Czas kultury?

W jednym z telewizyjnych sprawozdań z kampanii prezydenckiej usłyszałem, że nadchodzi oto dla ludzi kultury “ich czas”. Nie muszę tłumaczyć, że takie zdanie w ustach prezydenta walczącego o reelekcję jest miodem na moje serce. Kilkakrotnie pisałem już na tym miejscu, że ubiegający się o urząd prezydencki kandydaci mówią o wszystkim, tylko nie o kulturze i jej problemach. Urzędujący obecnie prezydent zaczął swoją pierwszą kadencję od ustanowienia “Prezydenckiej Karty Kultury”, dokumentu pełnego dobrych intencji, z którego jednak nic nie wyszło. Karta ta najpierw przyjęta została jako kamień obrazy przez ówczesnego ministra kultury, potem zaś zmienił się cały układ polityczny, a praktyką nowego rządu stało się umniejszanie roli prezydenta i torpedowanie jego inicjatyw. “Gdzie słonie tańczą, tam cierpi trawa”, mówi hinduskie przysłowie i kultura stała się – nie po raz pierwszy zresztą – właśnie tą trawą, deptaną przez polityczne słonie. Niedawno rozmawiałem z wybitnym polskim ekonomistą i politykiem gospodarczym, który twierdził, że kultura jest dziedziną, którą stosunkowo najłatwiej będzie podźwignąć. Otóż jest to jedno z tych złudzeń, które warto jednak rozwiewać. Kultura i stosunek do kultury jest bowiem soczewką, w której skupiają się wszystkie wektory, kształtujące moralny, gospodarczy i polityczny charakter życia społecznego. Jeśli więc chce się mieć zdrową, twórczą i demokratyczną kulturę, trzeba zmienić lub uzdrowić wszystko. Po pierwsze, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kultura w zdrowym społeczeństwie ma być jedynie kwiatkiem do kożucha, czy też celem stanowiącym o jakości ludzkiego życia. Odpowiedź na to pytanie jest wyborem moralnym i w zależności od niej zmienia się cała dalsza skala wartości. Łatwo jest sprawić, aby wąskie grono zamożnych ludzi wybrało się na koncert wybitnego wirtuoza, a nawet aby wyłączyli oni na ten czas swoje telefony komórkowe i pagery, którymi nasi biznesmeni wtórują zazwyczaj słynnym orkiestrom. Trudniej jednak doprowadzić do tego, aby wysłuchanie tego koncertu stało się potrzebą i źródłem satysfakcji dla mieszkańców Sieradza i Kutna, a także dla milionów telewidzów, radiosłuchaczy i kolekcjonerów płyt kompaktowych. “Czas kultury” oznaczać więc musi świadomy wybór określonej miary jakości ludzkiego życia i powiedzenia sobie, co według tej miary jest ważne naprawdę, a co mniej ważne lub zgoła nieważne. “Czas kultury” traktowany na serio jest wyborem aksjologicznym, nie można dokonywać go połowicznie. Co nie znaczy, oczywiście, że nie można wybrać także innych wartości i innych miar, ale wtedy nie będzie to już czas kultury. “Czas kultury” pociąga za sobą konkretne decyzje gospodarcze. Wiadomo, że przy obecnym stanie zamożności w Polsce szeroko rozumiana kultura nie może liczyć na “niewidzialną rękę rynku”, a więc na to, że społeczny popyt na książki, widowiska teatralne, wystawy malarskie, koncerty, czy nawet filmy zapewni im egzystencję. Zatrważająco niskie wskaźniki czytelnictwa i puste zazwyczaj sale wystawowe i muzealne świadczą o tym, że ludzie skreślają potrzeby kulturalne ze swoich budżetów, a jak wynika z “Diagnozy społecznej 2000”, zaledwie 3,08% ankietowanych znajduje zadowolenie w możliwości zaspokajania swoich potrzeb kulturalnych. Jest ich dużo mniej niż tych, którzy czerpią radość z samego tylko miejsca swego zamieszkania, czy też z życia seksualnego. Do tego ostatniego zaś odnosi się maksyma, że każdy organ nie używany zanika. Maksyma ta pasuje dokładnie także do potrzeb kulturalnych, które również nie rozbudzane zanikają. “Czas kultury” musiałby więc oznaczać odwrócenie tego trendu, co może się stać tylko na drodze zdecydowanego interwencjonizmu państwowego. Wmawia się nam – czyni to szkoła prof. Balcerowicza – że cechą nowoczesności jest zanik państwa i jego interwencji w życie gospodarcze i społeczne. Jest to teza bałamutna, a sukcesy przodujących gospodarczo państw, takich jak Japonia, Niemcy, Francja czy Stany Zjednoczone osiągnięte zostały właśnie na drodze zdecydowanej i długofalowej interwencji państwa zarówno w skali wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Francja i Niemcy szczególnie są też przykładami silnego interwencjonizmu państwowego w obszarze kultury. “Czas kultury” musiałby więc oznaczać powiedzenie na głos, że państwo musi wspierać finansowo kulturę, a także nadawać jej określony kierunek. Ministerstwo Kultury, wyrzucając ze swej nazwy wyraz “sztuka” i zastępując go “dziedzictwem narodowym”, zadeklarowało w ten sposób, że na bieżące sprawy sztuki i twórczości wpływu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2000, 36/2000

Kategorie: Felietony