie wymienił. – Putin, Rosja – nie ma u niego takich tematów. Wiec Pétera Magyara był trzykrotnie większy. Tłum skandował „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!”, czyli to, co Orbán na tym samym Placu Bohaterów krzyczał w roku 1989. Magyar mocno zaprzeczył głównemu hasłu rządowej propagandy, że Tisza to partia wojny. Mówił: my nie chcemy wojny, my nie jesteśmy partią wojny. Nazwał Orbána zdrajcą, zarzucił mu, że sprzeniewierzył się wszystkim hasłom, które na tym samym placu głosił w 1989 r. Na mównicy, z której Magyar przemawiał, widniało hasło: „Most vagy soha!”, „Teraz albo nigdy!”. To strofy Sándora Petőfiego z 1848 r. Teraz albo nigdy. Albo wygramy, albo Orbán będzie już nam panował dożywotnio. Mnóstwo ludzi chce, żeby był dożywotnio. – System jest tam mocno zabetonowany. Ludzie Orbána są wszędzie, we wszystkich instytucjach. Oni i ich rodziny są beneficjentami obecnego reżimu. Boją się rozliczeń. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, 30-33% głosów Orbán ma pewnych. Ale reszta jest do zdobycia. Kto za Magyarem, kto za Orbánem Właśnie! Kampania wyborcza nie zmieni nastrojów? Orbán ma wszystkie media. – Ale Péter Magyar, jeżdżąc po kraju, to obszedł. Dotarł do ludzi. Orbán popełnił duży r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Słuch przyszłości
Polska szkoła otochirurgii wkracza w erę medycyny precyzyjnej Prof. dr hab. inż. Artur Lorens – kierownik Zakładu Implantów i Percepcji Słuchowej, Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Przełom miał miejsce w 1997 r., na międzynarodowej konferencji w Nowym Jorku prof. Henryk Skarżyński przedstawił koncepcję rozszerzenia wskazań do stosowania implantów ślimakowych. To była rewolucja – dotychczas implanty ślimakowe były stosowane głównie u pacjentów z całkowitą głuchotą. Tych trochę słyszących – odrzucano. Tymczasem prof. Skarżyński opracował metodę Partial Deafness Treatment (PDT), która opierała się na zachowaniu naturalnych struktur ucha wewnętrznego i jednoczesnym wykorzystaniu stymulacji elektrycznej. Swoista hybryda, bo pacjent odbierał dźwięki naturalnie, za pomocą sygnałów akustycznych, i poprzez implant – za pomocą elektrycznej stymulacji nerwu słuchowego. Dla otochirurgów było to najwyższym wyzwaniem – zakładając implant, musieli pracować tak, by nie uszkodzić w uchu tego, co działa. Realizowane obecnie przedsięwzięcie, pod kierownictwem prof. Artura Lorensa, to kolejny krok w rozwoju tej koncepcji. Nowatorski w świecie. Elektrodę, którą chirurg wszczepia w ucho wewnętrzne, wykorzystano również jako narzędzie pomiarowe. Chirurg otrzymał w ten sposób pakiet informacji – pozwalający bezpiecznie przeprowadzić operację, a później precyzyjnie zaprogramować działanie implantu. W ten sposób Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach znów uciekło konkurencji. Panie profesorze, porozmawiajmy o projekcie, nad którym sprawował pan nadzór merytoryczny. Ma bardzo długą nazwę: „Monitorowanie Stanu Ucha Wewnętrznego dla Optymalizacji i Personalizacji Implantacji Ślimakowej w Częściowej Głuchocie”. Realizowany jest w Światowym Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, a dofinansowany przez Agencję Badań Medycznych w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Na czym polega jego innowacyjność? – Na tym, że wykorzystaliśmy elektrodę, czy właściwie wiązkę elektrod, która jest wszczepiana do ucha wewnętrznego i stymuluje nerw słuchowy do innych celów – do pomiarów sygnałów bioelektrycznych. Łatwo to sobie wyobrazić – jeżeli są metody typu EKG, czyli przyklejamy elektrody i rejestrujemy potencjały płynące od serca, to podobnie możemy odbierać sygnały z ucha wewnętrznego; tam są komórki, które generują potencjały. W naszym przypadku wygląda to tak, że prof. Skarżyński robi podejście chirurgiczne, czyli otwiera kość skroniową za uchem, wprowadza elektrodę do ślimaka, a my rejestrujemy te potencjały. Za jej pomocą. – Potem będzie ona stymulować, za pomocą prądu, nerw słuchowy. Ale w czasie operacji służy jako elektroda pomiarowa. Zbiera informacje z ucha i przesyła do systemu komputerowego. Musi być zasilana. – Jest zasilana prądem, wtedy kiedy stymuluje, kiedy jest częścią implantu ślimakowego. Wygląda to tak, że pacjent nosi za uchem procesor, który przetwarza dźwięk, przesyła do części wszczepialnej, tam przesyła energię elektryczną i tym prądem nerw słuchowy jest stymulowany. To taki rozrusznik nerwu słuchowego. Ale w trakcie naszego pomiaru ta elektroda jeszcze tak nie działa, ona zbiera potencjały. Jak naklejamy elektrodę na klatkę piersiową i robimy EKG, tak ona jest taką elektrodą pomiarową w uchu wewnętrznym. Aparaty EKG to duże urządzenia. – A tu mamy mikrochirurgię. To wszystko odbywa się pod mikroskopem. Czyli ktoś wpadł na to, że tę elektrodę można wykorzystywać w dwojaki sposób? – O tym wiedzieliśmy od dawna. To było potwierdzone, że elektroda może przesyłać informacje. Ale nie było opracowanej technologii, która by pozwalała to wykorzystać w warunkach klinicznych, u pacjentów z częściową głuchotą. W nielicznych miejscach na świecie są przeprowadzane zabiegi u pacjentów z częściową głuchotą. Najczęściej implantowani są ci, którzy są całkowicie głusi. Nasz instytut jest pionierem rozszerzenia kryterium kwalifikacji, czyli możemy pomagać dużo większej liczbie pacjentów. Także tym z częściową głuchotą. – To jest sytuacja, w której pacjent coś słyszy, zwłaszcza niskie, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie wolno się bać. Trzeba mówić NIE
Wywiad z Danielem Olbrychskim Widzę dokumenty, książki… Ten dokument na górze to chyba List Ośmiu, który podpisał pan w proteście wobec stanu wojennego. – To jest cała historia, list bardzo ostry przeciwko stanowi wojennemu, no i przeciwko gen. Jaruzelskiemu. Chciało się panu wtedy nadstawiać głowy? – Wtedy tak… Miałem już podpisany kontrakt z filmem francuskim, ale wybuchł stan wojenny, Polska zamknięta. Więc powiedzieliśmy sobie z ówczesną żoną, która już nie żyje, że i tak wszystko przepadło, no to przynajmniej trzeba przyzwoicie się zachowywać. List napisał Józef Rybicki, były szef warszawskiego Kedywu, współzałożyciel WiN, członek założyciel KOR. – Pan Rybicki zaprosił mnie do siebie. Mówił, że, po pierwsze, stan wojenny został fantastycznie przeprowadzony. Wszystko sparaliżowane. I jest cisza. Dlatego też, powiedział, chodzi o to, żeby świat i Polska przez Wolną Europę wiedziały, że Polacy nie poddali się. Że nie wszyscy są zastraszeni. Stąd ten list. Powiedział mi też: „Pan jest najbardziej wyrazistą postacią. Są pana filmy, pamiętają pana z apelu poległych…”. Ten apel wygłosił pan pod Stocznią Gdańską 16 grudnia 1980 r. – Wałęsa mnie zaprosił do tego. A zanim podpisałem list, Rybicki mi mówił: „Jak pan podpisze, to musi się pan liczyć z jakimiś konsekwencjami”. I tak się stało, jakoś o piątej nad ranem wzięli mnie na Rakowiecką. Chcieli mnie zmusić, bym ten list odszczekał. Nie udało im się. Po dobie mnie puścili. Dostałem paszport, wyjechałem do Francji, interweniował prezydent François Mitterrand, żeby mnie wyrwać, bo Joseph Losey powiedział, że nie zacznie filmu, jeśli ja nie przyjadę. Ale nic o tym nie wiedziałem, bo telefony nie działały. Za to uczestniczyłem w różnych procesach ludzi Solidarności, które odbywały się w sądzie na Lesznie. Jako widownia. Tłumy przychodziły. – Pamiętam proces kierownictwa Solidarności Huty Warszawa. Siedziałem z Popiełuszką, krzesełko w krzesełko, w pierwszym rzędzie. W tym procesie sędzią był Andrzej Lewandowski, mój kolega z liceum Batorego. Oskarżycielem była pani prokurator, też z Batorego. Obrońcą był mecenas Mirosław Brych. I za każdą dobrą odpowiedź mecenasa czy tych oskarżonych sala biła brawo, więc sędzia się wściekał. A ja siedziałem tak, że pani prokurator była prawie na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że ją w liceum podszczypywałem. I teraz też się wpatrywałem w jej pokaźny biust. A jej się z tego myliły kartki oskarżenia. Widział to Popiełuszko i mówił do mnie: „Bardzo dobrze, już masz moje rozgrzeszenie”. W pewnym momencie sędzia Lewandowski zrobił przerwę… Więc wyszliście na korytarz. – Ja nie, Lewandowski mnie złapał: „Danek, chodź do mnie na kawę”. Weszliśmy do pokoju, on zdjął togę i mówi: „Tutaj pracować nie można. Jakieś demonstracje robicie, jak tak można?”. Więc mu odpowiedziałem: „Andrzejku, ja tu przychodzę ze względów zawodowych. Spodziewam się, że kiedyś będziemy robili filmy na ten temat. I przychodzę popatrzeć, a nuż przyjdzie mi zagrać ciebie? Tylko pamiętaj, ja nigdy chuja nie grałem”. Nie wiem, czy pod wpływem moich słów, czy pod wpływem własnego sumienia, sędzia ogłosił uniewinnienie oskarżonych. Potem przestał być sędzią, bo chyba go z tego stanowiska zdjęli. Został adwokatem. – Ale co chcę powiedzieć – parę lat później, już w III RP, gen. Jaruzelski wydawał swoją książkę „Stan wojenny. Dlaczego…”. Byłem na promocji tej książki i generał zrobił mi taki wpis: „Panu Danielowi Olbrychskiemu z podziwem i wielką sympatią”. I powiedział: „Ja pana podziwiam nie tylko za pana role, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jak Unia broni się przed Trumpem
Nie użerać się nadmiernie z Ameryką Jan Truszczyński – dyplomata, główny negocjator członkostwa Polski w Unii Europejskiej, były ambasador RP przy UE. Gdy rozmawialiśmy rok temu, mówił pan, że Europa musi się wziąć w garść. Bierze się? – Europa już wtedy była w trakcie brania się w garść. Sprawy przyśpieszyły po 20 stycznia 2025 r. i po pierwszych zimnych prysznicach, jakie otrzymała z Waszyngtonu. Wtedy stało się jasne, że działania na rzecz większej samodzielności, odpowiedzialności za samego siebie, własnego przemysłu zbrojeniowego mają sens, są potrzebne i trzeba je wykonywać szybciej. I to się dzieje. Chociażby instrument finansowy SAFE, który jest wdrażany, i to w tempie, które zostało zaprogramowane w pierwszej połowie ubiegłego roku, kiedy był przygotowywany i negocjowany. Wtedy ustalono, że ma to być program europejski, i wyznaczono limit 35% dla zamówień spoza Unii Europejskiej. – W finalnej wartości komponentów użytych do wytworzenia gotowego produktu maksymalnie 35% może pochodzić spoza Unii Europejskiej. Te 35% bardzo rozeźliło Amerykanów. Dwóch ich ambasadorów, przy Unii i w NATO, napisało w tej sprawie list, żądając dopuszczenia firm amerykańskich bez limitów. – Widziałem ten list. Nie zaskoczył mnie specjalnie, bo lobbing jest rzeczą naturalną i w sumie nieuchronną. Mnie tylko zaskakuje, że to dokonuje się tak późno, podczas gdy warunki uczestnictwa w programie SAFE, wszystkie parametry, znane są od 29 maja 2025 r. A nie zdziwiła pana forma listu? Te bardzo obcesowe argumenty. – No cóż, zawsze wielu ambasadorów amerykańskich było nominatami politycznymi, w jakiś sposób związanymi z aktualnym prezydentem. W tym sensie nihil novi sub sole. Ale obecni ambasadorowie amerykańscy przyjęli sposób zachowania filmowego wojownika – który energicznie, siłowo wkracza w politykę wewnętrzną kraju przyjmującego i usiłuje w nim zaprowadzać amerykańskie czy raczej trumpowskie porządki. W ostatnich tygodniach widzieliśmy nie tylko zaskakujący i zdumiewający wybryk ambasadora Rose’a tutaj, w Polsce, ale również wyczyny ambasadora Billa White’a w Belgii, popisy ojca Jareda Kushnera, Charlesa Kushnera, we Francji, wygłup ambasadora amerykańskiego w Kopenhadze, popis kandydata na ambasadora w Islandii – ten jeszcze się nie znalazł w Rejkiawiku, a już spekulował, że kraj mógłby się stać 52. stanem USA… To po prostu dzisiejsza przeciętna jakość ambasadora amerykańskiego. Unia wstrząśnięta. I co dalej? Jak to działa na Europę? – Te rzeczy, o których przed chwilą powiedziałem, nie są najistotniejsze. To jedna z twarzy obecnej Ameryki. Natomiast wszystko to, co stanowi bezpośrednią amerykańską ingerencję w sprawy europejskie – próby zmiany sytuacji politycznej w poszczególnych krajach, osłabiania Unii Europejskiej – buduje przekonanie, że trzeba silniej angażować się w proces jej wzmacniania. Odnoszę wrażenie, że w Unii w ostatnim czasie nastąpiła duża zmiana. Obronność: mamy SAFE i nie tylko. Sprawa handlu: podpisano umowę UE-Mercosur i umowę z Indiami. Proces decyzyjny: jeszcze dwa lata temu każde państwo w danej sprawie miało zwykle własną opinię. Teraz zbierają się razem i wydają wspólny komunikat. Albo trójka, albo czwórka, albo szóstka. Czy to jest realna zmiana? – Myślę, że poszedł pan o krok za daleko. To, że r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Po ogłoszeniu wyników węgierskich wyborów PiS zaczęło wycofywać się rakiem z bezwarunkowego poparcia dla Orbána i Fideszu. Tobiasz Bocheński stwierdził, że polityka wschodnia Orbána była całkowicie rozbieżna ze stanowiskiem PiS, Przemysława Czarnka wygrana Tiszy nie absorbuje, bo ważniejsze są sprawy krajowe, a Karol Nawrocki uważa już, że rolą prezydenta Polski nie jest komentowanie wyborów. W prawicowych mediach poszedł przekaz, że Węgry to nieduży i mało znaczący kraj. W TV Republika Michał Rachoń oznajmił, że na Węgrzech władzę stracił… Donald Tusk. Jednak w internecie nic nie ginie. Jest choćby zdjęcie Michała Wójcika z posłankami i posłami PiS pod pomnikiem gen. Bema, z podpisem: „Budapeszt, wspieramy Viktora Orbána”. Także w mediach społecznościowych członków PiS było wiele postów wspierających węgierskiego premiera. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Dajcie ludziom mieszkać
Najem krótkoterminowy jest zmorą polskich miast. Mieszkania drożeją, mieszkańcy nie mogą spać, a rządzący boją się kategorycznych regulacji Polska jest dziś jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, które nie uregulowały najmu krótkoterminowego. Według szacunków rządowych obejmuje on już ok. 100 tys. mieszkań. I nic nie wskazuje, by ów trend miał wyhamować. Brak przepisów otworzył drogę do nadużyć: lokale są masowo wykupywane pod biznes turystyczny, i to w budynkach, które nie są do tego przeznaczone. Konsekwencje ponoszą mieszkańcy – ofiary niekończącej się rotacji turystów. Nocne hałasy, niszczenie wspólnej przestrzeni i uciążliwe imprezy stały się ich codziennością. Życie w wielu kamienicach Krakowa, Warszawy czy Sopotu zostało podporządkowane interesom najmu krótkoterminowego, a państwo tylko biernie patrzy. Polska – eldorado korporacji W ciągu ostatniej dekady Airbnb wyrosło na jedną z największych alternatyw dla tradycyjnej bazy hotelowej. Platforma przyciągnęła użytkowników obietnicą niższych cen, większej swobody i czegoś, co firma nazywa „autentycznym doświadczeniem miasta”. Miało to być szczególnie atrakcyjne dla rodzin, które potrzebują więcej niż jednego pokoju hotelowego. Miało też być taniej i wygodniej. Niestety, umasowienie najmu krótkoterminowego wpływa negatywnie na lokalne społeczności. 13 kwietnia przedstawiciele ruchów miejskich spotkali się z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz z Polski 2050, aby omówić projekt ustawy regulującej rynek najmu krótkoterminowego. 20 maja br. w całej Unii Europejskiej ma bowiem ruszyć obowiązkowy rejestr mieszkań, domów i pokoi wynajmowanych na krótki termin. To rozwiązanie, które Polska musi wdrożyć na mocy Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2024/1028 z 11 kwietnia 2024 r. Jest ono wymierzone w nieprawidłowości związane z funkcjonowaniem takich platform jak Airbnb i Booking.com. W odpowiedzi na problem zamieniania mieszkań w parahotele politycy przygotowali dwie propozycje legislacyjne. Jedna pochodzi od Ministerstwa Sportu i Turystyki, drugą przygotowali posłowie. „Kraków tonie w Airbnb. Stali mieszkańcy Kazimierza i okolic Rynku Głównego to ginący gatunek. Wystarczy jedno lub dwa mieszkania w budynku funkcjonujące jak hotele dla turystów, by uprzykrzyć życie całej wspólnocie. Przeanalizowaliśmy propozycje rządową i poselską i naszym zdaniem tylko projekt poselski oferuje realne narzędzia ochrony mieszkańców przed powodzią Airbnb. Wprowadza on dla wspólnot możliwość sprzeciwu dla wynajmu krótkoterminowego typu Airbnb, jeśli trwałby on dłużej niż trzy miesiące w roku, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
20 kwietnia, 2026
Masowa organizacja powojennego wyżu
Moja generacja stworzyła ZSMP, teraz młodzi niech budują swoją Polskę Dr Krzysztof Janik – w latach 1965-1976 działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, od 1976 do 1986 r. był aktywistą Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w latach 1981-1986 zasiadał w zarządzie głównym jako sekretarz i zastępca przewodniczącego. Czy powstanie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej to pokłosie myślenia wielu członków ekipy Gierka, które wyrastało z czasów funkcjonowania jednej organizacji, ZMP, jako realizacji polityki jedności narodu? – Na pewno było wtedy sporo doktryny ideologicznej. Obowiązywał wówczas pogląd, że oto Polska – podobnie jak inne kraje obozu – weszła w etap budowy rozwiniętego socjalizmu. Nikt za bardzo nie wiedział, co to takiego, generalnie uznawano, że przemiany społeczne, ekonomiczne i polityczne zaszły tak daleko, że stały się nieodwracalne. Dotyczyło to także świadomości społecznej. Wierzono, że istnieje powszechna akceptacja polityki PZPR, a w ślad za tym nastąpiła unifikacja wyznawanej hierarchii wartości. To zjawisko – tak naprawdę nieistniejące i dziś wiemy, że niemożliwe do osiągnięcia – nazywano jednością ideowo-moralną narodu. Na tym tle rozpatrywać można postępującą unifikację ruchu młodzieżowego. Wszędzie dodawano słówko „socjalistyczny”. Tak powstały Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, Związek Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej, Socjalistyczny Związek Młodzieży Wojskowej czy Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej. Ale trzeba pamiętać, że młodzież na ogół traktowała to jako niezbędny element scenograficzny. Nie zmieniano programów działania, nie zwiększano w nich dawki ideologii. Ot, taki obowiązkowy rytuał, cena za swobodę działania. Przyznasz, że dość niska. Dla wielu nie był to jednak mało znaczący rytuał. – Nie ma co ukrywać, że byli tacy; że niektórzy z nas – i było ich niemiało – wierzyli w te ideały. Tysiące z nas było świadkami awansu społecznego rodziców, wielu od dziadków wiedziało, jak wyglądała przedwojenna Polska. Ten socjalizm, szczególnie gierkowski, przemawiał do wyobraźni, a do tego wedle deklarowanych przez władze reguł projektowaliśmy własną przyszłość i kroiliśmy własne aspiracje. Żyliśmy także mitem Związku Młodzieży Polskiej, o który pytasz. Masowy awans ze wsi do miasta, wielkie budowy socjalizmu, na których stała polska gospodarka w owym czasie – tak, to działało na wyobraźnię. Nie chcieliśmy być gorsi od pokolenia naszych rodziców. Zwłaszcza że polityka Edwarda Gierka przypominała trochę minione lata. Te wielkie budowy socjalizmu – Huta Katowice, fabryka samochodów, nowe kopalnie, elektrownie, program budowy mieszkań – wszędzie byli potrzebni młodzi, chętni do roboty,
20 kwietnia, 2026
Dziurawy system kontroli niszczy polski rynek żywności
Rozproszone i niedofinansowane inspekcje nie mają siły przeciwstawić się wielkim sieciom handlowym i grupom przestępczym W Broniszach, na największym w Polsce rynku hurtowej sprzedaży owoców, warzyw, artykułów spożywczych i kwiatów, wczesną wiosną można znaleźć kartony z pomidorami oznaczone: „Produkt polski”. W rzeczywistości sprowadzono je z Afryki Północnej. Dlaczego dochodzi do takich oszustw? Bo pomidory z polskich szklarni są droższe od afrykańskich. I znacznie smaczniejsze. W 2022 r. kupowaliśmy nieświadomie w sklepach chleb i bułki, które mogły być wypieczone z pochodzącej z Ukrainy pszenicy technicznej. Ówczesny rząd Mateusza Morawieckiego ewidentnie problem zlekceważył, a rolnicy, którym w skupach proponowano skandalicznie niskie ceny za pszenicę, rozpoczęli protesty. Z przerwami trwały one do roku 2024. W tym samym roku wybuchła afera Berg + Schmidt Polska. Spółka do produkcji dodatków paszowych używała tłuszczów technicznych zamiast surowców spełniających normy spożywcze. Wśród jej klientów był największy w kraju producent drobiu, firma Cedrob. Wartość szkód szacowano na 170 mln zł. W 2024 r. ogłoszono upadłość firmy Berg + Schmidt Polska. Regularnie opisywane przez media afery z importowanym zbożem czy podejrzanymi dodatkami paszowymi oraz widmo zalewu europejskiego rynku tanią żywnością z Ameryki Południowej to tylko część problemu. Polski system kontroli żywności pozostawia wiele do życzenia, a gdy ujawniane są nieprawidłowości, trudno znaleźć winnych. Presja cenowa spółek zajmujących się produkcją pasz bądź wyrobami piekarniczymi oraz wielkich sieci supermarketów stworzyła idealne warunki do oszustw. Na to nałożyła się niska skuteczność kar za nieprzestrzeganie prawa. Efekt? Utrata zaufania do instytucji państwowych. Czterech kucharzy w jednej kuchni 11 marca br. w sali Kina pod Kopułą w Gostyniu odczytano obszerny akt oskarżenia w głośnej sprawie „chrzczenia” mleka przez rolników i pracowników tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Mechanizm był prosty – do mleka dolewano wodę i fałszowano dokumentację, by osiągnąć dodatkowe zyski. Proceder miał miejsce w latach 2015-2019. Oszuści wpadli, bo podejrzeń nabrały władze spółdzielni, które zawiadomiły policję i prokuraturę, że coś jest nie tak. Po zainstalowaniu kamer jeden z kierowców został nagrany, jak manipuluje licznikiem, a dalsze kontrole (przy udziale kompetentnych organów) wykazały, że w kilku cysternach były przerobione zawory. W trakcie postępowania ujawniono szczegóły przestępczego procederu. Prokuratura oszacowała straty na kilka milionów złotych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
20 kwietnia, 2026
To nie węgiel zabija
Przekształcenie elektrowni węglowej w korzystającą z gazu sprowadzanego z Kataru to idiotyzm lub sabotaż Dr Jerzy Markowski – były wiceminister gospodarki oraz przemysłu i handlu, senator dwóch kadencji z ramienia SLD. W latach 90. pełnomocnik rządu ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Za rządów PiS bezskutecznie zabiegał o zgodę na wybudowanie nowej kopalni w Suszcu (woj. śląskie). Dziś doradza rządom różnych państw w sprawach dotyczących górnictwa. W Rybniku działają cztery kopalnie, tymczasem tamtejsza elektrownia węglowa jest wygaszana i zastępowana jednostką na gaz z Kataru. – Na to nie ma logicznego wytłumaczenia. Ta inwestycja zaczęła się za rządów PiS. I kolejny rząd toleruje to, że mając do dyspozycji – w odległości kilkunastu kilometrów – zasoby surowca energetycznego, który nie jest obarczony dodatkowym ryzykiem, rezygnuje się z niego na rzecz innego, który trzeba kupić za granicą, dostarczyć z daleka, w dodatku trasą niepewną ze względów militarnych czy klimatycznych. Ta decyzja kwalifikuje się do kategorii klasycznych idiotyzmów, żeby nie nazwać tego sabotażem. A co z ekologią? – Efekty ekologiczne przy takich produktach jak gaz muszą być oceniane nie tylko w momencie spalania gazu, ale również np. w czasie transportu. A w tym przypadku mamy zużywać gaz płynący do Polski z odległości 20 tys. km. Myśląc o ekologii, musimy brać pod uwagę więcej czynników, a nie tylko to, co jest skutkiem spalin. Żyjemy w czasach największego kryzysu energetycznego od lat 70. XX w. Wojna na Ukrainie, płonąca Zatoka Perska, niepewne dostawy. Czy w tej sytuacji odcinanie się od własnego węgla ma sens? – Myśląc o tym, jak zdobyć energię, trzeba brać pod uwagę to, jak ją wytworzyć, z czego i gdzie znaleźć paliwo do jej wytworzenia. Obecny kryzys wykazał ponad wszelką wątpliwość, że najsłabszą stroną zaopatrzenia w energię jest transport. Teraz przecież to transport zawodzi, abstrahując od ekonomii, która na skutek blokad transportowych zupełnie rozmija się z ekonomią planowaną w czasie, kiedy decydowano się na takie, a nie inne paliwo. Mało kto zdaje sobie sprawę, ile złego stałoby się w gospodarce światowej, gdyby rzeczywiście doszło do apokaliptycznego zniszczenia cywilizacji w Iranie, co zapowiadał prezydent Trump. Byłoby to przede wszystkim wyeliminowanie irańskiego gazu z rynku, co spowodowałoby globalny wzrost cen tego surowca. A następnie wzrost cen wszystkiego, do czego potrzebny jest gaz. Już dziś w Polsce ma on 18-procentowy udział w wytwarzaniu energii. A przecież gaz w 80% odpowiada za koszty produkcji nawozów sztucznych. Te są niezbędne do upraw, czyli mają wpływ na ceny żywności. Idąc dalej, gaz wykorzystujemy do produkcji aluminium i stali, w koksownictwie. Obecny kryzys to wielka lekcja. Bylibyśmy skończonymi idiotami, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
20 kwietnia, 2026
Dziennik prof. Piotra Kwiatkowskiego z czasów epidemii koronawirusa
Niedawno zwróciliśmy się do Czytelników z prośbą o wspomnienia z czasu epidemii koronawirusa. Kiedy się zaczęła, prof. Piotr Kwiatkowski, socjolog z Uniwersytetu SWPS zaczął prowadzić dziennik. Drukujemy jego fragmenty, opisujące pierwszy rok pandemii. 2020.03.22, niedziela Rano chłodno, ok. 3 stopni. Słonecznie. Dwugodzinny spacer przez puste ulice Wierzbna. Mija tydzień od wprowadzenia przez rząd restrykcji związanych z epidemią – kontroli na granicach, zamknięcia lokali, centrów handlowych, kin, teatrów, szkół i uczelni. W Polsce liczba zakażonych wirusem przekroczyła pół tysiąca, w Europie 150 tys., zmarły 7802 osoby. To sprawia, że Europa jest kontynentem najbardziej dotkniętym pandemią, w Chinach do tej pory odnotowano ponad 96 tys. przypadków zakażenia, z czego niemal 3,5 tys. osób zmarło. 2020.03.31, wtorek Zabłysnął znowu ks. Tadeusz Guz – dyżurny katolicki profesor. W telewizji rydzykowej mówił o „cudzie przychodzącego Boga” i stwierdził: „Niektórzy się obawiali, że kapłan, który koncelebruje mszę i udziela komunii do ust, może zarażać. Kapłan ma, po pierwsze, konsekrowane dłonie, po drugie, kapłan jako jedyna osoba w zgromadzeniu liturgicznym ma umywane dłonie przy Lavabo”. KUL od bredni Guza odciął się półgębkiem: „Według naszej wiedzy ks. prof. T. Guz nie posiada kwalifikacji naukowych, aby wypowiadać się na tematy dotyczące medycznych aspektów epidemii, w szczególności na temat sposobu rozprzestrzeniania się koronawirusa i rozwijania się epidemii”. Biskup lubelski wypowiedział się wprost: „»Wypowiedzi ks. prof. Guza na antenie TV Trwam stoją w sprzeczności z katolicką nauką o przeistoczeniu oraz stanowiskiem Episkopatu Polski. (…) Ksiądz arcybiskup wzywa ks. prof. Guza, aby jak najszybciej sprostował wypowiedzi niezgodne z katolicką nauką o Eucharystii«, napisał ks. dr Adam Jaszcz, rzecznik archidiecezji lubelskiej”. 2020.04.04, sobota Wczoraj w Aleksandrowie zmarł pierwszy pacjent zarażony koronawirusem. Dobry ogólny stan zdrowia, ok. 60 lat, niepalący, nie pił alkoholu. Rozmawiałem ze Stefanem w niedzielę. Wspomniał, że ma 10 pacjentów na oddziale zakaźnym, ale nie było żadnego poważnego problemu. W ciągu kilku godzin stan jednego z chorych gwałtownie się pogorszył. – Organizm nie reagował na żadne formy pomocy medycznej – opowiadał S. – zagotowały mu się płuca. Pracuję 35 lat. Nigdy jeszcze nie widziałem tak gwałtownego, fatalnego ataku choroby u człowieka, który nie był obciążony żadnymi przewlekłymi chorobami, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
20 kwietnia, 2026Świat
Alternatywa dla Niemiec oskarża uchodźców o nadużywanie niemieckiej gościnności Michaił Glinnik dostaje 460 euro miesięcznie i wreszcie może kupić w supermarkecie, co tylko chce. To luksus, o którym ten emeryt spod Berdiańska w swojej ojczyźnie mógł tylko pomarzyć. – Nigdy wcześniej nie miałem w ręce tylu pieniędzy – mówi tak, jakby wciąż w to nie wierzył. Rozmawiamy w jednym z punktów pomocy dla Ukraińców na zachodzie Hanoweru. – Rosjanie chodzili od domu do domu i bili kolbami tych, których przesłuchiwali – wspomina 45 dni okupacji wsi, w której mieszkał. Widząc, jak na jego ziemi panoszy się russkij mir, podjął decyzję o ucieczce. Przez Krym i Rosję dotarł do Polski. Gdy w polskiej firmie budowlanej, w której dorabiał, nie było już dla niego pracy, ruszył dalej, do Niemiec. Teraz mieszka w Sehnde pod Hanowerem, w hotelu przerobionym na ośrodek dla uchodźców. Wspomniane 460 euro miesięcznie to wsparcie od państwa niemieckiego. Rząd Scholza podjął decyzję, że Ukraińcy będą dostawać taki sam zasiłek dla bezrobotnych jak niemieccy obywatele. To znacznie więcej niż – w przeliczeniu – 65 euro, które Glinnik otrzymywał w ojczyźnie w ramach emerytury. Nic dziwnego, że za Odrą czuje się niemal bogaczem. – Nigdy nie miałem tylu pieniędzy naraz – podkreśla jeszcze raz. W Polsce niemal wszyscy uciekający przed wojną szybko podjęli pracę. W Niemczech po roku na rynku pracy odnalazło się ledwie kilkanaście procent Ukraińców. Różnica wynika z systemu. Niemieckie urzędy podsuwały przybyszom formularze, dzięki którym mogli oni uzyskać świadczenie socjalne. Uchodźcy słyszeli, że Fragment książki Łukasza Grajewskiego Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę, Szczeliny, Kraków 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Samosioły z zony
Niech tam będzie niebezpiecznie, ale przynajmniej umrę pod swoim kawałkiem nieba – mówili ludzie z Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. Wasyl Antipowicz Ławrienko wybrał się na ryby ze swoim przyjacielem, strażakiem. Kiedy je łowili, nagle zobaczyli błysk, potem drugi, jakby coś wybuchło w elektrowni jądrowej. Zaraz po tym usłyszeli huk. W linii prostej od obiektu dzieliło ich 10 km, więc szczegółów nie widzieli, a żadnego alarmu wciąż nie było słychać. Ot, huknęło coś i wróciła nocna cisza. Jeszcze nie rozumieli, co się stało. – Wróciliśmy do łowienia – powie mi Wasyl wiele lat późnej. – Jechało potem dużo zastępów straży pożarnej na sygnale, ale wciąż nie spodziewaliśmy się, że wydarzyło się coś naprawdę groźnego. To był duży zakład; co chwilę coś się tam działo. Nałapaliśmy ryb, połów okazał się całkiem zadowalający. Po chwili przybiegł ktoś po mojego kumpla strażaka. Niemal tuż po wyjściu z jeziora włożył mundur i pojechał na akcję do elektrowni. Minęło dobrych kilka dni, zanim Wasyl dowiedział się, że nie chodziło o ćwiczenia. Że jego życie razem z tymi dwoma wybuchami właśnie wywróciło się o 180 stopni i nigdy już nie będzie takie samo. Że będzie musiał opuścić na kilka lat swój własny dom i że potem będzie do niego wracał nielegalnie – a wszystko to przez te dwa z pozoru niewinne wybuchy. Wasyl jest dziś jednym z samosiołów – i jedną z najbliższych mi osób na terenie zony. (…) Ewakuację wiosek wokół Czarnobyla rozpoczęto w maju 1986 r. – ale równolegle z nią zaczęły się pierwsze powroty. I pojawiło się słowo, które normalnie oznacza zboże rozsiewające się bez kontroli i udziału człowieka: samosioł. Właśnie tak bardzo szybko zaczęto nazywać wracających do zony. Byli to bardzo dzielni ludzie, te pierwsze samosioły. Żeby wrócić do swoich wiosek, musieli iść przez lasy i bagna. Zazwyczaj szli na piechotę, forsując ogrodzenia, nieraz ze zwierzętami na postronku. Olga Juszczenko, jak wielokrotnie mi opowiadała, by wrócić do Łubianki, przełaziła przez jakieś mokradła i przez druty kolczaste; pokonywała po dwadzieścia kilka kilometrów sama przez las. I tak po wielokroć. W dodatku razem ze swoją krową żywicielką. Potem do chatki Olgi przyjeżdżała milicja, żeby ją wyrzucić, ona płakała, ale cóż było robić – z władzą nie wygrasz, a przynajmniej nie na krótką metę. Jednak gdy tylko radzieccy milicjanci tracili ją z oczu, Olga wracała. Aż pewnego razu już nie przyjechali – upór babuszki ich przekonał. Nie było sensu tracić czasu i energii na użeranie się ze starszą kobietą. Niech sobie żyje w tej upadłej wsi, Fragmenty książki Krystiana Machnika Ostatni ludzie Czarnobyla, Notatnik Reportera, Warszawa 2025 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
20 kwietnia, 2026
Tajemnica Watykanu i mafii
„Sprawdźcie, kto jest pochowany w Sant’Apollinare” – ten anonimowy telefon uruchomił sprawę zaginionej Emanueli Orlandi Korespondencja z Rzymu Raffaella Notariale – włoska dziennikarka śledcza, reporterka programów „Chi l’ha visto?” i „Report”, zajmująca się sprawą zaginięcia Emanueli Orlandi oraz powiązaniami watykańsko-mafijnymi; autorka czterech książek, wystąpiła w serialu Netfliksa „Dziewczyna z Watykanu” (2022). To pani odkryła grób Enrica De Pedisa – Renatina, bossa rzymskiej mafii, powiązanego ze sprawą Emanueli Orlandi. Jak do tego doszło? – W 2005 r. autor programu telewizyjnego „Chi l’ha visto?” Pier Giuseppe Murgia poprosił mnie, abym zajęła się sprawą Emanueli Orlandi. Wiedziałam o niej niewiele: że była 15-letnią obywatelką Watykanu, zaginioną w 1983 r. Nie znałam jednak dokładnie historii, więc zaczęłam, jak nowicjuszka, od depesz agencyjnych i archiwum prasowego. Zebrałam wszystkie informacje, które się ukazały w gazetach, i przygotowaliśmy materiał o zaginięciu obywatelki watykańskiej. Kilka dni po emisji reportażu na automatycznej sekretarce redakcji nagrano anonimową wiadomość: „Jeśli chcecie wiedzieć, co stało się z dziewczyną, idźcie sprawdzić, kto jest pochowany w Bazylice Sant’Apollinare i odkryjcie przysługę, jaką Renatino wyświadczył kard. Polettiemu”. Bardzo intrygujące. – Ta wiadomość była dłuższa, wspominała także o Mirelli Gregori, drugiej dziewczynie zaginionej w tamtym czasie. Dla nas jednak kluczowa była ta informacja, kogo pochowano w Sant’Apollinare i jaką przysługę Renatino miał wyświadczyć Polettiemu. Kard. Ugo Poletti był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch i wikariuszem papieża Jana Pawła II. Ale kim był ten Renatino? Dziś wszyscy to wiedzą, jednak w 2005 r. ludziom spoza środowisk przestępczych jego nazwisko mówiło niewiele. Został zabity w zasadzce w centrum Rzymu 15 lat wcześniej. Postanowiłam pracować nad tą sprawą. Spędziłam całe lato między prokuraturami, komisariatami, koszarami i kościołami, pukając do każdych drzwi. W ten sposób zaczęły wypływać nieznane dokumenty. W moje ręce trafiły odręczne listy kard. Polettiego, a jeszcze wcześniej prałata Pietra Vergariego. Kim był Vergari i co zawierały te listy? – Był rektorem Bazyliki św. Apolinarego przy Termach w Rzymie, w okresie, gdy Renatino został zabity, w lutym 1990 r. Jego przyjaźń z De Pedisem wywołała sensację. Z dokumentów wynikało, że Vergari, odpowiedzialny za bazylikę, zwrócił się pisemnie do kard. Polettiego o pozwolenie na pochowanie De Pedisa w kościele. Poletti odpowiedział, by poczekać i najpierw pochować ciało na Cmentarzu Verano, a dopiero później przenieść je do Bazyliki św. Apolinarego, „aby uniknąć rozgłosu”. Czyli Poletti doskonale wiedział, kim był Renatino. Aby uzasadnić pochówek, prałat Vergari napisał, że De Pedis był dobroczyńcą ubogich. Ale dlaczego boss rzymskiego świata przestępczego został pochowany w kościele? Udało się to ustalić? – Niestety nie. Dziś jego ciało zostało przeniesione i nie znajduje się już w bazylice. Ale by dostąpić zaszczytu spoczywania w niej, musiał zrobić coś bardzo ważnego. Kim więc był Renatino? – Pseudonim Enrica De Pedisa pochodził od imienia jego ojca chrzestnego. Początkowo był drobnym rzymskim przestępcą. Z czasem zdobywał coraz większą władzę w ramach tzw. grupy z Testaccio. Banda z Magliany – organizacja przestępcza działająca w Rzymie – składała się z różnych grup, które postanowiły się zjednoczyć na wzór cosa nostry i camorry, z zamiarem sprawowania kontroli nad miastem. De Pedis wyróżniał się na tle towarzyszy: nie pił alkoholu i nie używał narkotyków. Pod jego przywództwem grupa z dzielnicy Testaccio, zwana testaccini, ewoluowała, podczas gdy inne ograniczały się do „wykonywania zleceń”. Ta grupa już wcześniej utrzymywała kontakty ze służbami specjalnymi, znaczącymi przedsiębiorcami i czołowymi postaciami życia politycznego. Za De Pedisa relacje te się umocniły. Renatino bywał na salonach, zamawiał garnitury u renomowanego krawca, chodził do teatru, pasjonował się antykami. Mieszkał w centrum Rzymu, w budynku, w którym znajdowało się biuro premiera Giulia Andreottiego. Był prekursorem dzisiejszych białych kołnierzyków? – W zasadzie tak. Bywał we właściwych miejscach i znał właściwych ludzi, a przede wszystkim wyświadczał przysługi. Zdumiewające, że był poszukiwany listem gończym i spędził długie okresy w więzieniu, a mimo to zmarł jako osoba formalnie niekarana. Dlaczego? – Ponieważ wszystkie postępowania przeciw niemu zostały formalnie wszczęte dopiero po jego śmierci. Trudno w to uwierzyć. Trafiał do więzienia, stawiano mu zarzuty, ale procesy nigdy nie kończyły się rozstrzygnięciem, także z powodu realiów włoskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeden z komendantów policji wręczył mu nakaz opuszczenia Rzymu, zakazując pobytu w stolicy. A jednak Renatino pozostał w mieście, jakby nic się nie stało. Jest jeszcze jedna osoba, którą zidentyfikowała pani podczas śledztwa dziennikarskiego: Sabrina Minardi. Kim była? – Rok po odnalezieniu dokumentów i grobu Enrica De Pedisa w Bazylice św. Apolinarego udało mi się zbliżyć do Sabriny Minardi. Czytając ponownie depesze agencyjne, natrafiłam na jedną, w której nazwisko Sabriny było zapisane błędnie, podobnie jak nazwisko De Pedisa. W notatce opisywano, że wydział kryminalny, próbując schwytać bossa z Magliany, śledził kobietę przedstawianą jako jego kochanka. To dzięki tej obserwacji De Pedis został później aresztowany w domu w rzymskiej dzielnicy EUR. Zaczęłam szukać tej kobiety. Zrealizowałam reportaż telewizyjny, w którym mówiłam o niej pośrednio. Po emisji sama się odezwała: „Nie wspominajcie o mnie więcej, ja nie mam z tym nic wspólnego”. Wtedy postanowiłam ją przekonać, by opowiedziała swoją historię. Jak udało się ją odnaleźć? – W końcu zdobyłam adres: mieszkała na Zatybrzu. Będąc w pobliżu jej domu, zadzwoniłam do szefa, żeby powiedzieć, gdzie jestem: gdybym nie wróciła, należało mnie szukać. Gdy udało mi się dostać do budynku, weszłam na ostatnie piętro i zaczęłam pukać do drzwi bez nazwisk. W końcu trafiłam. Otworzyła mi piękna dziewczyna. „Czy jest pani Minardi, chciałabym z nią porozmawiać”, zapytałam i przedstawiłam się. „Chwileczkę”, powiedziała i zamknęła drzwi. Poczekałam kilka minut i zapukałam ponownie. Odpowiedziała: „Mamy nie ma w domu”. Wiedziałam, że to nieprawda. „Muszę z nią porozmawiać tylko chwilę. Jestem sama”, nalegałam, bo nie zamierzałam odejść. I determinacja podziałała? – W końcu pojawiła się Sabrina Minardi, choć ja nie mogłam tego wiedzieć – w tamtym czasie nie było jej zdjęć. Stanęła przede mną kobieta już niemłoda, z wyraźnymi problemami zdrowotnymi. Przedstawiłam się i powiedziałam, że chcę z nią porozmawiać. Zaczęła mnie przeszukiwać, sprawdzając, czy nie mam ukrytych mikrofonów. Jej prawa ręka była bezwładna po wypadku samochodowym. Kiedy skończyła, uniosła zasłonę oddzielającą korytarz od reszty mieszkania. Do środka wpadło światło. Salon był duży. Pamiętam jeden uderzający szczegół: po lewej stronie w terrarium znajdował się ogromny pyton. Udało się przekonać ją do rozmowy? – Nie od razu. Chciała wiedzieć, kim jestem. Praktycznie mnie przesłuchała. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć jej zaufanie, muszę odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zostałam tam długo. Poprosiłam ją o spotkanie na wywiad, bo chcę porozmawiać o Emanueli Orlandi. Odpowiedziała natychmiast: „Ja nie mam z tym nic wspólnego”. Zmieniłam więc strategię. Przypomniałam, że była związana z Renatinem, co potwierdzają dokumenty. „Mogłabym ci coś opowiedzieć. Ale najpierw muszę poprosić o zgodę pewne osoby”, odrzekła. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nią ponownie, ale nie uzyskała zgody na wywiad. Od tego momentu zaczęła się pogoń: spotkania umawiane i odwoływane, telefony bez odpowiedzi, a stan zdrowia Sabriny się pogarszał. Ale nie odpuściłam. W końcu podała mi termin. Poszłam z kolegą,
13 kwietnia, 2026
Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa
Dzisiaj najbardziej strategicznym produktem na świecie jest słodka woda Rosnące ceny na stacjach paliw spędzają sen z powiek milionom. Niepokoi przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie, w wyniku której niszczone są rafinerie i tankowce, a perspektywa braków w dostawach ropy nie pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Jednak to nie ropa jest dziś najbardziej strategicznym produktem na świecie, lecz woda. Przede wszystkim pitna, ale i ta wykorzystywana do celów gospodarczych. Jej brak może doprowadzić do potężnych turbulencji polityczno-ekonomicznych, znacznie większych niż braki paliwa. Obecnie odsalanie wody morskiej stanowi najważniejsze źródło wody pitnej dla ponad 300 mln ludzi na świecie. Ogromna większość zamieszkuje obszary, które po 28 lutego 2026 r., po agresji Izraela i USA na Iran, stały się celem ataków odwetowych ze strony Teheranu. Są to przede wszystkim Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Izrael. Długa tradycja odsalania Wody mamy dużo. Niestety, głównie tej pochodzącej z oceanów i mórz. 97,5% całkowitej ilości wody na Ziemi stanowią zasoby morskie. Pozostała, niewielka część to rezerwy wody słodkiej. I z roku na rok mamy jej coraz mniej. Historia odsalania wody morskiej sięga czasów jeszcze sprzed naszej ery. Już wtedy mieszkańcy wybrzeża Morza Śródziemnego pozyskiwali wodę pitną w ten sposób. Pierwsza odsalarnia podobna na swój sposób do dzisiejszych powstała na małej wyspie u wybrzeży Tunezji w roku 1560. Z kolei pierwsze patenty na odsalanie wody morskiej metodą destylacji zostały przyznane w Anglii w latach 1675-1683. W XIX w. wiele krajów osiągało już spore sukcesy w procesie odsalania wody morskiej. W tym gronie znalazło się Chile (mające ponad 6,4 tys. km linii brzegowej), gdzie w 1872 r. szwedzki inżynier Charles Wilson opracował pierwszą na świecie instalację odsalania zasilaną energią słoneczną i produkującą 20-25 m sześc. słodkiej wody dziennie. W 1892 r. do państw zamieniających wodę słoną w słodką dołączyła Rosja. Uruchomiono tam pierwszy zakład odsalania oparty na zasadzie wielostopniowego odparowywania wody. W czasie II wojny światowej odsalanie wody było intensywnie rozwijane – głównie metodą destylacji. W latach 50. i 60. eksploatacja ropy na Bliskim Wschodzie wywołała lokalny bum, w ramach którego powstały nowe odsalarnie wody morskiej. Po roku 1958 odsalaniem wody morskiej zajęły się Chiny – kraj, którego coraz większe obszary mierzyły się z deficytem wody. Od tej pory powstaje tam coraz więcej nowoczesnych odsalarni, o coraz większej wydajności, ale chiński rynek odsalania wody jest nadal w fazie rozwoju. Odsalarnie wymagają stałej obecności wyspecjalizowanych fachowców, którzy zajmują się zarówno obsługą, jak i bieżącymi naprawami instalacji. O tym, jak są ważni, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, jeszcze zanim powstała Wielka Sztuczna Rzeka dostarczająca wodę pitną z podziemnych warstw wodonośnych na Saharze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 kwietnia, 2026
Świat zakładnikiem Netanjahu
Skutecznie przekonał Izraelczyków o ich wyjątkowości Agresywna polityka zagraniczna Beniamina Netanjahu okazuje się kosztowna dla społeczności żydowskich w Europie i USA. Coraz częściej obok wyrazów poparcia dla Palestyńczyków i solidarności z mieszkańcami bombardowanej Strefy Gazy obserwujemy incydenty antysemickie. W dyskusjach internetowych, nawet w Polsce, nietrudno o komentarze, których autorzy sugerują, że „Hitler miał rację”, lub doszukują się odpowiedzialności wszystkich Żydów za działania Izraela. Poza internetem dochodzi do realnych aktów przemocy. W metropolii Toronto w marcu w ciągu kilku dni ostrzelano trzy synagogi. 10 marca francuska policja aresztowała dwóch braci, mających obywatelstwo włoskie i marokańskie, pod zarzutem planowania „morderczego i antysemickiego” ataku, a 23 marca w Londynie podpalono cztery karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzola. Rzeczywistość społeczności żydowskich to dziś przede wszystkim funkcjonowanie w lęku. Według UNESCO 61% nauczycieli w Unii Europejskiej styka się w swoich klasach z kłamstwem oświęcimskim, a co 10. nauczyciel ma z nim do czynienia często. Nawet w europejskiej polityce antysemityzm jest już narzędziem wykorzystywanym wprost. Pomijając błazenady Grzegorza Brauna, jego partia Konfederacja Korony Polskiej protestowała przeciwko Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030, nazywając ją „żydowskim faszyzmem” i przekonując, że antysemityzm to „rdzeń programu supremacji” wprowadzanego przez diasporę żydowską. Izraelczycy dumni z wojny Paliwem dla antysemickich postaw i retoryki jest trwająca nieprzerwanie od dwóch i pół roku intensywna wojna prowadzona przez Izrael na kilku frontach. Jej najnowszą odsłoną jest agresja na Iran i Liban. Wojna w Iranie chwilowo zwolniła, gdy Trump triumfalnie ogłosił zawieszenie broni (choć kilka godzin wcześniej groził zniszczeniem całej cywilizacji w Iranie). Teheran odebrał to pozytywnie, bo przedstawiony przez Trumpa 10-punktowy plan zawieszenia broni w istocie jest zwycięstwem Irańczyków i odpowiada ich potrzebom: od gwarancji zakończenia działań zbrojnych, przez obietnice wnoszenia opłat w wysokości 2 mln dol. od statku przeprawiającego się przez cieśninę Ormuz, aż po zdjęcie sankcji. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt zaznaczyła jednak, że ten plan stanowi jedynie podstawę do negocjacji. Izraelczycy są niezadowoleni z tego, że Trump zdecydował się na zawieszenie broni. W ich oczach to zdrada. Powszechne poparcie obywateli dla agresywnych wojen i głębokie przekonanie, że wszelkie działania ich żołnierzy są uzasadnione, to pokłosie lat wykorzystywania przez Netanjahu wojennej retoryki. A izraelski premier potrafi skutecznie przekonywać rodaków, że funkcjonują w oblężonej twierdzy, którą tylko on jest w stanie obronić. Wielki Brat za oceanem Do realizacji celów w Libanie i w Iranie kluczowe dla Netanjahu jest partnerstwo z Donaldem Trumpem. Lecz osobista sympatia polityków nie jest jedyną odpowiedzią na pytanie, jak Izraelowi udało się wciągnąć Waszyngton w wojnę, której skutki odczuwa cały świat. Odpowiedzią nie są też popularne w internecie spekulacje dotyczące haków, jakie na Trumpa miał zbierać Mosad za pośrednictwem finansisty pedofila Jeffreya Epsteina. Ten ostatni przez lata utrzymywał bliskie relacje z amerykańskim prezydentem, a jednocześnie finansował izraelskie organizacje, w tym wspierające żydowskie osadnictwo na terytoriach okupowanych. Netanjahu długo budował relacje z wieloma kluczowymi postaciami z bliskiego otoczenia Trumpa. Przyjaźnił się z Charlesem Kushnerem, ojcem Jareda Kushnera, męża najstarszej córki Donalda Trumpa – Ivanki. Charles, prawnik, biznesmen i filantrop wspierający hojnie kampanie prezydenckie Trumpa, został przez Netanjahu w 2007 r. umieszczony na liście, która wyciekła do mediów, a zawierała nazwiska potencjalnych darczyńców. Według Jewish Telegraphic Agency Jared jeszcze jako nastolatek miał użyczyć Netanjahu swojej sypialni, gdy ten zatrzymał się w domu Kushnerów. Być może właśnie ta bliskość sprawiła, że Trump powierzył zięciowi przewodniczenie zespołowi, który w 2020 r. ogłosił plan pokojowy w celu zażegnania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 kwietnia, 2026
Gdy piasek zniknie z plaż
Nielegalnym wydobyciem surowca zajmują się gangi i mafie As-Suwajra, miasto w Maroku, ma kilkaset lat. Wiatr znad Atlantyku niesie sól, a po szerokiej plaży spacerują turyści. Ktoś wsiada na wielbłąda, ktoś robi zdjęcia falom. Z daleka wszystko wygląda jak pocztówka. Po zmroku plaża pustoszeje. Znikają przewodnicy i sprzedawcy herbaty. Nocą, jak mówią mieszkańcy, przyjeżdżają ciężarówki. Wjeżdżają na wydmy. Piasek ładowany jest łopatami i koparkami. Nie pojedyncze worki – całe wywrotki. Nad ranem samochody odjeżdżają. Podobne sceny mieszkańcy nagrywali w okolicach Tangeru. W podmiejskim Lesie Dyplomatycznym ciężarówki ładowały piasek w biały dzień. Publikowane w mediach społecznościowych filmy wywołały oburzenie. Przez kilka dni mówiła o nich prasa. Potem zniknęły z nagłówków. Piasek trafia na budowy. W kraju, który szybko się urbanizuje, to surowiec cenniejszy, niż mogłoby się wydawać. Potrzeba go do betonu, z którego rosną nowe osiedla i hotele. Pustynny piasek się nie nadaje – jest zbyt gładki, beton wiąże ten z plaży, ciężki i szorstki. W Maroku mówi się o mafii piaskowej – o siatkach, które wiedzą, gdzie wydobywać piasek i komu go sprzedać. Oficjalnie problem jest pod kontrolą. Plaże jednak stają się coraz węższe. Na północnym wybrzeżu niektóre już przestały istnieć. Linia brzegowa z roku na rok się cofa. Proceder poważnie zagraża równowadze ekologicznej, degraduje też roślinność, naturalną barierę chroniącą wybrzeża przed erozją. Piasek się kończy Świadkiem takiego nielegalnego wydobycia był Abdelkader Abderrahmane, międzynarodowy śledczy ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem (ISS), afrykańskiej organizacji badawczo-doradczej. Nigdy nie myślał o piasku. Przez lata podróżował po Mali, badając handel narkotykami, kiedy jedno jego źródło zwróciło mu uwagę na fakt, że większość marihuany w Mali pochodzi z Maroka, gdzie „kwitnie też handel piaskiem”. Początkowo nie uwierzył. „Myślę, że kiedy mówi się o handlu piaskiem, większość ludzi by nie uwierzyła – ja również. Teraz wierzę”, mówi mediom. Jego zaskoczenie wynikało przede wszystkim z widoku zniszczonej przyrody, a także z bezczelności kierowców ciężarówek. „Nie można nielegalnie wydobywać piasku w biały dzień, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 kwietnia, 2026Kultura
Polski sopran w sercu Mediolanu
Ewa Płonka w La Scali udowadnia, że talent i determinacja mogą zaprowadzić na sam szczyt Media obiegła sensacyjna wiadomość, że polska śpiewaczka Ewa Płonka kilkakrotnie wystąpi w kwietniu br. w mediolańskiej La Scali (ostatni występ 24 kwietnia) w operze Giacoma Pucciniego w tytułowej roli księżniczki Turandot. Znawcy opery wiedzą, że dla głosu sopranowego jest to pokonanie co najmniej dwóch potężnych barier. Po pierwsze, w teatrze operowym La Scala, który uchodzi za świątynię włoskich śpiewaków, publiczność, a także krytycy reagują niezwykle żywiołowo, zwłaszcza na obcokrajowców, ponieważ od pokoleń perfekcyjnie znają się na sztuce belcanta. W samym teatrze nawet garderobiane przygotowujące solistki do występu doskonale śpiewają. Znane są przypadki wybuczenia lub wygwizdywania nawet renomowanych solistów, jeśli w ich głosie dało się wychwycić zmęczenie, jakiś lekki przydźwięk czy deformację. Zdobycie uznania słuchaczy jest więc ogromnym sukcesem. Drugą potężną barierą, którą śpiewaczka musi pokonać, jest sama rola Turandot, ekstremalnie trudna i dająca się przyzwoicie wykonać tylko sopranom o specyficznym gatunku głosu. Musi on mieć wielką siłę, a przy tym ciemną, a nie jasną (piskliwą), barwę. Musi wytrzymać na jednym oddechu całą przewidzianą przez kompozytora frazę, która wspina się po dźwiękach aż do legendarnego wysokiego c. Zwyczajowo taki typ głosu nazywa się sopranem dramatycznym, bo w odróżnieniu od sopranu lirycznego musi epatować, praktycznie powalać siłą. W roli Turandot występują czasami soprany mniej dynamiczne, ale wtedy cała ta partia nie robi tak ogromnego wrażenia. Księżniczka bowiem jest właśnie okrutną, b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach
Scenariusz i aktor – to punkt wyjścia do tworzenia opowieści. Reszta to budowanie atmosfery Jan Holoubek (ur. w 1978 r.) - absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Jako reżyser debiutował dokumentem „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy debiut reżyserski „Sprawa Tomka Komendy” (2020); obraz ten przyniósł mu nagrodę na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zasłynął jako reżyser głośnych seriali: „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025). W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą im. Stefana Treugutta polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej. Jan Holoubek o kręceniu filmów Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata. Jan Holoubek, Cezary Łazarewicz, Między światłem a cieniem, Agora, Warszawa 2025 Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji, za spektakl „Biedermann i podpalacze”. Zaskoczyło to pana? – Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja, człowiek właściwie niezwiązany z teatrem, raczej uciekający od teatru i unikający go, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło. Pisano, że to właściwie pański debiut w Teatrze Telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się pan otrzaskał z warsztatem telewizyjnego teatru. – Traktuję „Biedermanna…” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię. Dlaczego sięgnął pan po tekst Maxa Frischa, opowieść metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swojego domu? – Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że sam ten tekst znalazłem; dostałem trzy teksty do wyboru. W przypadku pozostałych nie byłem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył,
Poza granice realizmu
Courbet, choć zapamiętany głównie za przyczyną skandalizującego obrazu, otworzył świat na impresjonizm, ekspresjonizm i kubizm W Wiedniu, w Muzeum Leopoldów, trwa wystawa malarstwa Gustave’a Courbeta. Przeciętnym bywalcom muzeów ten francuski malarz z XIX w. (1819-1877) nie jest chyba zbyt dobrze znany. W Polsce nie było żadnej monograficznej prezentacji jego dorobku, ale przez znawców określany jest jako artysta, który całkowicie przeobraził światowe malarstwo, otwierając je na wszystko, co dziś nazywamy nowoczesnym. Stało się to dla mnie wielką zachętą do odwiedzenia tej wystawy, okrzykniętej jednym z najważniejszych wydarzeń artystycznych roku w Unii Europejskiej. Ekspozycję zorganizowano we współpracy z Muzeum d’Orsay w Paryżu i Muzeum Folkwang w Essen, pod patronatem honorowym aż trzech prezydentów państw: Austrii, Niemiec i Francji. Dobitnie podkreśla to uznanie wyjątkowego znaczenia tego twórcy dla dorobku artystycznego całej naszej Europy. Na czym zatem polegają niezwykłe dokonania Courbeta? Pytanie budzi szczególne, nieco pikantne skojarzenia. Na plakacie wystawy wyeksponowany został bowiem dokładny, Gustave Courbet. Realist and Rebel Muzeum Leopoldów w Wiedeniu do 21 czerwca Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Sytuacje graniczne
Monodram wraca do opowiadania historii Na zwołanych 40. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora (26-29 marca 2026 r.) w Baju Pomorskim dominował bioteatr, jak nazywa swoje monodramy Agnieszka Przepiórska, która sięga do historii zapomnianych bohaterek. Prawie wszyscy uczestnicy spotkań przypominali takie właśnie historie, przy czym większość spektakli oparta była na rzeczywistych wydarzeniach. Toruńskie spotkania to najwytrwalej, bo od pół wieku, organizowany przegląd monodramów w Polsce. Dlaczego zatem dopiero 40. numer? Miały dziesięcioletnią przerwę, po której wróciły do kalendarza wydarzeń teatralnych. Ten powrót zawdzięczają Wiesławowi Gerasowi – przez ostatnie 20 lat patronował przeglądowi jako dyrektor artystyczny, a na 40. urodziny imprezy odznaczony został złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (serdeczne gratulacje!). Bywalcy spotkań zgotowali mu gorącą owację, bo dobrze wiedzą, że to właśnie Geras przed wielu laty jako młody szef toruńskiego klubu Iskra pierwszy w Polsce zapraszał na spotkania twórców spektakli jednoosobowych i z tych nieśmiałych prób wykluł się najpierw wrocławski przegląd monodramów, a potem ten toruński. Program festiwalu aż pękał od wydarzeń i może dlatego organizatorzy nie znaleźli czasu na rozmowę o tych 40 już spotkaniach w Toruniu, a byłoby o czym gadać. Nie starczyło też czasu na promocję książki, którą Baj Pomorski wydał na swoje 80-lecie. Ale najważniejsze i tak były spektakle (i rozmowy po nich), starannie dobrane, wyraźnie akcentujące osobiste historie bohaterek i bohaterów monodramów. Widać to było nawet w nieudanym spektaklu Julii Ankiersztajn, jeszcze licealistki, za wcześnie dopuszczonej do udziału w spotkaniach, która najwyraźniej rozminęła się ze swoją bohaterką. Ale to wypadek przy pracy. Pozostałe dziewięć monodramów trzymało poziom, wzbudzając niekłamany aplauz widowni. Wspomniałem, że inspiracją scenariuszy większości monodramów były rzeczywiste, często zapomniane postacie i zdarzenia. Wprawdzie Ernest Hemingway utrzymywał, że fikcja bywa prawdziwsza niż życie, ale podczas spotkań w pełni sprawdziło się to tylko raz. Przemysław Bluszcz otwierający przegląd błyskotliwym „Belfrem” wywiódł wszystkich w pole, wiarygodnie ukazując nauczyciela, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Żyję muzyką, myślę dźwiękami
Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku 90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru. Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica. Architekt czy Bóg? Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej? – Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami. Z kim konkretnie pan rozmawia? – Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki. Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”. Światowa kariera Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie, b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl
Wtedy i na zawsze…
Znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec Wiesław Myśliwski (1932-2026) Ponad 45 lat znajomości. Chciałbym móc nazywać to latami przyjaźni, ale mnie, młodszemu o dwie dekady, w obliczu śmierci nie wypada tak nazywać naszej znajomości, tak bliskiej niemal od jej początku, której nigdy nie nazywaliśmy. Nie było takiej potrzeby. To, co wiadome, nie musi być etykietowane. Wiesław Myśliwski był wiceprzewodniczącym Narodowej Rady Kultury, więc poznaliśmy się jesienią 1983 r., gdy zacząłem pracować w biurze NRK. Znałem już Jego nazwisko z adaptacji prozy, w pamięć zapadł mi do dziś film „Klucznik”. Książkę „Kamień na kamieniu” przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się w 1984 r. i już wiedziałem, że Myśliwski to nie tylko wielki pisarz, ale też znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec. Twórca osobny Tym, co mnie urzekło w tej powieści, a później w kolejnych Jego książkach, jest odmienność od tego, co czytałem dotychczas. Myśliwski na nikim się nie wzorował, nie był niczyim kontynuatorem, nie wyszedł z niczyjej szkoły literackiej, nie przynależał do żadnej formacji twórczej. Był twórcą osobnym, w jakimś sensie samotnikiem tworzącym literaturę wedle własnych, oryginalnych recept. Stworzył własny język i styl narracji. Stworzył własną postać narratora, może nie tyle „czułego”, ile wrażliwego na te wartości i te prawdy, obok których tak często przechodzimy, nie zauważając ich. Myśliwski – narrator – każe nam nad nimi się zastanowić, odnieść do nich. Ocenić, w jakiej relacji z nimi jesteśmy. Pisano i pewnie pisać się będzie, że Jego twórczość osadzona jest i wywodzi się z literatury wiejskiej, chłopskiej. Nie zgadzam się z tym. Osadzenie akcji w wiejskich realiach, obsadzenie w roli bohaterów mieszkańców wsi nie świadczy w przypadku Myśliwskiego o charakterze Jego prozy, nie daje podstawy do takiej kwalifikacji. Te wiejskie realia to świadomy zamysł, metoda, by człowieka i jego życie opisać wyraźniej, jaśniej, bardziej dla czytelnika zrozumiale. Zaliczanie Myśliwskiego do nurtu literatury chłopskiej to niedojrzałość i nietrafność w odczytywaniu Jego prozy. Tematem każdej powieści jest przeszłość. Przeszłość świata i człowieka. Myśliwski uświadamia nam, że przeszłość można rozważać, analizować ją, wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, tęsknić za nią, opowiadać, ale powrócić do niej już nie można. Minęła. Myśliwski nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na pytania o wątki autobiograficzne w swej twórczości. Ale im nie zaprzeczał. Pisząc o nas, o Polsce i Polakach, pisał przecież o sobie, o swoich odczuciach, przemyśleniach, refleksjach. „Za dużo pamiętam (…). Nie powinno się tyle pamiętać…” („Traktat o łuskaniu fasoli”). Na pewno byłem ciekaw tego pisarza jako człowieka. Wydawał mi się bardzo niedostępny. Zwracał uwagę Jego spokój, pewność wypowiedzi bez zawahań, świadcząca o poprzedzającej je analizie, przekonanie o zasadności osądu w tej czy innej sprawie, celność wygłaszanej racji. Może nawet wyczuwałem w Nim pewien chłód, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nieprzeciętne poczucie humoru
Rola kaowca w „Rejsie” była dla Stanisława Tyma legitymacją do kręcenia kolejnych filmów W filmie Marka Piwowskiego „Rejs” w kultowej scenie „Gra w salonowca” fałszywy kaowiec, czyli Stanisław, leje po dupie filozofa, czyli krytyka literackiego, felietonistę, aktora nieprofesjonalnego Andrzeja Dobosza, i prowadzą ze sobą następujący dialog: „Filozof: Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. W naszej piramidzie jesteśmy zarazem tworzywem i twórcami. Otóż, gdyby ktoś był niedoskonały fizycznie, nie wiedziałby, gdzie kończy się i gdzie zaczyna się jego brzydota. I nie sposób, żeby miał właściwy dystans do samego siebie. To jest powód, dla którego sądzę, że osobiście nie mogę już dłużej brać udziału w tej gimnastyce. Nie umiem znaleźć dystansu. Fałszywy kaowiec: Dlaczego? Filozof: Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. Mam chyba prawo wyboru. Fałszywy kaowiec: Oczywiście. Proszę”. Po czym mężczyźni na górnym pokładzie statku wymierzają sobie na zmianę klapsy. Chodzi o to, aby ten, któremu są wymierzane klapsy, zorientował się, kto mu je wymierza. Gdy fałszywy kaowiec leje po tyłku filozofa, ten wskazuje na kaowca, który z pewnością w głosie odpowiada mu: „Nie ja”. Kiedy kaowiec leje filozofa ponownie, ten zdezorientowany mówi: „To ja! Bo jeśli nie pan, to widocznie ja”. Na co kaowiec odpowiada przecząco i w najlepsze nadal pierze po tyłku kompletnie już zbitego z tropu filozofa. W scenariuszu filmu wątek ten osadza pisarz, Janusz Głowacki. Jednak błędnie przypisuje się mu wymyślenie zabawy. W dupnika lub salonowca bawią się już kilka lat wcześniej aktorzy Studenckiego Teatru Satyryków. Jak mówi Ryszard Pracz: – Dzisiaj aktorzy uciekają po spektaklach z teatrów jak do pożaru. A myśmy się nie mogli rozstać, więc kombinowaliśmy, co by tu jeszcze wymyślić, żeby ze sobą spędzać czas. Gra w dupnika była świetna, ale do tego trzeba było dłoni jak bochen chleba, a taką Fragmenty książki Katarzyny Stoparczyk Tym. Człowiek szczery na trzy litery, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Bielsko-Biała bez kompleksów
Trzy idee przyświecają miastu: kreatywność, natura, wspólnota – Gdy wychodzę przed dom, jestem na spacerze. Jeśli chcę być na spacerze w mieście, to jestem w mieście z piękną architekturą, świetnymi muralami, w mieście, w którym dużo się dzieje. Jeśli chcę być na spacerze wśród natury, wsiadam w autobus i za chwilę wysiadam w górach albo w lesie – mówi Jakub Krajewski. – Mnie też to miasto kojarzy się z naturą, zielenią, lasami i górami, ale również z bajkami – dodaje Katarzyna Wolny. – A dla mnie Bielsko-Biała to również Miały Fiat i włókiennictwo. I miasto wygodne do życia – dorzuca Anna Zgierska, szefowa tamtej dwójki, zastępczyni naczelnika Wydziału Kultury i Promocji Urzędu Miasta w Bielsku-Białej. Na moście między Bielskiem a Białą – bo Bielsko-Biała jest jednym miastem dopiero od 1951 r. – władze zamontowały instalację przedstawiającą dziesięć symboli miasta. To Mały Fiat, bo był tu produkowany do 2000 r.; snowboardzista i góry, bo miasto leży na Pogórzu Śląskim u stóp Beskidu Małego i Śląskiego; wagonik kolejki linowej na najwyższy okoliczny szczyt – Szyndzielnię; tramwaj, bo tramwaje jeżdżą po mieście już od 1895 r.; rower – to znany ośrodek kolarstwa górskiego; lalka teatralna, bo tu odbywa się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej i działa Teatr Lalek Banialuka; szybowiec, kamera i saksofon, o których później. Jest więc wszystko, co kojarzy się z miastem i składa na jego kulturę. A w tym roku kultura jest tu kluczowa, o czym informuje napis: „Polska Stolica Kultury”. Siedzimy w ratuszu, neorenesansowym budynku z XIX w., przyozdobionym flagami i plakatami, również z napisem „Polska Stolica Kultury”, w gabinecie Anny Zgierskiej. Na oknie stoją kwiatki, na ścianie wisi kalendarz przedstawiający panoramę miasta i reprodukcja „Pani w czarnym krawacie” Amedea Modiglianiego. Urzędnicy opowiadają o starcie Bielska-Białej na Europejską Stolicę Kultury 2029. Wśród 12 kandydatów w finale znalazły się cztery miasta. Wygrał Lublin. Z inicjatywy trzech pozostałych oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powołano Polską Stolicę Kultury (PSK). W tym roku jest nią Bielsko-Biała, w 2027 będzie Kołobrzeg, a w 2028 Katowice. – Nasze hasło to „Tkamy dobrostan”, ponieważ Bielsko-Biała była znanym w Europie ośrodkiem włókienniczym – podkreśla Jakub Krajewski. – Tkamy kulturę nie jako fanaberię czy dodatek, ale jako narzędzie do zmiany w dzisiejszym świecie. Kulturę opartą nie jedynie na dziedzictwie i historii, ale idącą do przodu, bo tkamy dobrostan na bieżąco. Tkamy miasto splotów ludzi, wydarzeń i natury. – Trzy idee nam przyświecają: kreatywność, wspólnota, natura – mówi Katarzyna Wolny. Wspólnota, ponieważ organizatorzy zachęcają mieszkańców i lokalnych artystów do bycia kreatywnymi właśnie. Program PSK został zbudowany w dużej mierze na ich pomysłach. I wciąż mogą zgłaszać kolejne, w ramach tegorocznej edycji budżetu obywatelskiego, która też podporządkowana jest kulturze. Kulturze, która w Bielsku-Białej ma być dostępna w każdym znaczeniu tego słowa, również w tym, by nie zamykać jej w przestrzeni budynków, ale wyjść z nią w plener – i tu mamy naturę. Iść z nią w miasto, nie tylko do centrum, ale też w dalsze rejony i dzielnice. Co do programu, dużym wydarzeniem będą Aerosploty, majowe obchody 80-lecia Zakładów Szybowcowych i 90-lecia lotniska. Szybowiec na moście to jeden z symboli miasta. W Bielsku-Białej mieszka w końcu najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Turner & Constable
Widoki niewidocznego świata W Londynie aktualnie toczy się szczególny mecz. Tym razem nie na stadionie, lecz w słynnej galerii malarstwa Tate Britain. Wystawione zostały tam prace dwóch najsłynniejszych brytyjskich malarzy z przełomu XVIII i XIX w. – Johna Constable’a i Williama Turnera. Pretekstem była 250. rocznica urodzin jednego i drugiego. Powszedniego marcowego dnia, wiele tygodni po otwarciu ekspozycji, wszystkie bilety były wyprzedane. Wśród zwiedzających dominowali Anglicy. Nie tak dawno w tej samej galerii oglądałem stałą wystawę dzieł Turnera, na której nazwisko Constable’a pojawiało się tylko w tle, raczej jako punkt odniesienia dla uznanego mistrza. Turner bowiem przedstawiany jest jako geniusz, który przeobraził angielskie i światowe malarstwo, wybiegając nawet setki lat do przodu. Rywale i wizjonerzy W jego cieniu pozornie tradycyjne malarstwo Constable’a, kojarzone z sielskimi obrazkami, wydawać się może wytworem starej epoki – tym, od czego odbijał się i uciekał Turner. Lecąc do Londynu, byłem przekonany, że właśnie temu służy zestawianie na jednej wystawie obydwu twórców. Nurtowało mnie jednak pytanie, dlaczego obaj ukazywani są w takiej samej glorii, jako „Rivals and Originals”, rywale i wizjonerzy. Obaj startowali w malarstwie w tym samym czasie. Z pierwszej części wystawy wynika, że próbowali malować podobnie, podróżowali nawet w te same miejsca, starając się uchwycić piękno natury. Nie było to oczywiste – przed nimi malarze nie zajmowali się specjalnie pejzażami. Nie zasługiwały na to. Występowały w ich pracach raczej jako swoista dokumentacja majątków ziemskich lub jako tło przy portretowaniu ich właścicieli. Uczynienie z przyrody głównego bohatera stawało się zatem specyficzną i śmiałą nowością. Nie tylko dlatego, że malowanie w plenerze okazywało się technicznie niezmiernie trudne – z powodu czy to nagłych powiewów wiatru, czy to osiadających na farbie pyłków lub owadów. Malarz musiał nanosić farbę ze sprawnością żonglera – szybko i zdecydowanie, inaczej niż w zacisznym atelier. Było to jednak śmiałe również ze względu na odwagę obrazowania zwykłego świata w kategoriach niezwykłości. Wystawę w galerii Tate otwiera głęboki pejzaż Turnera, przedstawiający popularną w Anglii górską dolinę Coniston w Kumbrii (historycznie część hrabstwa Cumberland i Lancashire) jako scenerię współczesnego raju. Chwalono go potem bardzo za szczegółowość obrazu, nie uświadamiając sobie pewnie tego, że sedno objawienia tkwi w czymś innym. Dziś powielibyśmy, że polegało ono na inicjowaniu zmiany podejścia do otaczającego świata, na dostrzeganiu boskości w tym, co dotąd było zwyczajnością. Geniusz i przebojowość Turnera pozwoliły mu biec do sławy na skróty. Na londyńskiej wystawie, już w pierwszej sali, tej z najwcześniejszymi pracami, zobaczyć można jego słynny obraz olejny „Rybacy na morzu” („Fishermen at Sea”), namalowany w 1796 r., Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jan Holoubek z Nagrodą Treugutta
Na Jana Holoubka spada ostatnio prawdziwy deszcz nagród, zwłaszcza po podziwianym serialu „Heweliusz”. Tym razem jednak reżyser odebrał nagrodę za oryginalny spektakl telewizyjny, „Biedermann i podpalacze” Maxa Frischa. To był jego reżyserski debiut w Teatrze Telewizji i od razu tak wysoko oceniony przez kapitułę Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej już od 25 lat. Uroczyste wręczenie odbyło się w gościnnych progach Galerii van Golik na warszawskiej Saskiej Kępie (14 marca 2026 r.) – gospodarz przygotował z tej okazji autorskie wersje plakatów seriali Jana Holoubka, a także wyróżnionego spektaklu. Wnikliwą laudację na część Laureata wygłosił Grzegorz Mrówczyński, a prezes Klubu Krytyki Teatralnej SDRP Tomasz Miłkowski wręczył nagrodzonemu pudełko zapałek ozdobione plakatem spektaklu „Biedermann i podpalacze”, wyprodukowane unikatowo przez Janusza Golika. Laureat zapewnił, że niczego nie będzie podpalał. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejOd pornografii do władz SDP
Jak pogodzić radiomaryjne kazania z biznesem pornograficznym? Przed takim wyzwaniem stoi Jolanta Hajdasz, prezes pisowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od ponad pół roku szykuje odpowiedź na pytania OKO.press. Wredne są te pytania dotyczące Pawła Gąsiorskiego, od marca 2025 r. członka zarządu głównego SDP! A wcześniej rzutkiego króla serwisów pornograficznych. W szczycie miał ich ok. 400 i 210 domen, w tym porno.com.pl, jedną z największych. W czasie procesu ze wspólnikiem działacz SDP chwalił się, że bardzo dużo na tym zarobili. Za OKO.press przypominamy prezes Hajdasz te pytania: • Czy jako katolicka dziennikarka i szefowa konserwatywnego SDP pochwala taką działalność i przeszłość członka zarządu SDP? • Czy prowadzenie ok. 210 stron porno/erotycznych to cenne i właściwe doświadczenie zawodowe dla członka zarządu organizacji dziennikarskiej? Śmiało, pani Hajdasz. Prawda panią wyzwoli. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
eobuwie.pl Schrödingera
Portal Eobuwie robi wiele, by podpaść Rzecznikowi Praw Konsumenta. Klient kupił trzy pary butów w promocji. Zapłacił i czekał. Paczka nie dotarła – została uszkodzona. Firma napisała mejl. W ramach przeprosin dają 10% zniżki na dwa produkty w koszyku. Rabaty się nie łączą. Wyprzedaż tymczasem się skończyła, czyli za to samo klient zapłaci więcej. Ale najpierw musi poczekać na zwrot pieniędzy. Dostanie je, dopiero gdy Eobuwie otrzyma tę rozwaloną paczkę od przewoźnika… Głupota, korpooderwanie od rzeczywistości, a może świadome oszukiwanie klienta? Przecież można było wysłać te same buty jeszcze raz. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Made in USA
Frak ambasadora musi mocno uwierać Toma Rose’a, bo co chwilę wyskakuje z jakimiś komentarzami dotyczącymi polskiej polityki. Tak było w ubiegłym tygodniu, gdy ze zgrozą pisał na platformie X o marszałku Sejmu Włodzimierzu Czarzastym: „Ten człowiek jest zagrożeniem! Celem jego zapalczywej retoryki obrażającej prezydenta USA Donalda Trumpa może być jedynie zaszkodzenie stosunkom amerykańsko-polskim i osłabienie własnego kraju”. A pisał dlatego, że Czarzasty w wywiadzie dla „Financial Timesa” powiedział, że Trump to lider chaosu. Ale już parę dni później Rose chwalił Czarzastego i pisał: „Brawo dla niego!”. To po tym, jak marszałek Sejmu złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posła Konrada Berkowicza. Mamy więc ambasadora komentatora. I to zapatrzonego w swojego prezydenta. Jego poprzednik, Mark Brzezinski, również zaznaczał swoją obecność, ale robił to nieco inaczej. Znana jest sprawa z 15 listopada 2022 r., gdy w Przewodowie na Lubelszczyźnie spadła ukraińska rakieta obrony przeciwlotniczej, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch Polaków. To był szok, polskie władze musiały reagować, ale początkowo nie wiedziały, czyja to rakieta, czy to uderzenie przypadkowe itd. I wtedy do gry wszedł Mark Brzezinski. Wysłał do polskiego ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Raua kilka SMS-ów o treści: Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ostatnia runda Andruszkiewicza
„Prezydent działa w oparciu o prawo”. Któż tak bezczelnie kpi z Nawrockiego? Nikt z obozu władzy. Wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego komentuje Adam Andruszkiewicz. Syn ziemi grajewskiej. Specjalista od fałszowania na masową skalę podpisów na listach wyborczych. Ścigany przez prokuraturę. Skutecznie, bo wyłapanych fałszerstw były setki. Dla Nawrockiego umiejętności Andruszkiewicza są tak cenne, że powierzył mu funkcję wiceszefa Kancelarii Prezydenta RP. Ma człowieka, który gorliwie broni jego polityki. Nie zawiódł się. A co na to Polacy? Tylu przestępców na ważnych urzędach jeszcze nie widzieli. Zbliża się czas, by zobaczyli ich za kratami. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Listy od czytelników nr 17/2026
Łgarstwa religii smoleńskiej Do tragicznych zdarzeń w komunikacji dochodzi w wyniku błędów człowieka powstałych w trakcie produkcji lub użytkowania maszyny. Katastrofa Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. stała się od pierwszych chwil sprawą polityczną, czyli uwagę zwracano na kwestie dalszego planu, aż doszło do absurdu. Podważono raport komisji Millera i zaczęto szukać dziwnych teorii, mających uzasadnić inne przyczyny katastrofy, niż wskazała komisja. Winę za powstanie „religii smoleńskiej” ponosi państwo, od organizacji pogrzebu prezydenta po brak prostych autorskich wyjaśnień przyczyn katastrofy niezależnie od wielu błędów w organizacji lotu, od opóźnionego wylotu do próby wylądowania w ciemno. Czym wyjaśnić fakt, że samolot schodzi poniżej poziomu drzew mimo ostrzeżeń systemu GPWS i wbrew wszelkim przepisom kontynuuje schodzenie poniżej wysokości 50-100 m bez widoczności ziemi? Świadczyć to może o dezorientacji przestrzennej załogi lub działaniu w silnym stresie. Jedyny artykuł analityczny o katastrofie ukazał się w czasopiśmie naukowym „Aeronautica Integra” wydawanym przez Politechnikę Rzeszowską. Jako główną przyczynę autor wskazuje „błędy w pilotażu oraz zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych”. Dziwne, bo artykuł nie został zauważony w sferze publicznej, a czasopismo zginęło z bibliotek. Trudno składać całą odpowiedzialność za katastrofę na nieżyjących członków załogi, bo wykonywali zadanie/rozkaz w warunkach przekraczających ich kompetencje. Przy okazji należy wspomnieć zdarzenia, których przyczyny zaakceptowaliśmy jako państwo i społeczeństwo. Są to: katastrofa gibraltarska z premierem Sikorskim, gdy „wyłączyły się jednocześnie” cztery silniki samolotu, a uratował się tylko kapitan (jedna osoba wyparowała), oraz wypadek śmigłowca z premierem Millerem, gdy „wyłączyły się jednocześnie” dwa silniki. Tu też można prowadzić analizy w kierunku zamachu, a jednak rezygnujemy z tego prawdopodobnie też z przyczyn politycznych. Hipotezy trudne do uzasadnienia i motywowane politycznie stawiane przez komisję Macierewicza są łakomym tematem dla ekspertów (technicznych, artystycznych, medialnych) i okazją do przekręcania dużych sum pieniędzy, mają też długi żywot. 15 lat trwania „religii smoleńskiej” świadczy o słabości intelektualnej państwa. Zbigniew Milewski Dużą winę ponosi Tusk, który brał na klatę bezsensowne oskarżenia, nie reagował, a wręcz przeciwnie. Rozdawał odszkodowania do piątego pokolenia, pozwolił PiS na rządzenie umysłami Polaków z silnym deficytem intelektualnym i szerzenie teorii spiskowych przez pisowskich szajbusów. Barbara Szala Bogu dzięki za Obywateli RP i za Lotną Brygadę, bardzo dzielnie przeciwstawiali się obchodom Kaczyńskiego na Placu Piłsudskiego. Powinni dostać odznaczenia państwowe! Anna Zawadzka Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejWybór firmy transportowej dla swojego biznesu – na co zwrócić uwagę?
Artykuł sponsorowany Od wyboru firmy transportowej zależy nie tylko terminowość dostawy, a także bezpieczeństwo i reputacja marki. Niezależnie od tego, czy chodzi o przewóz pracowników czy towarów, profesjonalny transport to klucz do sukcesu. Warto więc wiedzieć, na co zwrócić uwagę przy wyborze partnera transportowego,
Trwały korektor pod oczy – jak wybrać produkt który przetrwa cały dzień?
Artykuł sponsorowany Marzysz o świeżym i wypoczętym spojrzeniu, które przetrwa cały dzień bez poprawek? Kluczem do sukcesu jest odpowiedni dobór trwałego korektora pod oczy. Ten artykuł pomoże Ci znaleźć idealny produkt, dopasowany do Twojego typu cery i potrzeb, a także
Jak wygląda proces zakupu nieruchomości w Niemczech u notariusza?
Artykuł sponsorowany W Niemczech rola notariusza nie ogranicza się do jego obecności podczas podpisywania umowy. Urzędnik jest centralnym elementem transakcji – sprawia to, że proces zakupu nieruchomości jest spokojny, ale mało elastyczny. Sprawdź, jak wygląda
Rotacja składem – kiedy trener powinien dawać odpocząć liderom?
Artykuł sponsorowany W świecie sportu, gdzie każdy mecz ma znaczenie, decyzje dotyczące rotacji składem mogą być kluczowe dla sukcesu drużyny. Trenerzy często stają przed dylematem: czy dać odpocząć swoim liderom, czy postawić na nich w każdym spotkaniu?
Co pokazuje badanie rezonansem magnetycznym kręgosłupa lędźwiowego?
Artykuł sponsorowany Ból w dole pleców to jedna z najczęstszych dolegliwości, z jakimi pacjenci trafiają do lekarza. Czasem pojawia się nagle, innym razem narasta powoli i powraca mimo odpoczynku czy rehabilitacji. Gdy objawy utrzymują się od dłuższego czasu albo zaczynają












